„Alert RCB? Nie odbierzesz dziecka ze szkoły!” – czytamy na grafikach rozpowszechnianych w październiku w mediach społecznościowych. Na jednej z nich widać dzieci obserwujące z okien szkoły rodziców stojących pod budynkiem. „Wstęp wzbroniony – policja” – głosi podpis obrazka stworzonego z pomocą sztucznej inteligencji.
Autor tej grafiki, Marek Kępa, ilustruje nią nowe wytyczne dla szkół i przedszkoli. Na Instagramie przyznaje, że część zasad brzmi rozsądnie, jednak zastanawia się też, czy procedury nie idą zbyt daleko. „Czy w kryzysie państwo powinno decydować za rodziców, gdzie dziecko jest bezpieczniejsze?” – pyta.
„To poważne naruszenie praw rodzicielskich” – tak te same wytyczne ocenił na Instagramie działacz Konfederacji Paweł Usiądek. On również zamieścił grafikę z hasłem „Alert RCB? Nie odbierzesz dziecka ze szkoły!”. Nowe procedury uważa za „absurdalne” i „zamordyzm”.
Wiele podobnych komentarzy można znaleźć pod artykułami mediów o wytycznych. „Po swoje dzieci to ja wjadę nawet i przez pancerne drzwi!” – deklaruje jeden z rodziców. „Moje dziecko i mam pełne prawo zabrać je ze szkoły!!!” – pisze inna osoba. Nie wszyscy krytykują nowe wytyczne. „Wyobrażacie sobie, że każdy rodzic leci po dziecko i wybucha chaos”, „może się okazać, że tak będzie dla dzieci najbezpieczniej” – czytamy.
Twierdzenia o wytycznych zaczęły już nabierać charakteru teorii spiskowej: dzieci mają zostać wywiezione ze szkół bez zgody rodziców, najpewniej za granicę. „Podczas pierwszego alarmu pod szkołami rozegra się wojna domowa pomiędzy rodzicami a służbami chcącymi uprowadzić dzieci” - twierdzi jeden z komentujących.
„Nie oddzielajcie dzieci od rodziców pod pretekstem wojny” - takie stanowisko wydała w tym tygodniu Konfederacja Korony Rzeczypospolitej. Sprzeciwia się ona „rozwiązaniom, które przewidują, że po ogłoszeniu alarmu rodzice nie mogą przyjeżdżać po dzieci do szkół, a ich odbiór ma nastąpić dopiero po odwołaniu alarmu”.
Czy rzeczywiście wynika to z wytycznych? Jakich sytuacji one dotyczą? Czy rodziców obowiązuje zakaz przejeżdżania po dzieci? Sprawdziliśmy.
Co przewidują wytyczne dla szkół
Rozesłany do szkół dokument przygotowały MSWiA, MEN i RCB. Liczy on 34 strony i nosi tytuł „Procedura przygotowania i reagowania w szkole lub przedszkolu po otrzymaniu komunikatu o zagrożeniu z powietrza, ogłoszeniu alarmu i jego odwołaniu”. Czytamy w nim, że wytyczne mają charakter „wzorca organizacyjnego”, który placówki powinny dostosować do warunków konkretnego budynku, liczby i wieku dzieci oraz ustaleń z lokalnymi władzami.
„Po ogłoszeniu alarmu zasadą jest pozostanie w budynku szkoły lub przedszkola” – czytamy w dokumencie. Dzieci i pracownicy powinni wtedy przemieścić się do wcześniej wyznaczonych miejsc schronienia, najlepiej na najniższej kondygnacji, w pomieszczeniu bez okien lub z niewielką powierzchnią oszklenia. Wyprowadzenie dzieci na zewnątrz przewidziano wyjątkowo, np. gdy pozostanie w budynku nie będzie bezpieczne.
