Scenariusz dla Katie

Donald Trump zachwalał „nieskazitelną historię wsparcia” swojej nowej rzeczniczki Katie Zacharii. Tymczasem w internecie trwała już gorączkowa operacja wymazywania jej przeszłości. Dziennikarze odnaleźli usunięte wpisy pełne teorii spiskowych, nieprawdziwych informacji i krytyki administracji Trumpa. Kim naprawdę jest nowa twarz Białego Domu? 

Scenariusz dla Katie
fot. Getty Images

Podczas swojego pierwszego briefingu 13 października 2026 roku Katie Zacharia, nowa rzeczniczka Białego Domu, jasno określiła swoją rolę: chce „wzmacniać, multiplikować i rozszerzać przekaz prezydenta”. 

Chciałam pracować dla Trumpa od dawna – przyznała.

Nazwała go „najbardziej przyjaznym rodzinie prezydentem”, który „dostarcza Amerykanom historycznych sukcesów” i cieszy się jej „niezwykłym zaufaniem”. Powiedziała to w tak automatyczny, sztywny i wręcz mechaniczny sposób, że „The Guardian” nadał jej przydomek Zachbot.

Ogłosiła też, że wraz z mężem Tylerem i czwórką dzieci przeprowadza się na stałe z Kalifornii do Waszyngtonu. 

Sam Donald Trump, ogłaszając 9 października jej nominację, zachwalał „nieskazitelną historię wsparcia” Zacharii. Jak to często u Trumpa bywa, nie była to do końca prawda.  Jej wcześniejsza aktywność w mediach społecznościowych przedstawiała bardziej skomplikowany obraz. 

Żona z Kalifornii

Jeszcze pięć lat temu 41-letnia dziś Katie Zacharia prowadziła życie niemal jak z „Real Housewives”. Wychowywała czwórkę dzieci, w tym najmłodsze, zaledwie roczne, u boku męża, milionera i producenta hollywoodzkiego Tylera Zacharii. Mieszkali w kalifornijskim Thousand Oaks, wśród tysięcy monumentalnych, kilkusetletnich dębów.

W 2021 roku para kupiła tam dom na działce o powierzchni ponad 2 tys. m kw. Rezydencja miała wszystko, czego można oczekiwać od luksusowej posiadłości: prywatne spa, przestronną garderobę, osobną strefę wypoczynkową, wysokie sufity i meble klasy premium wykonane na zamówienie. Wokół domu rozciągał się ogród z miejscem do relaksu i zabawy dla dzieci.

Zachariowie zapłacili za nieruchomość 2,175 mln dolarów, według mediów ponad 200 tys. więcej niż wynosiła cena wywoławcza. Nie bez powodu. Thousand Oaks to prestiżowe i niemal idealne miejsce do wychowania dzieci. Miasto leży w objęciach wzgórz filtrujących południowokalifornijski żar, pełnych urokliwych wodospadów. To zamożna okolica, uważana za jeden z najbardziej prestiżowych i bezpiecznych rejonów do życia w południowej Kalifornii, plasująca się znacznie powyżej średniej dla reszty Stanów Zjednoczonych. Prawie nie ma dramatycznych burz, śnieżyc czy obezwładniającego żaru. Pogoda jest przewidywalna, podobnie jak niespieszny rytm życia mieszkańców. Nic, tylko mieszkać i wychowywać dzieci.

Tyle że Katie Zacharia nie zamierzała poprzestać na roli zamożnej matki czwórki dzieci z amerykańskich przedmieść. Wychowana w konserwatywnej enklawie Kalifornii, jednego z najbardziej liberalnych stanów USA, nowa rzeczniczka Trumpa łączy dziś swój wizerunek obrończyni tradycyjnych wartości z obrazem nowoczesnej dynamicznej kobiety, która może odnieść sukces.  

