28 września. Rosyjski dron eksplodował po ukraińskiej stronie granicy, około 2 km od przejścia Dorohusk–Jagodzin. To już czwarty taki przypadek w tym miesiącu. 13 i 17 września rosyjskie drony trzykrotnie uderzały lub spadały w odległości od około 1 do 5 km od polskiej granicy. Polska reagowała poderwaniem myśliwców, ewakuacją przejść granicznych i uruchamianiem syren w przygranicznych województwach.
„A skąd wiadomo, że to ruscy wysłali tego drona?”; „Ja podejrzewam, że to prowokacja Ukrainy albo celowe niezestrzelenie przez Ukraińców”; „Jak to możliwe, że drony przelatują cały Ukrokraj, a rozbijają się niedaleko granicy polskiej?”; „Śmierdzi ustawką na kilometr”; „Może zaraz ogłoście ten stan wyjątkowy, który jest wam potrzebny, by opóźnić wybory” – czytamy w komentarzach pod komunikatami władz o ostatnim z incydentów.
Z tych różnych twierdzeń wyłania się teoria spisku, rozpowszechniana dziś już nie tylko przez anonimowe konta, ale także przez polityków:
polski rząd miał oto za plecami Polaków porozumieć się z władzami Ukrainy, by te przepuszczały rosyjskie drony w kierunku Polski. Drony miałyby wywoływać w Polsce strach i stworzyć pretekst do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, a w konsekwencji – do przesunięcia wyborów. W innym, wcześniejszym wariancie tej narracji Ukraina ma przepuszczać drony po to, by wciągnąć Polskę do wojny.
Sprawdziliśmy, skąd wzięły się te twierdzenia i zweryfikowaliśmy ich sprawdzalne elementy.
„Niepisany pakt Tusk – Zełenski”
23 września telewizja wPolsce24 ogłosiła: „miało dojść do niepisanego paktu Tusk – Zełenski”. – Miał być zaproponowany taki układ, aby Ukraina poluzowała nieco swoją tarczę antydronową i po prostu, żeby w sposób kontrolowany na terytorium Polski te drony wlatywały – powiedział reporter stacji Piotr Czyżewski.
Informacja została podana w trybie przypuszczającym.
Z propozycją miały wystąpić osoby z otoczenia Donalda Tuska, które rzekomo chciały zwrócić uwagę ukraińskim partnerom, że jeśli w przyszłym roku dojdzie w Polsce do zmiany władzy, pomoc dla Ukrainy może zostać ograniczona. Sposobem na zapobieżenie temu scenariuszowi miałoby być poluzowanie przez Ukrainę obrony przed rosyjskimi dronami, tak aby część z nich mogła wlatywać do Polski.
Miałoby się to dziać po to, aby wywołać falę strachu, falę terroru i na podstawie tego rząd na przykład mógłby w przyszłym roku, kiedy wybory by się już miały zbliżać, ogłosić stan wyjątkowy, co automatycznie takie wybory by przesunęło na czas późniejszy – mówił Czyżewski.
Reporter nie przedstawił dowodów na poparcie tych twierdzeń ani nie wskazał ich źródła.
Nie wiadomo więc, od kogo pochodzą te informacje ani czy ich źródło ma jakikolwiek związek z polskim lub ukraińskim rządem. Czyżewski mówił jedynie o „nieoficjalnych informacjach, do których dotarli dziennikarze”.
Czy przedstawiciele polskiego rządu lub osoby z otoczenia premiera prowadzili z władzami Ukrainy rozmowy w tej sprawie? Czy omawiano ograniczenie ukraińskich działań przeciwko rosyjskim dronom, aby mogły one wlatywać nad Polskę? Czy były jakiekolwiek uzgodnienia w tej sprawie? – zapytaliśmy Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.
Na nasze pytania dotąd nie otrzymaliśmy odpowiedzi, a więc KPRM tych doniesień ani nie potwierdziła, ani nie zdementowała.
W takiej sytuacji mogliśmy sprawdzić weryfikowalne elementy rzekomego planu: czy rzeczywiście „Ukraina poluzowała tarczę antydronową”, aby drony „w sposób kontrolowany” wlatywały na terytorium Polski, czy taki mechanizm jest technicznie możliwy oraz czy – jak twierdzi wPolsce24 – „rząd może ogłosić stan wyjątkowy, co automatycznie przesunie wybory na czas późniejszy”.
