„Soja zawiera estrogen, który obniża testosteron i feminizuje mężczyzn”
Wraz z wprowadzeniem do szkół nowych zasad żywienia, uwzględniających elementy diety planetarnej, internet zawrzał. Kontrowersje wzbudził przede wszystkim pomysł wprowadzenia jednego roślinnego obiadu tygodniowo w szkolnych stołówkach. Wśród krytycznych głosów pojawiła się – a właściwie powróciła – teoria, według której młodzi chłopcy nie powinni jeść tofu ani soi w żadnej innej postaci. Popularne przekonanie głosi, że jedzenie tofu zrobi z nich tzw. soy boyów, czyli, w skrócie, niemęskich mięczaków.
Babski groch
Tofu powstało w Chinach jeszcze w starożytności i ma ponad dwa tysiące lat historii. To jedno z najlepszych roślinnych źródeł białka i bardzo wdzięczny składnik wielu dań, który wyjątkowo łatwo przejmuje smak przypraw i sosów. W zależności od sposobu produkcji może być również dobrym źródłem wapnia i żelaza, a przy tym zawiera niewiele tłuszczów nasyconych. Według popularnego mitu soja ma „zalewać” mężczyzn estrogenem, obniżać poziom testosteronu i prowadzić do feminizacji. Źródłem tych obaw są izoflawony zawarte w soi, nazywane fitoestrogenami. Ich działanie, mimo nazwy, wcale nie jest jednak tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.
A zauważono to w Australii Zachodniej już w latach 40. XX wieku. Opisano wtedy tzw. niepłodność koniczynową u owiec. Zwierzęta pasące się na niektórych odmianach koniczyny miały zaburzenia płodności związane z obecnością roślinnych związków o działaniu zbliżonym do estrogenów. W latach 90. i na początku XXI wieku intensywnie zaczęto badać izoflawony sojowe, które również należą do fitoestrogenów. W 1997 r. na łamach prestiżowego czasopisma „The Lancet” ukazała się ważna praca naukowa, w której wykazano bardzo wysoką ekspozycję na izoflawony u niemowląt karmionych preparatami sojowymi. Były to rzeczywiste odkrycia naukowe, ale łatwo było sprowadzić je do prostego hasła: „soja = estrogen”. Tymczasem nawet wysoka ekspozycja na fitoestrogeny nie oznacza jeszcze, że soja wywołuje zmiany hormonalne w organizmie.
Jednocześnie na bazie tego uproszczenia rozwinął się ruch antysojowy. W 2000 r. Sally Fallon i Mary Enig z Weston A. Price Foundation opublikowały tekst „Tragedy and Hype”, przedstawiający soję jako zagrożenie hormonalne. W 2005 r. Kaayla Daniel wydała książkę „The Whole Soy Story: The Dark Side of America’s Favorite Health Food”. Weston A. Price Foundation pisała wprost o soi jako o zagrożeniu dla płodności.
Kolejnym, jeszcze bardziej medialnym dopalaczem tej teorii był opisany przypadek 60-letniego mężczyzny z ginekomastią, obniżonym libido i bardzo wysokim poziomem estradiolu, czyli najsilniej działającego naturalnego estrogenu w organizmie człowieka. Hormon ten występuje zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn, a wpływa m.in. na układ rozrodczy, kości i metabolizm. U mężczyzn powstaje głównie z testosteronu w procesie aromatyzacji.
Mężczyzna ten pił jednak około 3 litrów mleka sojowego dziennie, dostarczając organizmowi około 360 mg izoflawonów na dobę. Po odstawieniu soi tkliwość piersi ustąpiła, a poziom estradiolu stopniowo wrócił do normy.
Na podstawie tych dwóch historii w 2009 r. czasopismo „Men’s Health” zrobiło wciąż popularny materiał, który do dziś cieszy się popularnością, zatytułowany „Is This the Most Dangerous Food for Men?”. W artykule pojawiła się sugestia, że soja może podważać samą fundamentalną ideę męskości. To właśnie ten tekst wprowadził niezbyt dobrze zbadaną, niszową kontrowersję żywieniową do masowej popkultury. Później, jakby na potwierdzenie tej tezy, pojawiły się kolejne medialne opisy przypadków osób spożywających skrajne ilości soi, m.in. 19-latka z zaburzeniami erekcji i niskim poziomem testosteronu. Po zmianie diety objawy stopniowo ustępowały, a pełna sprawność seksualna powróciła po około roku.