Kalifornia w jej opowieści to miejsce, w którym musiała „walczyć o swoje przekonania”. W lutym 2026 roku Zacharia opublikowała na łamach „New York Post” felieton, w którym opisała, jak została wyproszona z zajęć kickboxingu za odmowę zdjęcia czapki z logo Trumpa. Tekst miał zwrócić na nią uwagę samego prezydenta. 

„Nie chodziło o groźby czy faktyczne zakłócanie porządku. Chodziło o czapkę symbolizującą moją dumę z tego, że pomogłam w ponownym wyborze najwspanialszego prezydenta w historii USA, Donalda J. Trumpa” – pisała Zacharia. 

Artykuł ilustrowało zdjęcie z siłowni. Zacharia, ubrana w dopasowany błękitny strój sportowy, miała na głowie czapkę z napisem „Trump Force Captain” („Kapitan Drużyny Trumpa”). 

Katie Zacharia na siłowni, w czapeczce Trumpa (fot. New York Post)
Katie Zacharia na siłowni, w czapeczce Trumpa (fot. New York Post)

Prawo do noszenia czapki z nazwiskiem Trumpa to tylko jeden z frontów, na których Zacharia przedstawia siebie jako obrończynię konserwatywnych wartości. Na drugim, znacznie bardziej osobistym, stawką jest prawo do życia.  

W budowaniu publicznego wizerunku Zacharia sięgała także po własną, niezwykle osobistą historię. Już w maju 2025 roku, w podcaście „We the People with Gates Garcia”, opowiedziała o okolicznościach swoich narodzin i adopcji. Jako noworodek trafiła do rodziny adopcyjnej. Dopiero po osiągnięciu pełnoletności, podczas spotkania z biologiczną matką, miała dowiedzieć się, że ta rozważała przerwanie ciąży pod naciskiem biologicznego ojca dziecka.

Według relacji Zacharii, na około 20–30 minut przed planowanym wyjazdem na zabieg do jej biologicznej matki zadzwonił chrześcijański doradca, który przekonał ją, by zamiast aborcji rozważyła adopcję. Po wywiadzie media katolickie i konserwatywne określiły zdarzenie mianem „cudu”. Dla niej samej wydarzenia te stały jednym z najważniejszych argumentów w działalności przeciwko aborcji.  

W oczach twardego elektoratu ruchu MAGA, Zacharia przestała być tylko kolejną urzędniczką, a stała się autentyczną, głęboko wierzącą wojowniczką ideologiczną. I zupełnie nie przeszkadzało nikomu, że w tym okresie obecna rzeczniczka publicznie twierdziła m.in., że pigułka aborcyjna zawiera ten sam związek chemiczny, co Cyklon-B, którego używano w nazistowskich obozach zagłady. To nieprawda. Mifepriston, lek stosowany w aborcji farmakologicznej, blokuje działanie progesteronu. Cyklon B uwalniał zaś cyjanowodór.  

To jednak niejedyna wypowiedź Zacharii, która rozmijała się z faktami.  

Wkrótce po ogłoszeniu nominacji dwie amerykańskie redakcje ujawniły, że Zacharia usunęła ze swoich profili szereg wpisów, w tym krytycznych wobec administracji Trumpa. Brendan Hartnet z portalu „The Bulwark”, korzystając z internetowego archiwum Wayback Machine, odnalazł zarówno konto Zacharii usunięte w 2022 roku, jak i wpisy, które zniknęły z jej obecnego profilu.

12 października wyniki własnego śledztwa opublikowała CNN. Andrew Kaczynski odnalazł kolejne usunięte posty, a jeszcze przed publikacją skonfrontował Zacharię ze swoimi ustaleniami. Wyłaniający się z obu śledztw obraz nowej rzeczniczki Białego Domu nie do końca pasuje do wizerunku, który dziś przedstawia opinii publicznej. 

Krytyka administracji swojego zwierzchnika

Jednym z najpoważniejszych zarzutów ujawnionych przez media były oskarżenia pod adresem Departamentu Sprawiedliwości (DOJ), wchodzącego w skład administracji Trumpa i kierowanego wówczas przez Pam Bondi.

