W 1838 roku polscy emigranci w Londynie odkryli, że mają wśród siebie rosyjskich informatorów. Nie były to plotki ani spiskowe fantazje. Teofil Pietraszewski przyznał, że od około półtora roku donosił rosyjskiemu konsulatowi. Ujawniono również współpracę innych osób z przedstawicielstwami państw zaborczych.
Wśród emigrantów zapaliła się wtedy myśl: skoro znaleźliśmy kilku, ilu jest następnych?
Rozpoczęło się śledztwo. Lista podejrzanych rosła, aż pojawiło się na niej ponad kilkanaście kolejnych nazwisk. Dziś może nie robi to szczególnego wrażenia, ale brytyjskie środowisko Wielkiej Emigracji liczyło około 700 osób. To była prawdziwa bomba atomowa. Każdy mógł znać szpiega. Każdy mógł też zostać o szpiegostwo oskarżony.
Wśród podejrzanych znalazł się Stanisław Worcell, jeden z czołowych demokratów i radykałów emigracyjnych. Jego nazwisko widniało w księdze związanej z wypłatami rosyjskiego przedstawicielstwa w Londynie. Wyglądało to fatalnie.
Tyle że historyk prof. Krzysztof Marchlewicz ocenia, iż wpis ten był „prawie na pewno” prowokacją, która miała obciążyć Worcella podejrzeniem współpracy.
Jeśli tak było, Rosjanie znaleźli wyjątkowo sprytny sposób na osłabianie polskiej emigracji. Nie musieli przekonywać jej do cara. Wystarczyło sprawić, by emigranci przestali ufać sobie nawzajem.
To mechanizm, który w polskiej historii będzie powracał. Rosyjscy agenci naprawdę działali, a im skuteczniej działali, tym łatwiej było oskarżać o współpracę z nimi również ludzi, wobec których brakowało dowodów.
Żeby zrozumieć, skąd wziął się ten odruch, trzeba jednak cofnąć się jeszcze dalej – do czasów, gdy rosyjskie bagnety rzeczywiście wynosiły polskich królów na tron.
Człowiek z Petersburga
Kiedy Stanisław August Poniatowski zasiadł na polskim tronie, zamieszkał na Zamku Królewskim w Warszawie. Zamek był stary i brzydki, z mody wyszedł jakieś 200 lat wcześniej. Do tego ciasny, bo król musiał dzielić go z Senatem. Z okien patrzył na błotniste uliczki Starówki i marzył o przebudowie swojej siedziby. Miała stać się symbolem nowej Rzeczypospolitej, wychodzącej z kryzysu. Tyle że mieszkańcy Warszawy, patrząc na królewski zamek, widzieli przede wszystkim długi cień rosyjskich bagnetów, które wyniosły jego lokatora na tron.
Stanisław August przeszedł do historii jako „najlepszy król na najgorsze czasy”. Dla przeciwników był jednak człowiekiem Petersburga.
I nie bez powodu. Wywodził się z Familii Czartoryskich, potężnego stronnictwa opierającego swoją politykę na rosyjskim poparciu. Zresztą w XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej trudno było znaleźć obóz polityczny, który nie oglądałby się na któreś z ościennych mocarstw. Król przez całe panowanie musiał lawirować między nieprzychylną mu szlachtą a rosyjską ambasadą, której kolejni przedstawiciele budzili w Warszawie grozę.
Problem w tym, że ten rzekomy wykonawca woli Petersburga chciał modernizować Polskę. Za jego panowania powstała Szkoła Rycerska, kuźnia patriotycznych kadr. Wśród jej wychowanków znaleźli się Tadeusz Kościuszko i Józef Sowiński, późniejszy bohater obrony warszawskiej Woli podczas powstania listopadowego. Król próbował wzmacniać państwo, choć działał pod silną rosyjską kuratelą, której twarzą był wówczas ambasador Mikołaj Repnin.