Nawet woda bywa trucizną
Nie można z całą stanowczością powiedzieć, że biologicznie „niemożliwe jest, żeby soja wpłynęła na układ hormonalny”. Przy ekstremalnej, długotrwałej ekspozycji istnieją opisy przypadków klinicznych sugerujące taki wpływ. Problem polega na tym, że dotyczą one pojedynczych osób spożywających około 360 mg izoflawonów dziennie. Typowe spożycie wśród starszych mieszkańców Japonii szacuje się na około 30–50 mg dziennie. To grupa, w której soja jest szczególnie popularna i stanowi częsty składnik diety – od tofu, przez młode fasolki edamame jedzone z grubą solą, po natto i tempeh. Opisy przypadków dotyczące potencjalnej szkodliwości soi odnoszą się więc do osób spożywających wielokrotnie więcej izoflawonów niż ludzie, dla których soja jest jednym z podstawowych składników diety. Wypicie 4 litrów wody w krótkim czasie również może doprowadzić do ciężkiej hiponatremii, a w skrajnych przypadkach nawet do śmierci. Nie nazywamy jednak wody „najbardziej niebezpiecznym napojem dla ludzi”.
A co pokazują badania naukowe?
Gdy spojrzymy na badania naukowe, a nie medialne analizy skrajnych przypadków, obraz zmienia się diametralnie.
Znacznie obszerniejsza aktualizacja z 2021 r. objęła 41 badań klinicznych. Testosteron całkowity oceniano u 1753 mężczyzn, wolny testosteron u 752, a estradiol u 1000. Nie stwierdzono istotnego wpływu spożycia soi na poziom tych hormonów.
Możemy jednak wskazać na pewien problem metodologiczny, o którym wspominają również zwolennicy teorii spiskowych. Współautor metaanalizy Mark Messina konsultował firmy sprzedające produkty sojowe, a Mindy Kurzer zasiadała w radzie naukowej Soy Nutrition Institute. W samej pracy zadeklarowano brak konkretnego grantu od podmiotów publicznych, komercyjnych lub non-profit, ale autorzy ujawnili potencjalne konflikty interesów.
Jednak niezależna metaanaliza z 2025 r., która według autorów nie otrzymała finansowania, poszła o krok dalej i uwzględniła analizę zależności dawka–odpowiedź.
Wyniki tej analizy są nieco bardziej zniuansowane. Osiem randomizowanych badań klinicznych, obejmujących 331 uczestników, nie wykazało ogólnego wpływu spożycia soi na poziom testosteronu. Również standardowa metaanaliza nie wykazała istotnej różnicy w poziomie estradiolu. Jednak model dawka–odpowiedź ujawnił nieliniową zależność: spożycie około 72 mg izoflawonów dziennie wiązało się w modelu ze wzrostem poziomu estradiolu o około 6,5 pg/ml. Podobny sygnał pojawił się w przypadku SHBG. Z wynikami tymi trzeba jednak ostrożnie postępować. Analiza estradiolu opierała się na zaledwie czterech publikacjach i 138 osobach, a przy wyższych dawkach przedziały ufności szybko się rozszerzały. Badania trwały przeważnie od 4 do 12 tygodni, a sami autorzy podkreślili, że potrzebne są dalsze badania długoterminowe.
Estrogen, który jest fit
Nazwa ma wielką, niezmierzoną moc propagandową. „Fitoestrogen” brzmi jak „estrogen znajdujący się w roślinie”. Tymczasem chodzi o inną cząsteczkę, której budowa jest na tyle podobna, że może oddziaływać z receptorami estrogenowymi.
Różne tkanki mają różne proporcje receptorów estrogenowych, a ich aktywacja może wywoływać odmienne, czasem nawet przeciwstawne efekty. Dlatego izoflawony bywają opisywane jako związki o właściwościach przypominających selektywne modulatory receptorów estrogenowych. To uproszczenie jest matką, z której łona wychodzi dezinformacja.
W soi bezsprzecznie występują fitoestrogeny. Sama nazwa przywodzi na myśl estrogen, a estrogen to „żeński hormon”. A skoro żeński, to nie dla chłopa. Więcej estrogenu oznacza mniej testosteronu – i tu następuje ostatni krok dezinformacji, czyli przekonanie, że tofu odbierze mężczyznom męskość, spowoduje wzrost piersi i problemy z potencją. Każde z tych połączeń na pierwszy rzut oka wydaje się intuicyjnie logiczne. Jednocześnie cały ten łańcuch rozumowania jest niezgodny z wynikami badań klinicznych.