Sytuacja wydarzyła się w lipcu 2025 roku i była bezpośrednio związana z gigantycznym kryzysem politycznym wewnątrz prezydenckiej administracji. Dzień przed wpisem Zacharii Departament Sprawiedliwości oraz FBI wydały oficjalny dokument, w którym stwierdzono, że śledczy nie znaleźli żadnych dowodów na istnienie mitycznej „listy klientów” finansisty Jeffreya Epsteina.

Lista ta miała zawierać nazwiska setek wpływowych osób, w tym polityków, biznesmenów i celebrytów powiązanych z nieżyjącym już milionerem, który przez lata wykorzystywał swoją pozycję oraz bogactwo do prowadzenia międzynarodowej sieci handlu ludźmi i systematycznego wykorzystywania seksualnego nieletnich dziewcząt.

Dokument DOJ i FBI wywołał wręcz furię nawet wśród najbardziej zagorzałych zwolenników Trumpa w ruchu MAGA, a przede wszystkim poczucie zdrady. Liczyli oni, że na liście znajdą się ich przeciwnicy, choć – jak ujawniło śledztwo – z Epsteinem wielokrotnie spotykał się osobiście Trump. Głównym celem ich ataków stała się urzędująca prokurator generalna Pam Bondi.

W samym środku tego kryzysu Zacharia podała dalej wpis bezpośrednio w nią uderzający: 

„Skoro DOJ tuszuje sprawy pedofilów związanych z Epsteinem, to jak możemy im ufać, że ścigają tamtych facetów?”.

Post był autorstwa prawicowego komentatora Rogana O’Handleya, który w tym czasie miał około 2,5 mln obserwujących.

Z ustaleń dziennikarzy wynika, że Zacharia także bezpośrednio krytykowała działania administracji Trumpa. W usuniętym już wpisie z grudnia 2025 roku obecna rzeczniczka napisała: 

„Wybory środka kadencji w 2026 roku będą krwawą łaźnią (bloodbath), jeśli natychmiast nie zmienimy kursu”

Zarzucała tym samym członkom Partii Republikańskiej i bezpośrednio jej liderowi, Trumpowi, że ryzykują porażkę wyborczą i utratę kontroli nad Kongresem, czyli Izbą Reprezentantów i Senatem, jeśli administracja prezydenta natychmiast nie zmieni sposobu działania i strategii politycznej. Krytykowała przede wszystkim samozadowolenie po zwycięstwie Trumpa i tracenie czasu na autopromocję zamiast realizacji obiecanego programu politycznego.

Konstytucja? Można zawiesić

Dziennikarze przypominają, że Zacharia jako komentatorka czuła się na tyle pewnie, iż publicznie wywierała presję nawet na Stephena Millera, zastępcę szefa personelu Białego Domu. Domagała się od niego natychmiastowego „zawieszenia habeas corpus”, czyli prawa do sądowej kontroli zatrzymania, powołując się na przepisy dotyczące zagrożenia inwazją. Chodziło o drastyczne ograniczenie chronionych konstytucją gwarancji prawnych, które pozwoliłoby władzom prowadzić działania przeciwko nielegalnej imigracji bez dotychczasowej kontroli sądowej.

Skrajne postulaty dotyczące ograniczania praw konstytucyjnych kojarzono dotąd przede wszystkim z radykalnymi działaczami politycznymi lub urzędnikami niższego szczebla, aspirującymi do wielkiej polityki. Aż do czasów Trumpa.

W grudniu 2022 roku na swojej platformie społecznościowej Truth Social stwierdził on, że rzekome fałszerstwa wyborcze z 2020 roku pozwalają na „unieważnienie wszelkich reguł, przepisów i artykułów, nawet tych znajdujących się w Konstytucji”. 

