Był ciepły lipcowy wieczór. Około 22.30 mężczyzna wyszedł na podwórko wyrzucić śmieci. Przy odpadach zauważył dzika. Kiedy próbował go przepędzić, zwierzę zaatakowało i raniło go w nogę. Polała się krew.
Na miejscu zdarzenia szybko pojawiły się służby ratownicze – policja, medycy oraz przedstawiciele Lasów Miejskich. Ranny trafił do szpitala.
Niestety, dzik nie zamierzał opuścić żerowiska i nawet podczas interwencji wciąż przebywał w pobliżu posesji. Z obawy przed kolejnym atakiem podjęto decyzję o uśpieniu zwierzęcia.
Tymczasem w latach 2015–2024 w wyniku ataku dzików nie zginął nikt. Mało tego, w ciągu ostatnich 200 lat opisano 420 ataków dzików na ludzi, z czego większość wydarzyła się w ich naturalnym środowisku, a tylko 5 proc. w miastach. Agresja zwierzęcia była zwykle konsekwencją odniesionej rany lub strachu, których przyczyną były m.in. ataki psów lub kolizja z pojazdem.
Na całym świecie dziki zabijają średnio cztery osoby rocznie. W całej historii USA stwierdzono tylko cztery takie zdarzenia, z czego trzy na polowaniu – wyliczają naukowcy z Uniwersytetu Gdańskiego w artykule „Dziki w mieście”. Nie oznacza to, że obecność dzików w miastach można lekceważyć. Warto jednak spojrzeć na rzeczywistą skalę zagrożenia.
To nie goście, a rodowici mieszkańcy
Dzik euroazjatycki (Sus scrofa) jest zwierzęciem stadnym, wszystkożernym i niezwykle łatwo przystosowującym się do nowych warunków. Choć jego naturalnym środowiskiem są przede wszystkim lasy, dostęp do pożywienia i duże zdolności adaptacyjne pozwalają mu dobrze radzić sobie także w miastach. W Polsce dzik jest gatunkiem łownym i nie podlega ochronie.
Według danych GUS liczebność dzików w Polsce spadła z około 265 tys. w 2015 r. do niespełna 60 tys. w 2025 r. Dane te są jednak szacunkowe i – jak zastrzega urząd – obarczone błędem. Nie pokazują też dobrze skali populacji żyjącej w miastach.
Najbardziej rozpowszechnionym mitem powtarzanym w mediach społecznościowych i wypowiedziach polityków jest przekonanie, że dziki pojawiające się na naszych ulicach to zwierzęta, które z powodu braku pożywienia lub z powodu polowań czasowo opuściły las. Biologia ewolucyjna i ekologia miejska mówią coś zupełnie innego. Mamy do czynienia z trwałym procesem przystosowania się dzikich zwierząt do życia w strukturze zurbanizowanej. Dziki odkryły nową niszę ekologiczną i postanowiły ją zająć.
Badania telemetryczne i genetyczne prowadzone w metropoliach takich jak Berlin, Barcelona czy Warszawa wskazują, że funkcjonują tam osiadłe populacje dzików. Zwierzęta te są mniej płochliwe niż ich leśni krewni – ich dystans ucieczki może wynosić zaledwie kilka metrów.
Poruszają się też po znacznie mniejszych obszarach, ponieważ wszystko, czego potrzebują do przetrwania, znajdują w promieniu kilkuset metrów. Wiele z nich rodzi się już w parkach, zagajnikach i na miejskich nieużytkach.
Kiedy 13 kwietnia 2026 r. na terenie Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie urodziły się dziki, uczelnia, zamiast wykorzystać obowiązujące przepisy i uśmiercić zwierzęta, postanowiła zostawić je w spokoju. Teren z legowiskiem został odgrodzony, maluchy miały podrosnąć i odejść do lasu. Czy poszły? Być może. Ale dlaczego miałyby opuszczać swój dom, miejsce swojego urodzenia i przenieść się do lasu, którego nigdy poznały?
Miasto idealne dla dzika
Przypadek z AWF pokazuje, że część dzików nie przychodzi do miasta z lasu – rodzi się już w środowisku miejskim. A miasto oferuje im wyjątkowo dobre warunki do życia.
Badania Johna J. Mayera z Savannah River National Laboratory wskazują na jedno z najważniejszych zjawisk. Zwierzęta żerujące na jadalnych odpadach rosną większe, cięższe i rodzą więcej zdrowych prosiąt niż ich leśni krewni.
