„Kiedy dzik pojawia się przy przedszkolu, na placu zabaw czy na ruchliwej ulicy, miasto musi reagować i reaguje. Z bólem, bo powiem to wprost, uśmiercanie zwierząt nie jest dla mnie łatwe ani komfortowe. Ale odpowiadam za bezpieczeństwo ludzi i nie mogę udawać, że problemu nie ma” – powiedział Rafał Trzaskowski w rolce opublikowanej na Facebooku.
Na wniosek prezydenta stolicy Sejmik Mazowsza przegłosował uchwałę dającą Warszawie zielone światło dla zabijania dzików. Przez dwa lata służby będą mogły wyeliminować dowolną liczbę tych zwierząt: poprzez odstrzał albo odłów z uśmierceniem. Jeśli chodzi o tę pierwszą metodę, to – przekonują stołeczne Lasy Miejskie – w zasadzie nie jest ona stosowana, ponieważ prawo łowieckie zabrania strzelania w odległości poniżej 150 m.
Zgodnie z zapisami uchwały, za „tęczowy most” mają trafiać te osobniki, które trwale utraciły naturalny lęk przed człowiekiem, stale przebywają bądź pojawiają się w mieście oraz wchodzą na pasy drogowe dróg publicznych. Jak trafnie zauważyło stowarzyszenie „Miasto Jest Nasze”, „w praktyce oznacza to, że KAŻDY napotkany dzik w Warszawie kwalifikuje się do jednego z powyższych punktów”. Czyli, mówiąc otwartym tekstem, Warszawa może zabić wszystkie dziki na swoim obszarze.
Decyzja Sejmiku wywołała falę oburzenia części mieszkańców i działaczy prozwierzęcych. Katalog zastrzeżeń zebrał apel Naszej Demokracji o rozważenie wycofania się przez samorząd z uchwały. Zwrócono uwagę na brak jakiegokolwiek limitu liczbowego dzików do uśmiercenia, zarzucono niepoprawność przeprowadzonych konsultacji, niezgodność z ustawą o ochronie zwierząt i zgłoszono jeszcze kilka innych zastrzeżeń.
„Nie rozumiemy, dlaczego została podjęta decyzja, której konsekwencją będzie masowe zabijanie dzików” – napisano.
Obecna sytuacja rodzi wiele pytań, w tym to: czy da się rozwiązywać problemy związane z obecnością dzików w miastach i zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo, nie uciekając się do zabijania tych zwierząt?
Mit ucieczki przed polowaniami
Zacznijmy od liczb. Według danych podanych we wrześniu przez warszawski ratusz, od początku 2026 r. do końca sierpnia odnotowano ponad 8 tys. zgłoszeń dotyczących dzików, w tym 302 kolizje drogowe z ich udziałem oraz 186 ataków na ludzi. Jeśli chodzi o te ostatnie zdarzenia, to nie jest jasne, czy wszystkie one były faktycznie atakami, czy zostały jedynie tak zinterpretowane przez uczestników. Niemniej pewne jest, że niebezpieczne sytuacje się zdarzają, a warszawska prasa donosiła o takich sytuacjach. Zresztą nie tylko stołeczna, ponieważ problemy związane z miejskimi dzikami nie są domeną jedynie Warszawy, ale również Krakowa czy Gdyni – a także innych dużych europejskich miast, jak Berlin, Barcelona czy Madryt.
Przykładowo, w grudniu 2023 r. w Gdyni dzik zaszarżował na wracającą do domu z pracy 55-latkę, rozcinając jej tętnicę udową. Kobieta przeżyła dzięki temu, że w okolicznym sklepie założono jej prowizoryczny opatrunek. Do szpitala trafiła w stanie krytycznym. W lipcu na warszawskim Wawrze mężczyznę ugryzł dzik, kiedy próbował go przepłoszyć z posesji. Również konieczna była hospitalizacja. Zdarzały się też śmiertelne ataki na psy, które szczekaniem mogą wywoływać u dzików reakcje obronne. Problem więc istnieje, nawet jeśli naprawdę drastyczne zdarzenia są relatywnie rzadkie.
Jeśli przejrzymy badania z ostatnich lat – np. z „Human–Wildlife Interactions” (2021 r.) – to okaże się, że owszem, dziki mogą zostać przepłoszone przez polowania z danego obszaru i szukać schronienia gdzie indziej. Jednak większość z nich i tak wraca (albo w ogóle nie ucieka), najpóźniej w okresie od 4 do 6 tygodni. Więc nawet jeśli jakaś grupa dzików (bądź pojedynczy osobnik) zawędruje do miasta wskutek polowania i tam się osiedli, to będzie to zjawisko rzadkie, a nie powszechna reguła. No i problem z dziczą kolonizacją mają też inne, wspomniane europejskie miasta w państwach, które w związku z ASF nie urządziły dzikim świniom tak krwawej łaźni, jak Polska.