Było to pewnego rodzaju novum. Wcześniej, gdy wysocy urzędnicy próbowali wprowadzać rozwiązania sprzeczne z ustawą zasadniczą, na przykład dekrety migracyjne, amerykańskie sądy federalne blokowały takie działania, uznając je za niekonstytucyjne przekroczenie uprawnień. Wpis Trumpa zadziałał jednak jak polityczny katalizator, przesuwając granice tego, co uchodzi za dopuszczalne w amerykańskiej debacie publicznej.

W swojej drodze do Białego Domu wykorzystała to również Zacharia. Zaczęła publicznie mówić i pisać o krokach „ostatecznych”, takich jak zawieszenie habeas corpus, które ograniczyłoby możliwość sądowego kwestionowania decyzji władz.

Jako zawodowa specjalistka od komunikacji politycznej pewnie zdawała sobie sprawę, że radykalny język i niekiedy wręcz szalone postulaty to szybka droga do budowania zasięgów, przyciągania uwagi mediów oraz zdobywania poparcia twardego, prawicowego elektoratu. 

Sama nie przeszła żadnego formalnego szkolenia z zakresu mediów społecznościowych ani public relations (nie ma o tym informacji). Chyba że nauczyła się tego – jak podpowiadają złośliwi – w Chinach. Ale o tym za chwilę.

Pedofile, kanibale i tajna kabała

Postulat zawieszenia habeas corpus nie był jednak jedynym przykładem radykalizmu Zacharii. W jej internetowej przeszłości znalazło się również miejsce na treści, które od lat krążą po najciemniejszych zakątkach amerykańskiej prawicy.

Teorie spiskowe i polityczny radykalizm mają w Ameryce ogromny potencjał marketingowy. Wystarczy iskra, by rozpalić emocje. Zacharia dobrze zna ten mechanizm. Wśród jej internetowych wpisów, do których dotarli dziennikarze, nie brakowało bowiem teorii tyleż absurdalnych, co niebezpiecznych.

Jedną z nich była Pizzagate – fałszywa opowieść o tym, jakoby politycy Partii Demokratycznej prowadzili w piwnicy waszyngtońskiej pizzerii Comet Ping Pong centrum handlu dziećmi.

Brzmi niedorzecznie? W grudniu 2016 roku ta właśnie teoria doprowadziła do zbrojnego incydentu. 28-letni Edgar Welch, ojciec dwójki dzieci, postanowił osobiście zbadać sprawę rzekomego podziemia. Uzbrojony w karabin i pistolet wszedł do restauracji i oddał strzały. Przerażeni pracownicy i goście uciekli z lokalu. Welch został zatrzymany przez policję.

W całej historii jest jeszcze jeden szczegół: pizzeria Comet Ping Pong nie ma nawet piwnicy.

Ale Zacharia na Pizzagate nie poprzestała.

Kiedy film „Bones and All” – mroczny dramat o dwojgu młodych kanibali – wywołał dyskusję w sieci, a podczas festiwalu filmowego został nagrodzony ośmiominutową owacją na stojąco, Zacharia napisała: 

fot. Rick Loomis/Getty Images
fot. Rick Loomis/Getty Images

„Radykalna lewicowa hollywoodzka elita to chorzy pedofile-kanibale. Zmień moje zdanie”. 

Film, choć okazał się finansową porażką, dostarczył jej kolejnego pretekstu do ataku na amerykańskie elity kulturalne. Artystyczną fikcję potraktowała jak argument w politycznym sporze. Skoro twórcy filmowi oklaskują historię o kanibalach, to – zgodnie z logiką jej wpisu – sami muszą być „pedofilami-kanibalami”. Tyle że w świecie rzeczywistym.

To klasyczny rage bait: treść obliczona na wywołanie gniewu, oburzenia i gwałtownej reakcji odbiorców. W tym przypadku pozwalała uderzyć w całe środowisko Hollywood, przypisując jego przedstawicielom najcięższe zbrodnie, choć bez wskazywania konkretnych nazwisk.

Podobny schemat powracał w kolejnych udostępnianych przez Zacharię treściach.

Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę podała dalej wpis sugerujący, że Władimir Putin „walczy z KABAŁĄ” – domniemaną tajną, ogólnoświatową elitą, do której zwolennicy tej teorii zaliczają polityków Partii Demokratycznej, takich jak Hillary Clinton i Barack Obama, miliarderów, m.in. George’a Sorosa i Billa Gatesa, oraz gwiazdy Hollywood.

Znów pojawiali się ci sami przeciwnicy: demokraci, bogaci i wpływowi ludzie, elity kulturalne. Tym razem jednak w opowieści o walce z nimi pozytywną rolę przypisano rosyjskiemu dyktatorowi. Zacharii najwyraźniej nie przeszkadzało, że udostępnia przekaz przedstawiający Putina w takim świetle.

Na tym lista się nie kończy

Zacharia udostępniła również post sugerujący, że Joan Rivers, amerykańska osobowość telewizyjna znana z ostrych, często celowo niesmacznych żartów, „nagle zmarła” po tym, jak miała powiedzieć, że Barack Obama jest gejem, a Michelle Obama ma penisa.

Podawała dalej także wpisy skrajnie prawicowych aktywistów porównujących byłego prezydenta Joe Bidena do nazistów.

Można odnieść wrażenie, że niemal każda teoria spiskowa mogła posłużyć jej za broń przeciwko politycznym „wrogom”. Wśród używanych przez nią hashtagów pojawiały się m.in. #Antifa, #PedoHitler, #EpsteinPedos i #WrongSideOfHistory.

Prawniczka z Pekinu

Osobną wpadką Zacharii, a zarazem impulsem do kolejnej fali krytyki, stała się odpowiedź na pytanie o to, w którym stanie USA zdała egzamin adwokacki. Zacharia odparła, że zrobiła to „kiedy przeprowadziła się do Chin”.

Ten epizod może zaważyć na jej karierze. Albo przeciwnie – jeszcze jej pomóc. Mowa przecież o administracji Donalda Trumpa.

Nowa rzeczniczka wyjechała do Pekinu w 2011 roku, tuż po ukończeniu studiów prawniczych. Przed wyjazdem przystąpiła do egzaminu adwokackiego w Kalifornii, ale go nie zdała.

Oficjalnie przeprowadzka była związana z pracą jej męża w firmie specjalizującej się w inwestycjach na rynkach wschodzących i granicznych, takich jak Chiny. Sama Zacharia podjęła pracę jako młodsza prawniczka w międzynarodowym zespole do spraw transakcji transgranicznych w Zhong Lun Law Firm, jednej z największych i najbardziej prestiżowych chińskich kancelarii prawnych. 

Wiadomość o jej pracy w Pekinie wywołała w USA falę krytyki. I to z kilku powodów.

Po pierwsze, przeciwnicy Zacharii szybko znaleźli ekspertów, którzy wskazali, że w 2011 roku cudzoziemcy nie mieli prawa przystępować do chińskiego egzaminu sędziowsko-adwokackiego. Jej odpowiedź na pytanie o uprawnienia prawnicze rodziła więc kolejne wątpliwości.

Po drugie, pojawiła się kwestia powiązań jej pracodawcy z chińskimi władzami. Zhong Lun od lat 90. ściśle współpracuje z rządem w Pekinie, świadcząc między innymi usługi prawne dla kluczowych ministerstw, w tym resortów sprawiedliwości i finansów. Krytycy Zacharii podnosili więc, że pracując w kancelarii tak blisko związanej z chińskim państwem, musiała być lojalna wobec swojego pracodawcy.

Na tym nie koniec. Podczas pobytu w Chinach Zacharia kierowała komunikacją fundacji Compassion for Migrant Children, działającej w warunkach ścisłego nadzoru chińskich władz. W tym samym czasie firma jej męża udzielała pożyczek spółkom prowadzącym działalność na terenie Korei Północnej.