Dokument zawiera również zalecenia dla rodziców. „Podczas alarmu rodzice nie przyjeżdżają po dzieci, nie gromadzą się przed budynkiem i nie blokują dróg dojazdu służb” – mówi. Z kolei do personelu skierowano polecenie: „Nie wolno przekazywać dzieci osobom uprawnionym do odbioru ani rozpoczynać dowozu podczas alarmu”. Dzieci pozostają więc pod opieką nauczycieli i nie są wydawane do czasu odwołania alarmu.
Nie chodzi o każdy alert RCB
Wytyczne dotyczą konkretnego zagrożenia – atakiem z powietrza. Część autorów wpisów na ich temat, w tym Paweł Usiądek, pomija jednak ten szczegół, sugerując, że rodzice nie będą mogli odebrać dzieci po otrzymaniu „alertu RCB”. Tylko że takie alerty dotyczą różnych zagrożeń dla zdrowia i życia, w tym niebezpiecznych zjawisk pogodowych.
Do tego są trzy różne rodzaje ostrzeżeń związanych z zagrożeniem atakiem z powietrza.
Po rosyjskich atakach rakietami i dronami na Ukrainę RCB przygotowało trzy warianty takiego ostrzeżenia: „czujność”, „gotowość” i „alarm”.
Pierwszy informuje o rosyjskim ataku na Ukrainę w pobliżu polskiej granicy, drugi o tego typu zmasowanym ataku i większym ryzyku wtargnięcia wrogiego obiektu do Polski. Dopiero trzeci oznacza zagrożenie atakiem na terytorium Polski i zawiera polecenie znalezienia bezpiecznego miejsca. „UWAGA! UWAGA! UWAGA! Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce” – mówi.
Wytyczne dla szkół rozróżniają sposób postępowania po każdym z tych trzech ostrzeżeń. Pierwszy wymaga monitorowania sytuacji, drugi przygotowania do ewentualnego schronienia, a trzeci niezwłocznego uruchomienia procedury schronienia. To właśnie po tym trzecim ostrzeżeniu dzieci nie są wydawane rodzicom.
,,Alarm o zagrożeniu atakiem z powietrza ogłasza się, gdy zagrożenie jest bezpośrednie. Czas na reakcję jest wtedy krótki i kluczowe jest szybkie ukrycie się w najbliższym bezpiecznym miejscu" - wyjaśnia MEN.
Taki alarm ogłoszono np. 8 października w województwach lubelskim i podkarpackim. Trwał 25 minut. Wcześniejszy, z 28 września, trwał ok. 20 minut. Z kolei 17 września w województwie lubelskim w związku z alarmem zarządzono ewakuację 120 budynków, w tym szkół. Według relacji mediów niektóre placówki wzywały rodziców do odbioru dzieci, a inne kierowały uczniów do piwnic. – Instrukcja została wysłana po tych wydarzeniach, gdy pierwszy raz mieliśmy do czynienia z zagrożeniem podczas dnia pracy szkół i przedszkoli – tłumaczył w październiku szef MSWiA Marcin Kierwiński.
Czy wytyczne wprowadzają zakaz?
„Zakaz przyjeżdżania rodziców po dzieci podczas alarmu” – tak nowe wytyczne przedstawiło m.in. RMF FM. Piszące o zakazie media powołały się na MEN. Rzeczywiście ministerstwo użyło takiego określenia w relacji z konferencji o przygotowaniu szkół do sytuacji kryzysowych. „Wytyczne obejmują również [...] zakaz przyjeżdżania rodziców po dzieci podczas alarmu, by nie utrudniać dojazdu służbom” – przeczytaliśmy w tej relacji.
W samym dokumencie nie ustanowiono jednak żadnego zakazu przyjeżdżania rodziców do szkół, a podczas konferencji przedstawiciele rządu nazywali dokument „poradnikiem”. – Wysłaliśmy poradnik do wszystkich dyrektorów szkół – taką instrukcję, która mówi dyrektorom szkół, jak mają reagować na różnego rodzaju alerty, jak reagować na syreny alarmowe – wyjaśniał Kierwiński. W tym „poradniku” czytamy jednak, że „podczas alarmu wstrzymuje się przekazywanie dzieci rodzicom i innym osobom uprawnionym”.