Już sejm konwokacyjny w 1764 roku, jeszcze przed elekcją Poniatowskiego, wprowadził reformy ograniczające samowolę magnackich urzędników, m.in. komisje skarbowe i wojskowe. Petersburg godził się na część zmian usprawniających państwo, ale nie zamierzał pozwolić na zbyt wiele. Polska była dla Rosji najbezpieczniejsza jako kraj słaby, zdecentralizowany i łatwy do kontrolowania. Zniesienie liberum veto czy znaczące powiększenie armii nie wchodziło więc w grę. Reformy budziły też oburzenie magnaterii, która traciła wpływy, choć sama nieraz kłaniała się przed tronami w Wiedniu i Berlinie. Interesy tych dworów bywały zbieżne: Rzeczpospolita miała pozostać wielka, rozlazła i pozbawiona woli zmiany.
Jeszcze większy paradoks przyniosła Rada Nieustająca, utworzona po I rozbiorze. Była czymś na kształt pierwszego stałego rządu Rzeczypospolitej. Powstała pod silną presją Rosji, a ambasador Otto Magnus von Stackelberg wywierał na nią ogromny wpływ. Stanowiła więc narzędzie rosyjskiej kontroli, ale jednocześnie była krokiem w stronę nowoczesnej administracji. Jedno nie wykluczało drugiego.
Stanisław August rozumiał, że nie może po prostu zerwać zależności od Petersburga. Próbował więc wykorzystać ją do wzmocnienia państwa, negocjując kolejne reformy i czekając na korzystniejszą sytuację międzynarodową.
Jak zwraca uwagę prof. Dorota Dukwicz z Instytutu Historii PAN, podczas konfederacji barskiej Rosjan niepokoiła wręcz „nieprzejednana postawa króla i Czartoryskich”. Rozważali nawet detronizację monarchy, który miał być przecież ich człowiekiem.
Król zawdzięczał Rosji tron i przez całe panowanie pozostawał od niej zależny. Nie oznaczało to jednak, że każda jego decyzja służyła Petersburgowi. Przeciwnikom wystarczał sam fakt tej zależności, by widzieć w nim zdrajcę i wykonawcę rosyjskiego spisku.
Wielka Spiskowa Migracja
Po powstaniu listopadowym Polskę opuściło około 10–11 tys. osób. Większość trafiła do Francji. Wielka Emigracja nie była więc wielka ze względu na liczebność – samo Królestwo Polskie miało wówczas około 4 mln mieszkańców – lecz znaczenie polityczne uciekinierów. Paryż i, w mniejszym stopniu, Londyn stały się centrami polskiego życia niepodległościowego. Stamtąd płynęły do kraju pieniądze, idee, propaganda, a także emisariusze i plany kolejnych wystąpień.
Nic dziwnego, że Petersburg chciał wiedzieć, co knują emigranci. Rosyjscy agenci zbierali informacje o ich organizacjach, prasie, kontaktach politycznych i przygotowywanych wyprawach. Mogli też wykorzystywać istniejące konflikty. Opisana na początku afera londyńska z 1838 roku pokazała jednak, jak szybko racjonalna czujność mogła przerodzić się w szpiegomanię.
Jak opisuje prof. Krzysztof Marchlewicz z UAM, kolejne osoby oskarżane o współpracę z zaborcami zaprzeczały zarzutom.
Do dziś nie wiadomo, które rzeczywiście były agentami, a które padły ofiarą pomówień. Historyk dopuszcza nawet możliwość, że ujawnienie części mało wartościowych informatorów było celową prowokacją mającą wywołać ferment wśród emigrantów.
Z czasem do oskarżenia o współpracę z Petersburgiem wystarczało coraz mniej. Podejrzewano nawet Adama Mickiewicza, bo śmiał pochwalić niektóre elementy literatury rosyjskiej. Ksiądz Wincenty Krasiński zarzut „zmowy z Moskwą” wykorzystywał w konflikcie z konkurentem do stanowiska kapelana polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii.
Oskarżenie o rosyjską agenturalność stało się więc nie tylko reakcją na rzeczywiste zagrożenie, ale również bronią w sporach politycznych i personalnych. Prawdziwi szpiedzy sprawili, że coraz łatwiej było uwierzyć w istnienie kolejnych, nawet gdy brakowało dowodów. Dla rosyjskich służb trudno było o korzystniejszą sytuację.
W szponach Ochrany
Na przełomie XIX i XX wieku polscy socjaliści i niepodległościowcy wszędzie szukali zakrwawionej ręki Ochrany. Nic dziwnego. Carska policja polityczna umieszczała swoich informatorów głęboko w organizacjach rewolucyjnych, także w Organizacji Bojowej PPS.