Wszystko to stało się podstawą kolejnych pytań o jej pobyt w Chinach. Jak osoba pracująca w strukturach powiązanych z chińskim rządem, która – według krytyków – mogła przejść weryfikację tamtejszych służb, może dziś mieć dostęp do najgłębszych tajemnic państwowych USA? Co, jeśli Pekin ma dokumenty mogące świadczyć o nieprawidłowościach, kłamstwach lub manipulacjach w życiorysie nowej rzeczniczki? Czy mogłyby one posłużyć chińskiemu wywiadowi jako narzędzie nacisku?

Są to jednak pytania i podejrzenia, nie dowody na współpracę Zacharii z chińskimi służbami ani na istnienie materiałów, którymi można by ją szantażować.

Sprawy nie ułatwia sposób, w jaki Zacharia i oficjalni przedstawiciele Białego Domu odpowiadają na kontrowersje. Przyjęli taktykę unikania szczegółów i minimalizowania problemu.

Wypowiedź o egzaminie adwokackim nazwano „skrótem myślowym”, opisującym jedynie okres, w którym Zacharia po ukończeniu studiów prawniczych wyszła za mąż i zajmowała się międzynarodowym prawem transakcyjnym. Biały Dom nadal nie wskazał jednak, w którym konkretnie stanie USA rzeczniczka posiada ważną licencję adwokacką.

Tymczasem w sieci krąży jej wystąpienie w Fox News z 31 sierpnia, w którym omawia proces oskarżonego o zabójstwo Charliego Kirka. 

„Jako prawnik uważam, że kroki proceduralne są absolutnie kluczowe, aby mieć pewność, że wszystko przebiegnie prawidłowo” – mówi Zacharia w programie.

W Stanach Zjednoczonych samo ukończenie studiów prawniczych nie oznacza jeszcze uzyskania uprawnień adwokackich. W niektórych stanach nieuprawnione podawanie się za osobę posiadającą takie kwalifikacje może skutkować odpowiedzialnością karną, na co zwracał uwagę między innymi „The Wall Street Journal”.

Również sam pobyt Zacharii w Chinach przekuto wizerunkowo w atut: „międzynarodowe doświadczenie”. Nową rzeczniczkę przedstawiano jako nowoczesną, wszechstronną ekspertkę, która „zna Chiny od środka”, posługuje się podstawowym mandaryńskim – choć brak na to niezależnego potwierdzenia – i dzięki temu „rozumie zagrożenie ze strony Azji”.

Oskarżenia o szpiegostwo nazwano natomiast „skoordynowanymi atakami mediów lewicy”. Donald Trump osobiście zignorował te wątki w rozmowie z dziennikarzami, zarzucając mediom, że „boją się twardej i bezkompromisowej rzeczniczki”.

Choć tłumaczenia prezydenta zwykle wystarczają jego zwolennikom, według przywoływanych badań opinii publicznej Zacharia przestała być postrzegana jako „świeży powiew” w Białym Domu.

Długa droga do Białego Domu

Dziennikarze nie zauważają niemal jednak determinacji Zacharii w osiąganiu celu. Cała jej dotychczasowa ścieżka zawodowa i prywatna to przykład potężnej wytrwałości w dążeniu na sam szczyt.  

Zaczęło się od prestiżowego Pepperdine University, gdzie Zacharia była nie tylko studentką, lecz także przewodniczącą koła Młodych Republikanów i asystentką późniejszego rektora uczelni. Następnie ukończyła kolejną prestiżową szkołę – Caruso School of Law. Z czasem, mimo obowiązków związanych z wychowywaniem czwórki dzieci, stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy pokolenia ruchu MAGA.

Po drodze był pobyt w Chinach i ogrom pracy wykonanej na rzecz Trumpa podczas występów w Fox News. Było też bezwzględne czyszczenie niewygodnej wersji własnej przeszłości.

Droga do Białego Domu nie była jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Choć jeszcze jako studentka Pepperdine University dostała się na prestiżowy staż w Białym Domu, na powrót pod adres 1600 Pennsylvania Avenue czekała blisko 20 lat.