Kolejną zaletą życia w mieście jest ciepło. Łagodniejszy mikroklimat miejskich wysp ciepła jest dodatkową zachętą dla dzika. Nie bez znaczenia jest też to, że zwierzęta w mieście są bezpieczniejsze – nie podlegają takiej presji łowieckiej jak poza nim, a zagrożenie ze strony naturalnych drapieżników jest niewielkie. Z perspektywy dzika miasto nie jest więc miejscem przypadkowych wizyt, lecz stało się pełnoprawną niszą ekologiczną. Dzięki swojej plastyczności dziki świetnie się w nim odnajdują.
Jeśli dodamy do tego korytarze ekologiczne wzdłuż dolin rzecznych i tereny zielone, dzik z biologicznego punktu widzenia ma niewiele powodów, by z własnej woli opuścić aglomerację.
Konsekwencje takiego przystosowania pokazują badania berlińskiego Instytutu Leibniza. Wynika z nich, że miejska infrastruktura – autostrady, linie kolejowe, gęsta zabudowa oraz ogrodzenia – ogranicza mobilność dzików i utrudnia mieszanie się populacji miejskich z leśnymi.
Czy odstrzał rozwiązuje problem?
Do życia w miastach może paradoksalnie przyczyniać się również presja łowiecka poza nimi. Z badań zespołu Johanna Franza z Uniwersytetu Albrechta i Ludwika we Fryburgu wynika, że przystosowanie się dzików do środowiska miejskiego może być jednym z ubocznych skutków intensywnego odstrzału. Polowania mogą bowiem wpływać na zachowanie zwierząt i ich przemieszczanie się.
Natura znowu powiedziała: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. Efekt widać w miastach, gdzie dziki znajdują łatwo dostępny pokarm i warunki sprzyjające osiedlaniu się.
W 2019 r. ponad 1000 przedstawicieli polskiego środowiska naukowego podpisało list otwarty przeciwko masowemu odstrzałowi dzików. Jego autorzy kwestionowali skuteczność takiej metody w walce z afrykańskim pomorem świń (ASF). Późniejsze badania wskazywały, że intensywny odstrzał może zmieniać zachowanie dzików i zwiększać ich mobilność.
Autorzy dowodzili, że zniknięcie dominującego gatunku, jakim jest dzik, pogorszy warunki sanitarne lasu i ograniczy obieg materii w przyrodzie. Zwierzę jest bowiem kimś w rodzaju inżyniera ekosystemu. Buchtowanie w poszukiwaniu pokarmu napowietrza glebę, miesza warstwy próchnicy i przyspiesza dekompozycję materii organicznej, co ułatwia naturalne odnowienia lasu. Jako wszystkożerca dzik eliminuje z ekosystemu padlinę oraz masowo redukuje populacje larw owadów uznawanych za szkodniki drzewostanu (m.in. pędraków chrabąszczy, strzygoni choinówki, brudnicy mniszki).
Polowania zbiorowe z psami płoszą dziki, zmuszając je do migracji na dystansie dziesiątek kilometrów. Zamiast izolacji ognisk ASF może więc dochodzić do rozprzestrzeniania patogenu na nowe obszary.
Ponadto intensywna presja łowiecka w lasach i na terenach rolniczych może wypychać watahy na obszary zurbanizowane. W miastach presja łowiecka jest mniejsza, a łatwo dostępny pokarm – odpady i dokarmianie – sprawia, że aglomeracje stają się stabilnymi niszami ekologicznymi.
Doświadczenia europejskie wskazują, że w ograniczaniu ASF istotne znaczenie mają również rygorystyczna bioasekuracja w gospodarstwach rolnych oraz szybkie usuwanie zakażonej padliny z lasów.
Dlaczego dzików nie można po prostu wywieźć?
Gdy wataha zadomowi się na miejskim skwerze, niemal natychmiast pojawia się pytanie, dlaczego służby po prostu nie wywiozą zwierząt z powrotem do lasu. Do 2014 r. odłów i relokacja były standardową procedurą stosowaną przez samorządy.
Sytuację zmieniło pojawienie się w Polsce wirusa ASF. Unijne i krajowe przepisy ograniczają przemieszczanie żywych dzików, zwłaszcza ze stref objętych restrykcjami związanymi z występowaniem choroby. W praktyce znacząco ograniczyło to możliwość odławiania miejskich dzików i wypuszczania ich w innych miejscach.
Oczywiście są inne metody pozbywania się zwierząt z miasta. Można na przykład przegradzać im drogę, zamykać śmietniki, używać środków zniechęcających bądź odstraszających, zaprojektować zieleń miejską tak, by przestała być atrakcyjna dla zwierząt, usuwać zarośla. Wszystkie te metody są niestety kosztowne, a mało skuteczne.