Dawid Ajzenlist, etatowy agent Ochrany, w 1905 roku wydał przygotowania do zamachu na warszawskiego generał-gubernatora Konstantina Maksymowicza. Antoni Sukiennik, związany z działalnością bojową PPS, przekazał władzom informacje, dzięki którym zdekonspirowano ponad 300 bojowców i działaczy niepodległościowych.
Każda nieudana akcja, niespodziewane aresztowanie czy zaskakująco dobra wiedza policji o planach konspiratorów rodziły więc pytanie: „kto sypnął?”. Problem w tym, że z każdą rzeczywistą zdradą coraz mniej potrzeba było dowodów, by podejrzewać następną.
W 1908 roku były funkcjonariusz warszawskiej Ochrany Michaił Bakaj ujawnił informacje o agentach działających w polskich ugrupowaniach politycznych. Wiele jego wskazań udało się zweryfikować. Wśród wymienionych nazwisk znalazł się jednak Stanisław Brzozowski, jeden z czołowych polskich intelektualistów epoki. Socjalistyczny „Naprzód” opublikował oskarżenie pod jednoznacznym tytułem: „Szpieg”.
Według Bakaja Brzozowski od około dziesięciu lat współpracował z Ochraną pod pseudonimem „Goldberg”, pobierał pieniądze i pisał wartościowe raporty dla rosyjskiego Departamentu Policji.
Oskarżenie brzmiało wiarygodnie. Brzozowski po aresztowaniu w 1898 roku w sprawie Towarzystwa Oświaty Ludowej rzeczywiście składał zeznania obciążające część kolegów. To kompromitujący fakt, ale nie dowód na dziesięcioletnią, płatną współpracę z rosyjską policją. Brzozowski stanowczo zaprzeczał oskarżeniom, a sąd obywatelski w 1909 roku nie zdołał rozstrzygnąć sprawy. Kiedy Walery Sławek pojechał do Paryża po dokumentację dotyczącą polskich agentów Ochrany, dysponował przede wszystkim materiałami wywodzącymi się z rewelacji Bakaja. Przekonanie o winie Brzozowskiego rosło szybciej niż jakość dowodów.
A przecież prawdziwi prowokatorzy potrafili uczestniczyć w zamachach, nosić broń, siedzieć z konspiratorami w więzieniach i jednocześnie donosić policji.
Jewno Azef stał na czele Organizacji Bojowej rosyjskich eserowców, współorganizował zamachy na carskich dygnitarzy, a przy tym był informatorem Ochrany.
Kiedy w latach 1908–1909 wyszła na jaw jego podwójna rola, trudno było już ufać komukolwiek.
Radykalizm nie chronił przed podejrzeniami. Ostrożność również nie, bo przecież agent mógł celowo hamować działalność organizacji. Wcześniejsze aresztowanie? Może go złamano. Gwałtownie zaprzecza oskarżeniom? Widocznie trafiły w sedno. Każda porażka konspiracji mogła wyglądać jak zdrada, a każdy konflikt personalny jak prowokacja.
I właśnie dlatego prawdziwi agenci stawali się sprzymierzeńcami fałszywych oskarżeń. Bez Ajzenlista, Sukiennika czy Azefa historia o kolejnym szpiegu mogłaby brzmieć jak teoria spiskowa. Po ich zdemaskowaniu wydawała się całkiem rozsądna. Nawet jeśli dowodów brakowało.
Polska między dwiema wojnami
W II Rzeczypospolitej lęk przed sowiecką agenturą był w pełni racjonalny. Po utracie Kraju Przywiślańskiego Rosja straciła najbardziej uprzemysłowiony region dawnego imperium, a rozszerzenie rewolucji na inne państwa było otwarcie deklarowanym celem komunistów. Polska stała im na drodze.
Komunistyczna Partia Polski (KPP), wcześniej Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, należała do Międzynarodówki Komunistycznej, korzystała ze wsparcia ZSRR i była silnie podporządkowana politycznie Moskwie.