Po powrocie z Chin musiała zbudować swoją pozycję w ruchu MAGA. Jak to robiła, wiemy między innymi z usuniętych wpisów.

Nie bez znaczenia jest również to, że Zacharia reprezentuje typ kobiety, którymi Trump lubi się otaczać: wyrazista, telewizyjna estetyka oparta na nienagannym makijażu, wysokich szpilkach i idealnie wymodelowanych, długich włosach. Nowoczesna, dbająca o formę fizyczną i pewna siebie polityczna „fighterka”, a jednocześnie ostentacyjnie wręcz lojalna wobec konserwatywnych wartości ruchu MAGA, a przede wszystkim samego Trumpa. 

Katie Zacharia z prezydentem Trumpem (fot Getty Images)
Katie Zacharia z prezydentem Trumpem (fot Getty Images)

Ten styl amerykańska publicystyka opisuje ironicznymi określeniami „Mar-a-Lago face” czy „MAGA makeover”.

Gdy Trump ją zauważył, poszło już z górki. Najpierw posada w Departamencie Bezpieczeństwa Krajowego – około sześciu tygodni. Potem, od czerwca, stanowisko w Trump Media. Nominację ogłoszono 9 października.

Wszystko w niespełna osiem miesięcy.

Scenariusz bez zakończenia 

Dziś w Waszyngtonie mówi się, że jeśli Zacharia chce przetrwać na stanowisku, musi jak najszybciej przejść intensywny trening medialny, zamiast polegać wyłącznie na dotychczasowym wizerunku. Ten okazał się zbyt kruchy. Prawdziwym egzaminem będą kolejne spotkania z mediami, które zapewne nie dadzą jej spokoju w niewyjaśnionych sprawach. Każde wyjście na podium stanie się testem, podczas którego dziennikarze będą bezlitośnie wytykać jej luki w życiorysie.

42-letnia Kalifornijka zastąpiła na stanowisku rzeczniczki prasowej Białego Domu równie kontrowersyjną Karoline Leavitt, która odeszła pod koniec sierpnia 2026 roku, po ponad 19 miesiącach pracy. Leavitt wytyczyła swoistą „nową jakość” w komunikacji z mediami.

Gdy w październiku 2025 roku reporter „HuffPost” zapytał ją, dlaczego Donald Trump wybrał właśnie Budapeszt na miejsce spotkania z Putinem, odpisała: „To twoja mama wybrała” („Your mom did”). Kiedy dziennikarz ujawnił tę wymianę zdań, nazwała go „lewackim wyrobnikiem” (left-wing hack). Ta historia właściwie podsumowuje jej styl pracy.

Ostre, konfrontacyjne wypowiedzi, spięcia z dziennikarzami, a nawet personalne ataki były niemal stałym elementem jej konferencji prasowych.

Czy Zacharia pójdzie tą samą drogą? Na razie niewiele na to wskazuje. Choć odbyła dotąd zaledwie jeden briefing, zdążyła już zaliczyć serię spektakularnych wpadek. Pokazała też, że do pewności siebie, jaką prezentowała jej poprzedniczka, jeszcze jej daleko.

Nie zabrakło jednak podobieństw. Zacharia dopuściła do zadawania pytań tylko trzech dziennikarzy, ignorując pozostałych obecnych na sali. Głos otrzymali reporterzy mediów jednoznacznie sprzyjających Trumpowi: Breitbart, Fox News i „Daily Mail”.

Konferencję zakończyła po zaledwie 14 minutach, choć zwykle takie briefingi trwają około godziny. Większość spotkania zajęło jej powolne, monotonne odczytywanie przygotowanego wcześniej oświadczenia.