„Dezinformacja w erze social mediów jest niestety bardzo dużym problemem i to nie tylko w kontekście soi” – mówi Rafał Jankiewicz, znany w internecie jako Pomazany Trener, weganin, trener personalny, obrońca praw zwierząt i pozycji tofu.
„W przypadku soi ogromnym problemem jest fakt, że mówią o tym nie tylko osoby niezwiązane w żadnym stopniu z dietetyką czy szeroko pojętym odżywianiem bądź technologią żywności, ale bardzo często spotykam się z tym, że ludzie wykształceni, po studiach, którzy powinni być autorytetami w danej dziedzinie, niestety, delikatnie mówiąc, zaśmiecają internet nieprawdziwymi informacjami, niemającymi żadnych podstaw naukowych i odbiegającymi bardzo mocno od aktualnego stanu wiedzy, jaki posiadamy w temacie soi”.
Jednocześnie zdaniem Pomazanego Trenera soja jest jednym z najzdrowszych produktów spożywczych.
„Soy boy”? Obelga oparta na dezinformacji
Na micie o szkodliwości soi wyrosła cała kultura. „Soy boy”, czyli sfeminizowany chłopak, zwykle weganin lub wegetarianin, to w myśl tej obelgi mężczyzna „zniszczony” przez soję. Określenie w dzisiejszym znaczeniu weszło do kultury internetowej alt-rightu i manosfery około 2017 r. W kwietniu 2017 r. udokumentowano jego użycie na 4chanie, a w czerwcu definicja pojawiła się w Urban Dictionary. Pod koniec 2017 r. „soy boy” był już szeroko stosowany jako określenie mężczyzny liberalnego, weganina, „niemęskiego”, słabego czy podporządkowanego kobietom. Do obelgi dołączono zmanipulowane uzasadnienie biologiczne.
Z tego wyrósł później cały wizualny język „soyjaków”. Wyśmiewanie takich mężczyzn obecnych w mediach społecznościowych tworzyło nagonkę na sztucznie wykreowaną figurę, opartą na manipulacji. Dezinformacja żywieniowa przestała być jedynie twierdzeniem dotyczącym zdrowia, a zaczęła funkcjonować jako metafora polityczna i wzorzec męskości.
Badanie opublikowane w 2026 r., analizujące serwis Patriots.win, objęło około 670 wystąpień określenia „soyboy” z lat 2020–2024. Pokazało, jak termin ten ewoluował: od określenia „niemęskiego” mężczyzny do szerszej obelgi o charakterze politycznym.
Jak trwałe jest sojowe kłamstwo?
Mit o szkodliwości soi jest bardzo trwały i szeroko rozpowszechniony w internecie, szczególnie w kulturze fitness, manosferze i środowiskach antywegańskich.
„Mit na temat szkodliwości soi jest niestety bardzo mocno zakorzeniony w głowach ludzi i myślę, że musi minąć jeszcze sporo czasu, by całkowicie go obalić” – mówi Pomazany Trener. „Musimy jednak cały czas o tym mówić i jasno dawać ludziom do zrozumienia, że nie ma się czego bać, a wręcz przeciwnie – warto wprowadzić produkty sojowe do swojej diety. Co prawda to tylko dowód anegdotyczny, ale jakieś 90 proc. moich posiłków od 10 lat zawiera produkty sojowe i mam się doskonale” – dodaje Jankiewicz.
W Polsce Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej już w 2018 r. pisało, że wpływ soi na męską płodność i funkcje seksualne budzi jedne z największych obaw konsumentów. W polskim internecie również w latach 2025–2026 regularnie pojawiają się materiały odpowiadające na pytania: „Czy soja obniża testosteron?” i „Czy fitoestrogeny feminizują mężczyzn?”. W świecie anglojęzycznym mit został dodatkowo utrwalony przez mem „soy boy”. Australijski RMIT University (Royal Melbourne Institute of Technology) stworzył projekt edukacyjny i komiks „The Adventures of Soy Boy and Friends”, poświęcone temu mitowi i skierowane m.in. do młodych mężczyzn. Ich tematem jest dezinformacja w internecie.