W listopadzie 2025 roku w leżącym około 300 km od Moskwy Iwanowie doszło do nietypowego zdarzenia. Mieszczące się tam Centrum Kreatywnych Rozwiązań, zajmujące się na co dzień organizowaniem regionalnych wydarzeń społeczno-kulturalnych i promowaniem inicjatyw samorządowych, otrzymało rządową dotację w wysokości 260 mln rubli na „przyciąganie i selekcję kandydatów do służby kontraktowej”.
Dawniej kultura, dziś rekrutacja
Podobnych przypadków jest dziś w Rosji dużo więcej. Putin potrzebuje „mięsa armatniego”. Choć budżet państwa przeznacza na wojnę coraz większe kwoty, tradycyjne wojskowe komendy uzupełnień, czyli tzw. wojenkomaty, okazują się mało efektywne w pozyskiwaniu żołnierzy kontraktowych. Urzędnicy i wojskowi nie radzą sobie z nowoczesnym marketingiem, kampaniami internetowymi czy bezpośrednim przekonywaniem kandydatów.
Kreml mówi jasno: kwoty rekrutacyjne mają być zrealizowane za wszelką cenę.
Dlatego gubernatorzy zaczęli masowo przekazywać setki milionów rubli ze swoich budżetów zaprzyjaźnionym organizacjom pozarządowym, fundacjom, a nawet agencjom reklamowym. „Centrum Kreatywnych Rozwiązań”, które wcześniej organizowało np. loterie dla mieszkańców, zajęło się szukaniem „mięsa” na wojnę Putina.
Z ustaleń „Insidera” wynika, że jednym z najistotniejszych elementów systemu rekrutacji jest „lojalność” komisji lekarskich. W wewnętrznym dokumencie, do którego dotarli dziennikarze, czytamy, że AKS podzieliła je na kilka rodzajów, m.in. „surowe” i „bardzo lojalne”. W „surowych” lekarze nie pozwolą zrekrutować każdego chętnego. Za to w „bardzo lojalnych” do wojska przyjmie się nawet osoby z HIV lub wirusowym zapaleniem wątroby. Ten, kto nie przejdzie komisji w jednym regionie, może przejść ją w innym.
1000 głów dziennie
Łańcuch wygląda tak: region przyznaje dotację organizacji, ta zleca pracę prywatnym wykonawcom, a ci angażują zawodowych werbowników. „The Insider” podaje konkretny przykład. Organizacja „Dobre Uczynki” dostała od władz regionu 1,1 mld rubli. Następnie zatrudniła pośrednika, który dostarczył gotowe kreacje reklamowe, skrypty rozmów rekrutacyjnych i szkolenia dla rekruterów. Zadaniem tych ostatnich jest „doprowadzić kandydata do podpisania kontraktu” – płaci się im bowiem tylko za podpisany kontrakt.
Rzecz w tym, że rekruterzy zaczęli masowo oszukiwać system. I to na wiele sposobów.
Gdy ktoś, skuszony potężnymi pieniędzmi, przychodził do rekrutera z własnej inicjatywy, ten wpisywał w dokumenty, że osobiście go zwerbował. W ten sposób zgarniał z budżetu regionu 400 tys. rubli za „sukces”. Ponadto rekruterzy, którzy mieli „swoich” lekarzy w komisjach, szukali kandydatów w innych regionach – choć jest to zabronione – i przywozili ich właśnie do tych lekarzy. To oszustwo kompletnie paraliżujące sens regionalnego planowania rekrutacji. Inna metoda polegała na manipulowaniu faktami. Zrekrutowanym obiecywano, że „będą służyć bezpiecznie na tyłach” albo „tylko sterować dronami w bezpiecznym miejscu”. Tymczasem część z tych ludzi trafiała na pierwszą linię frontu.
Z danych „Insidera” wynika, że państwo niewiele z tym robi ze względu na presję ze strony Kremla dotyczącą znalezienia „chętnych” do walki. Poszukiwanie rekruterów trwa więc w całej Rosji. Różnią się tylko ceny i nazwy programów.
Za kontrakt zawarty w Moskwie werbownik może dostać 1,25 mln rubli, w Orenburgu – 850 tys. W biedniejszych regionach jest to 150–450 tys. Osobno, w ramach programu „Przyprowadź kolegę”, rekruter otrzymuje 100 tys. rubli. Agencja Komunikacji Strategicznej deklaruje, że ma ponad 250 różnych partnerów. To dane samej agencji.
Dzienne tempo rekrutacji sięga dziś 800–1000 głów.
Biznes wart miliardy
Tyle zarabiają rekruterzy. A ile kosztuje Rosję taki żołnierz? W Petersburgu AKS obiecuje żołnierzowi 4,5 mln rubli. W innych regionach dużo mniej, ale też sporo. „Portal Re:Russia” szacuje, że do połowy maja 2026 r. średni bonus w regionach wynosił około 2,74 mln rubli.
W 2026 r. werbowano w ten sposób około 27 tys. „sztuk mięsa” miesięcznie. „The Insider” wyliczył, że oznacza to około 74 mld rubli miesięcznie na bonusy dla żołnierzy oraz ponad 8 mld rubli na prowizje dla werbowników – przy założeniu 300 tys. rubli za osobę. Dziennikarze podkreślają, że są to wyliczenia, a nie dane budżetowe.
Te, gigantyczne kwoty pokazują, że pozyskiwanie ludzi na front stało się jedną z najbardziej obciążających i najdroższych gałęzi rosyjskiej machiny wojennej.
Wnioski
- Rosja masowo outsourcuje werbunek na wojnę z Ukrainą do prywatnych pośredników – NGO, fundacji i agencji – finansowanych setkami milionów rubli z budżetów regionalnych.
- Prowizje dla werbowników sięgają 1,25 mln rubli za kontrakt w Moskwie, co generuje miesięczne koszty rzędu dziesiątek miliardów rubli i czyni rekrutację jedną z najdroższych gałęzi rosyjskiej machiny wojennej.
- Grupami docelowymi są osoby najbardziej podatne na presję finansową i manipulację – byli więźniowie, dłużnicy, mieszkańcy biednych regionów, 18–19-latkowie z niskim wykształceniem oraz osoby uzależnione.
- System jest masowo nadużywany: werbownicy przypisują sobie kandydatów, wożą ich do „lojalnych” komisji lekarskich w innych regionach i składają fałszywe obietnice dotyczące bezpiecznej służby.
- Skala nadużyć jest na tyle duża, że niektóre prokuratury proponują całkowite zniesienie „nagród za głowę” dla werbowników.
Przeczytaj też: Putin szuka „armatniego mięsa”. Nie tylko w Rosji