Czy rząd może ogłosić stan wyjątkowy?
To ostatnie twierdzenie pojawiało się w mediach społecznościowych jeszcze przed doniesieniami wPolsce24 i już je weryfikowaliśmy.
Rzeczywiście, wprowadzenie stanu wyjątkowego uniemożliwia przeprowadzenie wyborów i przesuwa je na późniejszy termin. Zgodnie z art. 228 Konstytucji w czasie stanu nadzwyczajnego – w tym stanu wyjątkowego lub wojennego – oraz przez 90 dni po jego zakończeniu nie można przeprowadzać m.in. wyborów do Sejmu i Senatu ani wyborów prezydenckich. Kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu. Nieprawdziwe jest jednak twierdzenie wPolsce24 o tym, że „rząd mógłby ogłosić stan wyjątkowy”. Zgodnie z art. 230 Konstytucji stan wyjątkowy wprowadza Prezydent RP na wniosek Rady Ministrów.
Czy Ukraina poluzowała tarczę antydronową?
Stacja wPolsce24 zasugerowała, że Ukraina miała „poluzować” obronę przeciw dronom, aby rosyjskie bezzałogowce „w kontrolowany sposób” wlatywały do Polski. Jednym z możliwych do sprawdzenia śladów takiego „poluzowania” byłby spadek skuteczności zwalczania dronów, choć sam w sobie nie dowodziłby on jeszcze celowego działania.
Rosja nie publikuje pełnych statystyk dotyczących wysyłanych nad Ukrainę środków napadu powietrznego. Dostępne dane pochodzą przede wszystkim od strony ukraińskiej i nie można ich w pełni niezależnie zweryfikować. Wynika z nich jednak, że ukraińska obrona ma obecnie większe problemy z przechwytywaniem części rosyjskich dronów.
Według Sił Zbrojnych Ukrainy jednym z powodów jest zwiększenie przez Rosję liczby trudniejszych do zwalczania dronów odrzutowych. Do 29 września wojska rosyjskie wysłały nad Ukrainę 3177 takich dronów, podczas gdy w całym sierpniu było ich 2850 – wynika z danych rzecznika Sił Powietrznych SZU Jurija Ihnata. Z kolei prezydent Wołodymyr Zełenski informował 28 września, że ówczesny ogólny wskaźnik zwalczania rosyjskich dronów wynosił około 70 proc., a w przypadku dronów odrzutowych – tylko 57 proc.
Podobną różnicę wykazał branżowy serwis FlightBrief. W sześciu przeanalizowanych wrześniowych atakach dziennych ukraińska obrona zneutralizowała 64 proc. rosyjskich dronów odrzutowych i 91 proc. pozostałych dronów uderzeniowych. Oznacza to, że drony odrzutowe przedostawały się przez obronę około cztery razy częściej. Dane te dotyczą jednak tylko sześciu ataków, a nie wszystkich rosyjskich uderzeń we wrześniu.
Dlaczego drony odrzutowe trudniej zestrzelić?
Rosyjskie drony uderzeniowe Gierań są rozwijane na bazie irańskich Shahedów. Pierwsze wersje napędzały silniki tłokowe. W kolejnych modelach zastosowano już napęd odrzutowy, pozwalający osiągać znacznie większe prędkości.
Rosyjski portal wojskowy TopWar podaje, że Gierań-2 osiąga prędkość przelotową około 170–180 km/h, podczas gdy odrzutowy Gierań-5 ma rozwijać prędkość 450–600 km/h.
Większa prędkość oznacza mniej czasu na wykrycie i zestrzelenie drona.
Według danych ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, przytaczanych przez „Polskę Zbrojną”, Gierań-5 ma 6,5 m długości, 3,2 m rozpiętości skrzydeł i maksymalną masę startową 850 kg. Może pozostawać w powietrzu do dwóch godzin, osiągać prędkość do 600 km/h, pułap 6 km i zasięg około 950 km.
Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa” i ekspert w dziedzinie wojskowości, mówi nam, że drony napędzane silnikiem spalinowym lecą wolniej i niżej, dzięki czemu dłużej pozostają w zasięgu środków przeciwlotniczych i mogą być zwalczane większą liczbą systemów, nawet karabinami maszynowymi. Drony odrzutowe latają natomiast często na wysokości ponad 4 km. Wówczas – tłumaczy Cielma – możliwości ich zwalczania są bardziej ograniczone i pozostają przede wszystkim myśliwce oraz rakiety przeciwlotnicze.