Miasto jest dla dzików przede wszystkim atrakcyjnym miejscem do życia. Jest tu cieplej niż na obszarach niezurbanizowanych, w śmietnikach łatwo o pokarm o ludzkim pochodzeniu, ale też ten naturalny, który można znaleźć, ryjąc zieleńce, parki czy miejskie laski. A różne nieużytki, miejsca zapuszczone czy odizolowane bocznice kolejowe oferują świetne kryjówki. Stąd sporo żyjących w miastach dzików to już prawdziwe „mieszczuchy”, które urodziły się w mieście i nie znają świata poza nim.
Trzeba jednak też dodać – często zwraca na to uwagę prof. Jakub Gryz z Instytutu Badawczego Leśnictwa – że skok miejskiej dziczej populacji to również efekt chaotycznego rozrastania się miast, które zagarniają tereny zajmowane dotąd przez zwierzęta.
Dziki do rezerwatów?
Jeszcze kilka lat temu miasta radziły sobie z problematycznymi dzikami – bądź po prostu z ich zbyt dużą liczbą – w taki sposób, że zwierzęta odławiano, a następnie wypuszczano w okolicznych lasach. Jednak w 2017 r. polityka „wysiedleń” przestała być możliwa, ponieważ prawo – w związku z ASF – zabroniło przewożenia dzików z miejsca na miejsce (zakaz obowiązuje w całej UE). W praktyce oznaczało to, że miastom – przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej – zostało niemal tylko jedno narzędzie działania: odstrzał. „Niemal”, ponieważ pozostaje jeszcze płoszenie, ale ono wchodzi w grę wtedy, gdy jest dokąd dziki przepłoszyć. A w mieście takie możliwości są ograniczone w zasadzie prawie tylko do części peryferyjnych.
Kilka miesięcy temu w środowisku przeciwników zabijania miejskich dzików narodził się pomysł tworzenia „rezerwatów” tych zwierząt. Pojawiła się nawet petycja w tej sprawie (choć podpisana zaledwie przez 165 osób), w której przekonywano, że koszt takich ośrodków byłby niższy niż zabijanie, a samo rozwiązanie „bardziej humanitarne”. Ale czy na pewno? No właśnie, niekoniecznie, na co zwracali uwagę krytycy.
Nawet jeśli udałoby się znaleźć w obrębie Warszawy teren na taki azyl – w tym przypadku to właściwsze słowo niż rezerwat, który jest obszarem ochrony przyrody – to już na starcie pojawiłyby się rozliczne problemy finansowe, techniczne i logistyczne. Według oficjalnych miejskich danych w 2025 r. w stolicy było nieco ponad 3 tys. dzików i odłowienie nawet niewielkiej części z nich byłoby wyzwaniem. Teren musiałby być zabezpieczony mocnym ogrodzeniem – siatka ogrodzeniowa dla tego ssaka to żadna przeszkoda – do tego z solidną podmurówką, by udaremnić próby podkopywania się w celu ucieczki. Taki płot nie byłby z pewnością tani. Zwierzęta trzeba by dokarmiać, co generowałoby rosnące koszty, bo liczba „lokatorów” stale by się zwiększała – przez wprowadzanie kolejnych dzików i rozród tych azylowanych (no chyba, że by je kastrowano, ale to kolejny koszt). W miejsce odłowionych osobników z czasem pojawiłyby się nowe, więc azyle musiałyby przyjmować kolejne zwierzęta w nieskończoność.
A nawet gdyby jakimś cudem udało się znaleźć na to wszystko pieniądze, to pozostałby przynajmniej jeszcze jeden problem.
Wydaje się więc, że idea azylu jest nie tylko mało realna z szeregu powodów, ale finalnie mogłaby być dla samych dzików nawet niebezpieczna.
„Pigułki” dla dzika
We wspomnianym na wstępie filmiku z Facebooka prezydent Trzaskowski odnosi się do kwestii antykoncepcji dla dzików. Mówi, zgodnie z prawdą, że w UE nie ma dopuszczonego do obrotu takiego środka. Więc i ta opcja obecnie odpada, choć może być przyszłościowa.