O tę rozbieżność zapytaliśmy MEN. – Czy zasady dotyczące rodziców mają charakter wiążącego zakazu? Co w sytuacji, gdy rodzic mimo trwającego alarmu zgłosi się po dziecko? Czy placówka może odmówić jego wydania? – pytaliśmy resort.
– Procedura jest wzorcem organizacyjnym. Dyrektor dostosowuje ją do budynku i warunków placówki, a następnie wprowadza jako wewnętrzną regulację. Nie jest ona źródłem powszechnie obowiązującego prawa i nie przewiduje sankcji wobec rodziców – przyznała rzeczniczka prasowa MEN Ewelina Gorczyca.
Jak dodała, punkt dotyczący rodziców „jest zatem zaleceniem i informacją dla rodziców, a nie zakazem”.
Inaczej MEN traktuje jednak punkty dotyczące obowiązków placówki i jej pracowników, w tym zapewnienia dzieciom schronienia i niewydawania ich rodzicom do czasu odwołania alarmu. Zdaniem resortu mają one charakter wiążący, co wynika m.in. z Prawa oświatowego, przepisów o bezpieczeństwie i higienie w szkołach oraz ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej.
– Rodzic, powierzając dziecko szkole lub przedszkolu, przekazuje placówce pieczę nad nim na czas zajęć. Dyrektor ma ustawowy obowiązek zapewnienia uczniom bezpieczeństwa. Nie może go wykonać, wypuszczając dziecko na otwartą przestrzeń w chwili zagrożenia atakiem z powietrza – przedstawiła stanowisko MEN jego rzeczniczka.
W praktyce – wynika z odpowiedzi MEN – oznacza to, że podczas alarmu szkoła nie wyda dziecka rodzicowi, choć resort twierdzi, że nie jest to „odmowa wydania dziecka”. – Placówka nie odmawia wydania dziecka rodzicowi. W czasie alarmu dzieci nie opuszczają miejsca schronienia, także pod opieką rodzica, bo wyjście na zewnątrz oznaczałoby narażenie ich życia i zdrowia – informuje Gorczyca.
– Obecnie jest taka sytuacja prawna, że nikt nie ma prawa zabronić rodzicowi odebrania dziecka ze szkoły, szczególnie w sytuacji zagrożenia - powiedział Portalowi Samorządowemu Waldemar Jakubowski, przewodniczący Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”. – Same wytyczne nie dają podstaw do pozbawienia rodzica możliwości odebrania dziecka. Jeśli rodzic, pomimo ogłoszonego alarmu, przyjdzie i zażąda odebrania dziecka, to kto mu odmówi? Na jakiej podstawie? – pyta.
MEN tłumaczy przekazane nam stanowisko różnymi przepisami nakazującymi dyrektorom szkół i przedszkoli zapewnienie bezpieczeństwa podopiecznym. Powołuje się również na art. 69 pkt 4 ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej, który zobowiązuje osoby zaalarmowane do zachowania zgodnego z komunikatami władz lub służb. Żaden z przywołanych przepisów nie odnosi się jednak wprost do sytuacji, w której rodzic żąda wydania dziecka podczas alarmu.
„Żadne działania ratujące życie i zdrowie nie naruszają praw rodzicielskich, a za dziecko i jego bezpieczeństwo w godzinach zajęć odpowiada szkoła” – dodał resort. Z odpowiedzi ministerstwa wynika również, że rodzic, który dotrze do szkoły podczas alarmu, może przebywać w pobliżu dziecka, jeśli pozwalają na to warunki schronienia.