Nic dziwnego, że interesował się nią polski kontrwywiad. Sowieci szkolili też komunistów z innych krajów. Polacy trafiali m.in. do Międzynarodowej Szkoły Leninowskiej i Komunistycznego Uniwersytetu Mniejszości Narodowych Zachodu. Część programów obejmowała nawet elementy nauki terroryzmu. Kursy były tak zaawansowane, że w PRL ich absolwentom uznawano je za wykształcenie wyższe.
Problem zaczynał się wtedy, gdy od tropienia prawdziwych komunistów przechodzono do podejrzewania całych grup społecznych.
Latem 1920 roku Armia Czerwona zbliżała się do Wisły. Społeczeństwo ogarniała panika.
Część żydowskiej lewicy rzeczywiście sympatyzowała z bolszewikami, a działacze KPRP prowadzili komunistyczną agitację.
Tyle że polscy Żydzi nie byli jednomyślni. Syjonistyczni parlamentarzyści wzywali do walki z bolszewikami, organizacje żydowskie wspierały obronę kraju, kilka tysięcy Żydów ochotniczo zgłosiło się do Wojska Polskiego, a jeszcze więcej służyło z poboru.
Mimo to w sierpniu 1920 roku, na rozkaz władz wojskowych wydany przez gen. Kazimierza Sosnkowskiego, w Jabłonnie internowano żydowskich żołnierzy i oficerów, także ochotników. Jak pokazują badania dr. Jacka Walickiego z Centrum Badań Żydowskich im. Filipa Friedmana, prawicowa propaganda przedstawiała Żydów jako grupę szczególnie podatną na bolszewizm. Stereotyp przeniknął do działań państwa. Z działalności komunistycznej mniejszości wyciągnięto wniosek o nielojalności całej społeczności.
Rosyjskich inspiracji doszukiwano się również w protestach społecznych. W 1923 roku w Krakowie doszło do krwawych walk robotników z policją i wojskiem. Ich przyczynami były przede wszystkim hiperinflacja, drożyzna, kryzys płacowy i konflikt rządu Chjeno-Piasta z ruchem robotniczym. PPS początkowo próbowała kontrolować i zakończyć protest. Później komunistyczna propaganda zaczęła przedstawiać wydarzenia jako „powstanie krakowskie”, wpisując je w historię europejskich walk rewolucyjnych.
Podobny problem pojawił się podczas Wielkiego Strajku Chłopskiego w 1937 roku. Zorganizowało go Stronnictwo Ludowe, a przyczyny protestu były jak najbardziej krajowe: kryzys wsi, sprzeciw wobec autorytarnych rządów sanacji, żądania demokratyzacji i amnestii dla skazanych w procesie brzeskim.
KPP rzeczywiście popierała strajk i próbowała wciągnąć do niego robotników, organizując wystąpienia solidarnościowe. Nie ma jednak podstaw, by uznać komunistów za organizatorów protestu. Mimo to pojawiały się oskarżenia, że za strajkiem stała Moskwa. Było to na rękę sanacji, która mogła przerzucać odpowiedzialność za społeczne niezadowolenie z własnych rządów na siły wrogie Polsce.
Rosyjskie spiski w sowieckim państwie
Ulicami Polski Ludowej jeździła czarna wołga. Widziało ją wielu. W środku mieli siedzieć sowieccy agenci, którzy porywali polskie dzieci, by robić z nimi nie wiadomo co i nie wiadomo gdzie. Ta miejska legenda wyrastała z prawdziwego lęku przed rosyjskimi agentami i Polakami kłaniającymi się Moskwie.
Dzieci straszono już nie Babą Jagą, lecz ruską limuzyną z przyciemnionymi szybami.
Strach miał swoje podstawy. Moskwa ingerowała w politykę wewnętrzną i zagraniczną PRL, sprawy bezpieczeństwa i obsadę najważniejszych stanowisk. Nie oznaczało to jednak, że wszystko, co wydarzyło się w Polsce Ludowej, zaplanowano na Kremlu.
Przez lata krążyła teoria, że pogrom kielecki z 4 lipca 1946 roku był prowokacją komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, zorganizowaną na polecenie NKWD. Miała odwrócić uwagę od sfałszowanego referendum albo skompromitować Polaków na Zachodzie. Podejrzenia nie wzięły się znikąd. W pogromie uczestniczyli funkcjonariusze państwowi, a zachowanie części milicjantów, wojskowych i pracowników aparatu bezpieczeństwa było, mówiąc krótko, skandaliczne. Ich działania sprzyjały eskalacji przemocy.