Do tego doszły kolejne potknięcia. Zacharia pomyliła Trumpa ze swoim mężem, a pytana o bieżące wydarzenia, w tym pomoc dla Ukrainy, nie potrafiła przedstawić oficjalnego stanowiska administracji. Gdy padło następne niewygodne pytanie, nagle przerwała konferencję, tłumacząc, że „musi natychmiast kończyć, ponieważ prezydent spieszy się na Marine One”, czyli pokład prezydenckiego śmigłowca.

Specjaliści od mowy ciała oceniali, że „zdradzała potężny stres”. Dziennikarze obecni na sali zwracali uwagę na jej sztywną postawę, nienaturalne przywiązanie do podium i kurczowe trzymanie się notatek.

Nic dziwnego, że zignorowani podczas debiutu reporterzy zareagowali oburzeniem, a później kpinami. Nawet media zbliżone do Trumpa żartowały, że konferencje w Białym Domu zamienią się teraz w krótkie, wyreżyserowane monologi, a spotkania z dziennikarzami zostaną ograniczone do minimum.

Jeden z internetowych komentatorów nazwał Zacharię „just another swamp monger” – kolejną „handlarką z bagna”. Było to nawiązanie do słynnego hasła Trumpa „Drain the swamp” („Osuszyć bagno”), które miało oznaczać rozprawę ze skorumpowanymi układami, lobbystami i cynicznymi karierowiczami w Waszyngtonie. Określenie sugerowało, że nowa rzeczniczka sama należy do środowiska, z którym Trump obiecywał walczyć.

Podkreślano również, że w bezpośrednim starciu z doświadczonymi dziennikarzami Zacharii brakuje twardych kompetencji medialnych. Albo bezczelności, jaką prezentowała Leavitt. Choć zapewne niewielu reporterów za nią tęskni.

Istotna jest też cierpliwość Trumpa. Eksperci wskazują, że prezydent niemal obsesyjnie dba o to, jak jego współpracownicy prezentują się w telewizji. Jeśli Zacharia nie przestanie wywoływać wpadkami fali kpin, Trump nie będzie się wahał. Podczas jego pierwszej kadencji rzecznicy prasowi zmieniali się wielokrotnie – miał ich aż czterech. Nikt na tym stanowisku nie może więc czuć się w pełni bezpiecznie.

Trenująca na co dzień kickboxing i podnoszenie ciężarów Kalifornijka, mimo obecnych medialnych kłopotów, wciąż uchodzi w oczach wielu za „twardą zawodniczkę”. Objęcie stanowiska po Leavitt, szczególnie w tak trudnym momencie kampanii, tuż przed wyborami środka kadencji, wymaga żelaznych nerwów i pleców odpornych na ciosy.

Zacharia wiedziała o tym, a mimo to bez wahania weszła do jednego z najbardziej wymagających gabinetów świata.

Nie ma informacji, by po przeprowadzce do Waszyngtonu sprzedała swoją posiadłość w Kalifornii, pośród tysięcy starych dębów.

Na wszelki wypadek? 

 

Asystentka prezydenta USA, Natalie Harp (z lewej), dyrektor ds. operacyjnych Gabinetu Owalnego w Białym Domu, Walt Nauta (w środku),  szefowa personelu Białego Domu, Susie Wiles (druga od prawej), oraz sekretarz prasowa Białego Domu, Katie Zacharia (fot. Alex Wong/Getty Images)
Asystentka prezydenta USA, Natalie Harp (z lewej), dyrektor ds. operacyjnych Gabinetu Owalnego w Białym Domu, Walt Nauta (w środku), szefowa personelu Białego Domu, Susie Wiles (druga od prawej), oraz sekretarz prasowa Białego Domu, Katie Zacharia (fot. Alex Wong/Getty Images)

Przeczytajcie też: „Trump Ocean”. Żart na wiecu czy zapowiedź zmiany nazwy Pacyfiku lub Atlantyku?

Źródła

  1. CNN

  2. Pepperdine University

  3. The Bulwark

  4. AP

  5. New York Times

  6. Wall Street Journal

  7. The Daily Beast

  8. Globalstore

  9. White House

  10. People

Nasi autorzy