Czy Ukraińcy mogą „przepuszczać” drony?
Niższa skuteczność zwalczania części rosyjskich dronów ma więc wiarygodne techniczne wyjaśnienie, niezależne od teorii o ich celowym przepuszczaniu. Czy są jednak podstawy, by sądzić, że ukraińska obrona celowo nie zestrzeliwuje niektórych dronów lecących w kierunku Polski?
Intencje każdego pilota myśliwca czy obsługi zestawu przeciwlotniczego trudno jednoznacznie określić, ale obserwując zdarzenia mające wpływ na sytuację alarmową w Polsce, zdecydowana większość dronów rosyjskich jest zestrzeliwana i nieliczne dolatują nad Wołyń, tworząc bezpośrednie zagrożenie dla nas – mówi ekspert Mariusz Cielma.
Szacuje on, że około co czwarty lub piąty rosyjski dron lecący trasą północną, wzdłuż pogranicza ukraińsko-białoruskiego, nie jest zestrzeliwany. – Moim zdaniem mieści się to w normie – podsumował.
Odrębnym twierdzeniem rozpowszechnianym w mediach społecznościowych jest to, że Ukraińcy potrafią przejmować rosyjskie drony i kierować je na nowe cele. Kluczowe jest więc pytanie, czy trasę rosyjskiego drona można zmieniać już w czasie lotu.
Mariusz Cielma pytany, czy Rosjanie mogą w ten sposób kierować swoimi dronami, odpowiada, że jest to możliwe. Według eksperta operatorzy mogą utrzymywać z nimi łączność m.in. za pomocą infrastruktury na Białorusi oraz sieci MESH, w której kolejne drony przekazują sobie sygnał.
– Na Białorusi są maszty, które pozwalają mieć łączność z dronem i dzięki temu nim sterować do ostatniego momentu – mówi redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa” . Jego zdaniem taki sposób sterowania może być wykorzystywany w przypadku dronów lecących w rejon Dorohuska i Wołynia. – Ciągle atakowany jest Dorohusk, czyli przejście stosunkowo blisko granicy z Białorusią. Tak samo lecą drony na Wołyń, głównie pograniczem ukraińsko-białoruskim – dodaje.
Czy kontrolę nad rosyjskim dronem mogliby jednak przejąć Ukraińcy?
Moim zdaniem jest możliwe przejęcie drona kierowanego przez operatora, jestem sobie w stanie to wyobrazić – odpowiada Cielma. Zastrzega jednak, że czym innym byłoby dalsze sterowanie przejętym dronem i skierowanie go w głąb Polski. – Byłoby to możliwe tylko w przypadku, gdyby na terenie Polski były maszty, które po kolei przejmowałyby takiego drona i kierowały go dalej. Nie uważam, aby tak było – mówi ekspert w dziedzinie wojskowości.
Co najmniej jeden z wrześniowych incydentów nie pasuje też do tezy o dronie kontrolowanym przez Ukraińców.
Po ataku z 13 września rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało nagranie z drona, na którym w celowniku widać lokomotywę. Resort twierdził, że Gierań-4 uderzył w pociąg wykorzystywany do przewozu ładunków wojskowych, choć samo uderzenie nie jest widoczne na nagraniu. Potwierdziliśmy, że film przedstawia stację kolejową Jagodzin w miejscowości Rymacze, około 5,6 km od granicy z Polską, gdzie dron uderzył w lokomotywę. Rosyjski dron miał więc konkretny cel po ukraińskiej stronie granicy.
Teorii nie potwierdza wreszcie przebieg tego i innych wrześniowych incydentów. Zgodnie z tą teorią rosyjskie drony mają wlatywać do Polski, aby wywołać falę strachu. We wrześniu 2026 r. kilkukrotnie docierały w pobliże polskiej granicy, ale eksplodowały po stronie ukraińskiej.
Nowe życie dawnej historii
Ostatnie potwierdzone wtargnięcie rosyjskich dronów na terytorium Polski miało miejsce we wrześniu 2025 r. Polską przestrzeń powietrzną naruszyło wtedy kilkanaście bezzałogowców, a część z nich została zestrzelona przez polskie i sojusznicze lotnictwo.
Już wtedy w mediach społecznościowych rozpowszechniano zbliżoną teorię, według której za przedostanie się rosyjskich dronów do Polski odpowiadali Ukraińcy.