Testy terenowe na małą skalę przeprowadzano we Włoszech, natomiast prace nad takim środkiem prowadzi się również w Polsce. Odpowiada za nie dr Patrycja Kurowska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Fundusze na ten cel przyznało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu LIDER. Badaczka chce opracować roślinny preparat ograniczający płodność loch. Miałby on być podawany w paszy i stanowić albo alternatywę dla stosowanych metod zarządzania populacją dzików, albo ich uzupełnienie. Obecnie w praktyce oznacza to po prostu odstrzał. Nie wiemy, kiedy preparat będzie gotowy, natomiast dr Kurowska w lipcu 2026 r. powiedziała tygodnikowi „Polityka”, że „dotychczasowe wyniki są obiecujące”. Więcej szczegółów mamy poznać za ok. półtora roku, bo właśnie wtedy zakończy się projekt.
Jako ciekawostkę warto podać, że w niektórych stanach USA stosuje się preparat HogStop. Co prawda dziki nie występują tam naturalnie, ale problem stanowią zdziczałe świnie domowe (czyli udomowione dziki), które są w Ameryce Północnej uznawane za inwazyjny gatunek obcy. Podawany w specjalnych karmnikach HogStop działa w taki sposób, że upośledza plemniki knurów. Zresztą wykorzystanie tych karmników jest koniecznością, ponieważ środek nie jest selektywny, tzn. działa również na samce innych gatunków. Preparat musi być też podawany stale, bo miesiąc po zaprzestaniu plemniki są znów w dobrej kondycji. To sprawia, że rozlokowanie urządzeń z antykoncepcyjną karmą jest skomplikowane logistycznie i raczej kosztowne.
Przykład HogStop dobrze pokazuje, jak dużym wyzwaniem jest zapanowanie nad płodnością dzikich zwierząt.
Podejście systemowe
Najbardziej awangardowe podejście do sytuacji problemowych z udziałem dzików ma obecnie Gdynia, która powołała w październiku 2024 r. Zespół ds. dzikich zwierząt. W 2026 r. ukazał się przygotowany na zlecenie miasta przez Biuro Urbanistyki Wielogatunkowej raport dotyczący możliwości stosowania metod nieśmiercionośnych „w celu minimalizacji liczby sytuacji konfliktowych związanych z obecnością dzików na terenie Gdyni”. Przygotowano go m.in. w oparciu o doświadczenia hiszpańskie.
Zauważono tam, że „metody śmiercionośne nie prowadzą ani do trwałego ograniczenia liczby dzików, ani do trwałego zmniejszenia napięć związanych z ich obecnością”. Z prostego powodu: odstrzał nie eliminuje przyczyn, dla których miasto jest dla dzików atrakcyjnym siedliskiem. Jednocześnie autorzy opracowania starają się zachować realizm – chodzi o ograniczenie sytuacji konfliktowych do takiego poziomu, który będzie akceptowalny społecznie.
„Uznanie faktu wielogatunkowości miasta nie zakłada bowiem bezwarunkowego dopuszczania obecności dzikich zwierząt na wszystkich jego terenach. Chodzi raczej o dostrzeżenie, że możemy podchodzić do obecności zwierząt w mieście bardziej proaktywnie i odpowiedzialnie” – czytamy w raporcie.
Co proponują autorzy? Katalog działań jest obszerny: zabezpieczenie pojemników na odpady, dbałość o czystość w miejscach gromadzenia odpadów, wymiana karmników dla kotów wolnożyjących na konstrukcje dziko-odporne, grodzenie miejsc wrażliwych (szkół, placów zabaw, przedszkoli, boisk czy wybiegów dla psów) wraz z systemową kontrolą ogrodzeń, stosowanie repelentów zapachowych o woni drapieżników oraz automatycznych systemów odstraszania, powstrzymanie zabudowy dziczych siedlisk, zachowanie stref buforowych między obszarami zabudowanymi a leśnymi, ograniczenia prędkości i inne. Widać więc, że autorzy raportu rozumieją, że w znacznym stopniu to my sami uczyniliśmy miasta atrakcyjnymi siedliskami dla dzików.
Przegląd proponowanych metod jednoznacznie wskazuje, że mają one charakter długofalowy. Jednocześnie podejście jest realistyczne w tym sensie, że nie postuluje wizji miasta całkowicie wolnego od dzików. Ta jest kompletnie nierealna, zresztą w ocenie przynajmniej części ekspertów problemem nie jest to, że dziki w ogóle są w miastach, ale to, że często są w nich tam, gdzie ich obecność może skutkować konfliktami. I z pewnością jest tak, że zabijanie tych konfliktów nie rozwiązuje. Pytanie tylko, czy bez zabijania będziemy w stanie się z nimi uporać.