Tyle że śledztwo IPN zakończone w 2004 roku nie potwierdziło teorii o prowokacji NKWD. Również historycy, m.in. prof. Marcin Zaremba z Uniwersytetu Warszawskiego i prof. Joanna Tokarska-Bakir z Instytutu Slawistyki PAN, wskazują, że dostępne źródła nie dają wystarczających podstaw do uznania sowieckiego sprawstwa.
Bolesław Bierut z XX Zjazdu KPZR w Moskwie wrócił w szczelnie zaspawanej trumnie.
Gdy po tajnym referacie Chruszczowa, potępiającym kult Stalina, rozeszła się wiadomość o śmierci polskiego przywódcy, natychmiast pojawiły się pogłoski, że Sowieci go otruli lub zastrzelili. Zatwardziały stalinista miał przecież przeszkadzać nowej linii politycznej. Krążyły powiedzenia: „pojechał w futerku, wrócił w kuferku” czy „zjadł ciastko z Kremlem”.
Dokumentacja medyczna wskazuje jednak na pogarszający się stan zdrowia Bieruta. Chorował na ciężkie zapalenie płuc, miał problemy kardiologiczne, a bezpośrednią przyczyną śmierci był zawał serca. Dowodów na otrucie nie znaleziono. Zaspawana trumna też nie musiała skrywać zbrodni. Niewykluczone, że chodziło po prostu o to, by pierwszy sekretarz nie dotarł z Moskwy do Warszawy, wydzielając zapach nielicujący ze stanowiskiem.
W grudniu 1970 roku protestujący robotnicy również podejrzewali, że za użyciem przeciwko nim broni stał Kreml. Tymczasem decyzja zapadła w polskim kierownictwie, a dowodów na sowiecki rozkaz nie ma.
Klejnotem w koronie pozostaje jednak stan wojenny. Kreml rzeczywiście naciskał na kierownictwo PZPR, domagał się rozprawy z „Solidarnością” i krytykował polskich komunistów za zbytnią „delikatność” wobec opozycji. Ale przygotowanie i wprowadzenie stanu wojennego było dziełem polskiego aparatu partyjnego, MSW i wojska. Nie ma dowodów na bezpośredni rozkaz z Moskwy w grudniu 1981 roku. Dostępne dokumenty nie potwierdzają też, że sowiecka inwazja była wówczas nieuchronna.
Paradoksalnie późniejsza opowieść Wojciecha Jaruzelskiego o „mniejszym złu” również opierała się na przypisywaniu Kremlowi większej sprawczości. Skoro wojska radzieckie i tak miały wkroczyć do Polski, część odpowiedzialności za wprowadzenie stanu wojennego można było przenieść na Moskwę.
Bezapelacyjnie, do końca mojego, bądź jej
W III Rzeczypospolitej również wszędzie szukamy rosyjskich wpływów. I niekiedy przeceniamy sprawczość Moskwy. Coraz trudniej odróżnić rzeczywistą infiltrację od rosyjskiej inspiracji czy zwykłego wykorzystywania istniejących konfliktów do celów propagandowych.
Premier Józef Oleksy rzeczywiście znał Władimira Ałganowa, byłego oficera KGB, później rosyjskiego wywiadu. Utrzymywał z nim kontakty na tyle podejrzane, że UOP wszczął alarm kontrwywiadowczy.
Afera Olina wstrząsnęła Polską połowy lat 90. Tyle że nie udało się udowodnić, iż Oleksy świadomie współpracował z rosyjskim wywiadem. Śledztwo umorzono, a prokuratura uznała materiały UOP jedynie za poszlaki.
Jeszcze wyraźniej widać to przy polskim World Trade Center, czyli katastrofie smoleńskiej. Podobnie jak po tragedii w USA niemal natychmiast pojawiły się teorie spiskowe. Tyle że Amerykanie szukali sprawców we własnym rządzie, a Polacy woleli widzieć rosyjski spisek niż polskie nieudacznictwo.
Nie oznacza to, że nie było powodów do zadawania pytań. Zachowanie rosyjskich kontrolerów, działania rosyjskich instytucji po katastrofie i współpraca ze stroną polską budziły uzasadnione wątpliwości.