Pewną nadzieję niosą badania zespołu Giovanny Massei z Uniwersytetu w Yorku. Naukowczyni od 20 lat stara się opracować skuteczne metody ograniczania płodności dzikich zwierząt w warunkach miejskich. Praca jednak natrafia na problemy związane choćby ze sposobami podawania środków antykoncepcyjnych w sposób selektywny poszczególnym gatunkom.
Choć brzmi to atrakcyjnie, współczesna medycyna weterynaryjna nie posiada jeszcze preparatów doustnych dopuszczonych do obrotu w Unii Europejskiej dla wolno żyjących dzików. Dostępne środki iniekcyjne wymagają schwytania i zastrzyku dla każdego osobnika z osobna, co w skali tysięcy miejskich rezydentów jest logistyczną i finansową utopią.
W publicznej debacie ujawnia się też potężna luka badawcza. Podczas gdy oficjalne statystyki krajowe raportują spadek populacji dzika w Polsce wskutek walki z ASF, liczba interwencji w aglomeracjach stale rośnie. Brakuje zunifikowanego systemu telemetrii, który pozwoliłby na precyzyjne policzenie miejskich dzików, aby odróżnić je od zwierząt jedynie zaglądających do miasta. Nie ustalono też granicznego poziomu zagęszczenia zwierząt, przy którym miejska populacja ulega samoregulacji.
Ani przytulak, ani potwór
Kiedy myślimy o dzikiej naturze, przed oczami często stają nam nie surowe prawa przetrwania, lecz kadry rodem z klasycznych animacji Disneya. Świat, w którym sarna ma nienaturalnie wielkie, wilgotne oczy, a każde leśne stworzenie zdaje się uśmiechać z ludzką łagodnością.
Bambinizm, biorący swoją nazwę od najsłynniejszego jelonka w historii kina, to filtr, przez który patrzymy na zwierzęta, przypisując im ludzkie emocje i dziecięcą niewinność. Tymczasem dzik to nie przytulak. To duże, silne zwierzę, które może zrobić nam krzywdę.
Częsty obrazek w miastach to osoba wyrzucająca w krzaki resztki jedzenia, czerstwy chleb czy jabłka. Czasem nawet szkoły organizują zbiórki żołędzi na zimę dla „biednych dziczków”. Tymczasem dziki nie potrzebują naszego dokarmiania.
Miejska przestrzeń życiowa i tak jest dla nich bardzo łaskawa. Dostępność pokarmu sprzyja wzrostowi liczebności i utrwala kojarzenie człowieka z jedzeniem. Najpierw dzik czeka na pokarm, a z czasem może zacząć sam go sobie brać – nawet z torby niesionej ze sklepu. Tak rodzi się konflikt: z jednej strony dzikie zwierzę infantylizujemy, z drugiej – gdy zaczyna sprawiać problemy – demonizujemy i wystawiamy na odstrzał.
Naukowcy z zespołu Raquel Castillo-Contreras przewidują, że w nadchodzących dekadach na całym świecie liczba dzikich zwierząt żyjących w miastach będzie rosła. Dziki, dzięki dużym zdolnościom adaptacyjnym, dobrze pokazują mechanizmy pozwalające zwierzętom przystosowywać się do postępującej urbanizacji.
Z badań przeprowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu i Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza wynika, że mieszkańcy najbardziej obawiają się ataku dzika (78 proc.) oraz kolizji drogowych z tymi zwierzętami (67 proc.). Ta druga obawa jest bardzo realna. Ryzyko ataku jest natomiast niewielkie – według przywołanych danych prędzej ugryzie nas własny pies, niż zaatakuje dzik w mieście.
Wnioski płynące z badań są więc dość proste. Dopóki mieszkańcy i zarządcy nieruchomości nie odetną dzikom darmowej stołówki w postaci otwartych śmietników i dokarmiania, sam odstrzał nie zatrzyma ekspansji gatunku, który na dobre nauczył się żyć w cieniu wieżowców.
Bibliografia:
Podgórski T., et al. (Mammal Research Institute PAS) – Badania nad ekologią przestrzenną, strukturą socjalną i transmisją patogenów u Sus scrofa.
Cahill S., Llimona F., et al. – Seria badań nad synurbizacją dzików w Barcelonie (Collserola Park) – wzorce zachowań, źródła pokarmu i ocena metod kontroli populacji.
Stillfried M., et al. (2017) – Secrets of Success in a Landscape of Fear: Urban Wild Boar in Berlin (Ecology and Evolution) – wykazanie adaptacji dietetycznej i behawioralnej dzików miejskich.
Bisi F., et al. – Prace przeglądowe nad konfliktami człowiek-dzik w strefach podmiejskich i miejskich Europy.
Polska Agencja Prasowa (Nauka w Polsce) – Wywiady i analizy z ekspertami PAN