„Pojawiają się przekazy sugerujące, że to Ukraina odpowiada za naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez drony. Skierowanie dronów w stronę Polski ma być sposobem na wciągnięcie naszego kraju do wojny z Rosją” – informowali przedstawiciele rządu 10 września 2025 r. na podstawie ustaleń Ośrodka Analizy Dezinformacji NASK.
NASK zwracał uwagę m.in. na twierdzenia o „celowym niepodjęciu się zestrzelenia obiektów przez siły zbrojne Ukrainy” oraz obwinienie Kijowa za skierowanie dronów na Polskę. Według ośrodka narracja była rozpowszechniana w ramach rosyjskich i białoruskich działań dezinformacyjnych.
Jednym z kont powielających we wrześniu 2025 r. teorię o odpowiedzialności Ukrainy było anonimowe konto na X Bob Gedron. „Drony wycelowane w Ukrainę przylecą do nas tylko wtedy, gdy Ukraińcy będą je reroutingować! [zmieniać ich trasę]” – pisał autor tego profilu rok później 18 września 2026 r. „Ukraińcy potrafią reroutingować drony, przejmować nad nimi kontrolę i przekierowywać na nowe cele” – przekonywał. „Jeśli rosyjskie drony zaczną przylatywać nad Polskę, to tylko przez ukraiński dronejacking [przejmowanie kontroli nad dronem]” - twierdził.
Równolegle w mediach społecznościowych rozwijała się druga narracja: rząd Donalda Tuska ma wykorzystać zagrożenie wojną i rosyjskimi dronami do wprowadzenia stanu wyjątkowego i przesunięcia wyborów.
Przykładowo politolog i historyk prof. Adam Wielomski pisał: „Rząd Tuska potrzebuje konfliktu, dronów i rakiet latających nad Polską, aby móc wprowadzić stan wyjątkowy choćby w jednym powiecie i odwlekać wybory”. Publicysta Łukasz Warzecha nazwał „teatrem” alarmy RCB, ewakuacje i działania lotnictwa. Jego zdaniem celem mogło być w najgorszym wypadku stworzenie warunków do wprowadzenia stanu wyjątkowego.
Te dwa dotąd osobne wątki – o ukraińskim „przepuszczaniu” dronów oraz o stanie wyjątkowym i wyborach – połączyły się 20 września.
„Z kilku już źródeł uzyskałem informację, że nasze władze imputują naszym wschodnim sąsiadom, że jak za rok zmienią się rządy w Polsce, to skończy się pomoc” – napisał wtedy na X sędzia Jakub Iwaniec, delegowany do ministerstwa sprawiedliwości w czasie rządów PiS. „Te same źródła twierdzą, że w związku z tym (czy to umowa? – nie wiem), nasi sojusznicy zluzowali tarczę na swym zachodzie z tendencją myślową» niech do nich leci«” – kontynuował. „A ci, do których ma lecieć, zacierają ponoć ręce na przyczynę o charakterze zbiorowego strachu, której skutkiem może być stan wyjątkowy”. Wpis wyświetlono 169 tys. razy. „Niestety, to się klei” – komentował, udostępniając go Warzecha.
Trzy dni później bardzo podobną historię przedstawiła telewizja wPolsce24. Nie wiadomo jednak, czy źródłem jej informacji był wpis Iwańca, te same osoby, na które powoływał się sędzia, czy jakieś inne źródło.
Po materiale wPolsce24 historię zaczęli nagłaśniać politycy PiS. „Szokujące doniesienia, o których zaczyna być głośno w kuluarach. Pojawiają się pytania o nieoficjalny pakt, który miałby łączyć Donalda Tuska z Wołodymyrem Zełenskim” – pisał na Facebooku poseł Dariusz Matecki. Poseł Sebastian Kaleta mówił natomiast, że „media coraz głośniej mówią o tajnej współpracy, która ma pomóc Tuskowi wygrać wybory”. „Ja bym takiego scenariusza niestety nie wykluczał” – stwierdził.
W kolejnych dniach historia zaczęła być przedstawiana w mediach społecznościowych już nie jako niepotwierdzona informacja, ale jako fakt. Dowodem na jej prawdziwość miał być zaś kolejny incydent z dronem przy granicy, choć rosyjski dron eksplodował po stronie ukraińskiej.