Jednak kolejne, coraz bardziej absurdalne komisje nie potwierdziły rosyjskiego sprawstwa, a ich raportom zarzucano przygotowywanie ich pod z góry przyjętą tezę.
Nie udowodniono też, by polskie władze „oddały Rosjanom śledztwo” wskutek rzekomej głębokiej infiltracji rządu Donalda Tuska. W 2026 roku Prokuratura Krajowa umorzyła śledztwo w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej, nie znajdując podstaw do postawienia zarzutów w badanych wątkach.
Podobny mechanizm działa przy współczesnych konfliktach społecznych. Podczas protestów rolniczych w 2024 roku pojawiały się hasła prorosyjskie i antyukraińskie. MSZ ostrzegało przed próbami przejmowania protestów przez skrajne środowiska, być może powiązane z Rosją. Jednocześnie podkreślało, że znaczna część postulatów rolników miała rzeczywiste, krajowe podstawy.
Z kolei kryzys na granicy z Białorusią był realną operacją destabilizacyjną, wspieraną propagandowo przez Rosję. Nie oznaczało to jednak, że każdy aktywista czy dziennikarz broniący osób siłą wypychanych z Białorusi do Polski działał na rosyjskie polecenie.
Rosja kocha strach przed Rosją
Najbardziej boimy się rosyjskich wpływów wtedy, gdy są one najsilniejsze.
Paradoks polega na tym, że sam ten strach może stać się narzędziem rosyjskich służb.
Nie trzeba werbować Worcella czy Brzozowskiego. Wystarczy sprawić, żeby inni uwierzyli, że zostali zwerbowani. Efekt może być podobny: oskarżeni tracą wiarygodność, ich przeciwnicy dostają polityczną amunicję, organizacje zajmują się tropieniem zdrajców, a wzajemna nieufność rośnie.
Ten mechanizm powracał przez kolejne epoki. W II RP Moskwa rzeczywiście finansowała, szkoliła i kontrolowała KPP. Nie oznaczało to jednak, że organizowała każdy protest społeczny albo kontrolowała wszystkich polskich Żydów. Takie oskarżenia były wygodne dla sanacji, bo pozwalały przerzucać odpowiedzialność za problemy kraju na obce siły.
PRL była państwem niesuwerennym, ale niepozbawionym własnej sprawczości. To, że Kreml wyznaczał granice dopuszczalnej polityki, nie znaczy, że wymyślał każdą represję, decyzję gospodarczą czy rozkaz użycia broni. Przypisywanie wszystkiego Moskwie pozwalało polskim władzom uchylać się od odpowiedzialności.
Dziś popełniamy podobny błąd, zacierając różnicę między trzema stwierdzeniami: „dany pogląd jest korzystny dla Rosji”, „rosyjska propaganda taki pogląd wzmacnia” i „osoba głosząca ten pogląd działa na rzecz Rosji”. Pierwsze dwa mogą być prawdziwe, a na trzecie nadal może brakować dowodów.
Rosja nie musi przecież tworzyć każdego konfliktu, żeby na nim korzystać. Wystarczy znaleźć istniejące napięcie, wysłać trolli, zalać media społecznościowe tysiącami komentarzy i wzmocnić najbardziej destrukcyjne narracje. Problem zaczyna się wtedy, gdy z udowodnionego podsycania sporu wyciągamy wniosek, że to Moskwa go wywołała.
Rosyjskie służby coraz sprawniej wykorzystują amerykańskie platformy społecznościowe, ale pomagają im również doświadczenia naszej własnej historii. Przez stulecia żyliśmy pod rosyjskim butem, czuliśmy też obcas rosyjskiej agentury. Strach przed Moskwą mamy niemal zapisany w kulturowym DNA. I właśnie dlatego tak łatwo go wykorzystać.
Jeśli wszędzie widzimy rosyjskich agentów, prawdziwym łatwiej ukryć się wśród cieni tych, których sami stworzyliśmy.
Rosja korzysta z naszego lęku. Nie dokładajmy jej kolejnego narzędzia. Zamiast tropić spiski na każdym kroku, trzymajmy się dowodów i ustaleń niezależnych ekspertów.