„Rodzica, który dotarł do placówki, należy wpuścić do budynku i skierować do miejsca schronienia, jeżeli pozwala na to jego pojemność” – informuje resort. „Dziecko pozostaje pod opieką nauczyciela, a rodzic może przebywać w pobliżu. Wydanie dziecka następuje po odwołaniu alarmu. Pracownicy nie stosują siły wobec rodzica. Informują go o zagrożeniu i zasadach, a zdarzenie odnotowują w rejestrze” – czytamy w odpowiedzi MEN.
Resort ostrzega jednak, że rodzic, który w czasie alarmu jedzie po dziecko, zamiast szukać schronienia, sam naraża się na niebezpieczeństwo. Ponadto samochody rodziców mogą blokować drogi dojazdowe służbom ratowniczym, a dotarcie do szkoły może być utrudnione.
Teorie o wywożeniu dzieci za granicę
Przy okazji wydania wytycznych w mediach społecznościowych pojawiły się również dalej idące twierdzenia. „Ponoć może być tak że będzie ewakuacja i dzieci zostaną wsadzone do autokarów i wywiezione z kraju” – pisze jedna z internautek, powołując się na doniesienia z TikToka. „Używają dzieci jako zakładników. Wywiozą je i co?” – pyta inna.
Niektórzy łączą te obawy z zakazem korzystania z telefonów w szkołach. „Po to mają zabronić telefonów w szkole.żeby nie było kontaktu z rodzicami.Jak wywiozą .to już nie wrócą” – przekonuje jedna z komentujących [pisownia oryginalna].
Podobne twierdzenia pojawiały się we wrześniu w związku z informacjami o Krajowym Planie Ewakuacji. Rozpowszechniano wtedy teorię, że Polaków czeka masowa ewakuacja, po której nie będą mogli wrócić do swoich domów, a na ich miejsce zostaną osiedleni Żydzi i Ukraińcy. Nie znaleźliśmy podstaw do takich twierdzeń.
Obecnie podobne obawy wiązane są z alertami RCB i szkołami. Jedna z mieszkanek Siechnic opublikowała na Facebooku zdjęcie plakatu ostrzegającego dzieci przed wsiadaniem do autobusów po otrzymaniu alertu RCB. Z kolei Poznańskie Stowarzyszenie MUR Przytomnych Poznań zamieściło wzór oświadczenia dla rodziców o „braku zgody na wywiezienie dziecka poza teren szkoły” podczas ewakuacji.
Ministerialne wytyczne nie przewidują wywożenia dzieci za granicę. Ich podstawową zasadą jest pozostanie w budynku szkoły lub przedszkola i zapewnienie tam dzieciom schronienia. Wyprowadzenie ich na zewnątrz dopuszczono jedynie w wyjątkowych sytuacjach, np. gdy pozostanie w budynku byłoby niebezpieczne. „Po ogłoszeniu alarmu grupa znajdująca się w budynku nie wychodzi do autokaru ani innego środka transportu” – czytamy w części wytycznych dotyczącej dowozu dzieci do szkół.
MSWiA potwierdza, że procedura dotyczy wyłącznie schronienia na miejscu lub w najbliższej bezpiecznej budowli. „Nie przewiduje podstawiania autobusów, przewożenia dzieci ani przekazywania ich komukolwiek innemu niż rodzicom lub osobom przez nich upoważnionym” – podkreśla resort.
Z procedurą nie ma też związku ustawowy zakaz korzystania z telefonów komórkowych, wprowadzony 1 września w przedszkolach i szkołach podstawowych. Placówki mają czas do końca roku na dostosowanie statutów do nowych przepisów. MEN uzasadniało ten zakaz potrzebą poprawy higieny cyfrowej uczniów. Dotyczy on korzystania z urządzeń, a nie ich przynoszenia ich do szkoły. Przepisy przewidują też wyjątki od zakazu, m.in. w sytuacji zagrożenia dla zdrowia czy życia.
– Procedura nie zrywa kontaktu z rodzicami – mówi o wytycznych rzeczniczka MEN.