W raporcie o odpowiedzialności prawnej big techów, sporządzonym dla Warszawskiego Instytutu Bankowości pod tytułem „Problem nieautoryzowanych transakcji w kontekście kwestii odpowiedzialności big techów za reklamy”, przeanalizował Pan wspólnie z zespołem badaczy rolę globalnych platform internetowych w ułatwianiu oszustw finansowych, a także możliwości przeciwdziałania im. Co chcieliście w tym raporcie pokazać?
Próbowaliśmy pokazać, w jaki sposób podmioty typu big tech – rozumiane jako globalni przedsiębiorcy cyfrowi działający w przestrzeni internetowej – korzystają z luk w aktualnie obowiązujących regulacjach prawnych, umożliwiając tym samym rozprzestrzenianie się ewidentnie fałszywych informacji zamieszczanych przez podmioty przestępcze. Wykorzystują m.in. technologię deepfake, czyli obrazy, filmy i dźwięki wytworzone przez sztuczną inteligencję, imitującą prawdziwych realnych ludzi. Nie chodzi przy tym wyłącznie o grupy złożone z kilku sprawców – jak choćby działające lokalnie krajowe grupy wyłudzające pieniądze za nieistniejące towary. Bardzo często są to zorganizowane grupy przestępcze o zasięgu międzynarodowym, w tym organizacje terrorystyczne.
...a także służby specjalne państw nieprzyjaznych Polsce i Unii Europejskiej.
Zacznę od wymownej statystyki. W 2012 r. big techy odpowiadały za zaledwie 10 proc. ruchu internetowego; dane z 2024 r. wskazują już na 70 proc. To nie jest ewolucja – to rewolucja. Oznacza, że internet przestał być forum demokratycznym i pluralistycznym, gdzie każdy może zabrać głos. Stał się przestrzenią zdominowaną przez kilka gigantycznych korporacji.
Niemal monopolistów.
Tak, to dobre porównanie. Big techy to podmioty o potędze, która nierzadko przewyższa możliwości i zasoby niejednego państwa. Dysponują ogromnymi budżetami, w tym specjalnie wydzielonymi środkami przeznaczonymi na obsługę prawną i pokrywanie kosztów kar za naruszenia prawa. Co istotne – mają siedziby poza Unią Europejską, a to zasadniczo komplikuje możliwość egzekwowania wobec nich europejskiego prawa.
W Stanach Zjednoczonych?
Tak, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych – ale coraz większe znaczenie mają też podmioty chińskie, zdolne do konfrontacji nie tylko z poszczególnymi państwami, ale nawet z całymi strukturami, jak Unia Europejska. Korzystają przy tym z silnego wsparcia państw, na terenie których działają. Sam fakt ich dominacji w ruchu internetowym to jednak nie największy problem. Groźniejsze jest zaawansowane profilowanie użytkowników. Mamy złudzenie anonimowości, surfując po Facebooku, YouTubie czy innych platformach Meta, podczas gdy algorytmy nieustannie gromadzą dane o naszych preferencjach: zakupowych, politycznych, wizualnych. Na tej podstawie podsuwają treści i produkty tych firm, z którymi mają zawarte umowy komercyjne, skutecznie eliminując z pola widzenia wszelką konkurencję.
To nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem.
Internet przestał być miejscem prawdziwej pluralistycznej demokracji, swobodnej wymiany myśli i spontanicznie działającego wolnego rynku.
Ale wolny rynek pojawia się, choćby w dyskusji o kryptowalutach.
To ciekawa analogia – zarówno w przypadku kryptowalut, jak i ogólnie w internecie, niezwykle łatwo stać się ofiarą oszustwa, manipulacji lub dezinformacji.
Chciałbym wrócić do Pana tezy o tym, że Internet przestał być forum demokratycznym. Jeszcze kilkanaście lat temu wszelkie próby regulowania działalności serwisów takich jak YouTube czy Google były piętnowane przez internautów jako cenzura – co zresztą już wtedy było pewną aberracją, bo przecież nikt nikomu nie wzbraniał założenia własnej strony internetowej, niezależnie od tych platform.
Oczywiście, wciąż można założyć własną stronę internetową. Ale co z tego, jeżeli nikt jej nie odwiedzi? Bez obecności w algorytmach, odpowiedniego pozycjonowania, reklamy i promocji za pośrednictwem wielkich platform strona internetowa jest dziś praktycznie niewidoczna. Mówiąc o internecie, nie możemy już mówić o wolności w klasycznym sensie. Co więcej, wielkie korporacje – przede wszystkim amerykańskie i chińskie – urosły do rangi podmiotów potężniejszych niż niejeden rząd. Każda profesjonalna kampania wyborcza jest dziś kampanią internetową, prowadzoną przez wyspecjalizowane agencje PR. I proszę zauważyć, że te kampanie ulegają postępującej radykalizacji. Big techy ponoszą znaczącą współodpowiedzialność za polaryzację sceny politycznej, którą obserwujemy choćby w Polsce. Są tacy, którzy twierdzą, że sukces Donalda Trumpa w istotnej mierze opiera się właśnie na mistrzowskim opanowaniu internetowego przekazu. Platformy te konsekwentnie promują bowiem treści skrajne.
Oni mówią: „angażujące”
„Angażujące” – tak to eufemistycznie nazywają. Ale to nie wszystko. W Stanach Zjednoczonych, Australii i innych krajach toczą się postępowania prowadzone przez prokuratorów i organy regulacyjne, w których stawiane są zarzuty nie tylko dotyczące wprowadzania w błąd, manipulowania wyborami czy promowania oszustw internetowych, ale także – co szczególnie niepokojące – uzależniania dzieci.
Wyjaśnijmy: uzależnienia od czego?
Od szeroko rozumianych treści internetowych – w tym tzw. rolek, czyli krótkich filmików oglądanych w wolnych chwilach, na przykład w komunikacji miejskiej czy przed snem. Dobór tych treści nie jest przypadkowy: algorytmy dobierają je na podstawie setek sygnałów dotyczących danego użytkownika – jego wieku, preferencji, historii oglądania. Celem jest maksymalizacja czasu spędzonego na platformie. Użytkownik otrzymuje kolejne treści, które wcześniej go angażowały. Mechanizm ten przypomina behawioralne warunkowanie.
To najczęściej treści krótkie, szybkie, angażujące emocjonalnie, a więc i skrajne, radykalne. I wpływają na politykę. Ich oglądanie przekłada się nawet na preferencje wyborcze. Już polityków oceniaćmy nie według programu, lecz wyłącznie według tego, kto wrzucił ostrzejszy komentarz, kto był bardziej prowokujący albo po prostu śmieszniejszy.
A fake newsy? Jakie szanse ma przeciętny obywatel Unii Europejskiej na usunięcie z sieci nieprawdziwej informacji na swój temat? Powiedzmy, że ktoś napisał na Facebooku, że ukradłem mu 5 tys. zł. Zaprzeczam – ale informacja już żyje własnym życiem, zakorzenia w świadomości odbiorców. Chcę, żeby zniknęła. Co mogę zrobić?
Sytuacje mogą być bardzo różne. Może dojść do oszustwa polegającego na kradzieży tożsamości – ktoś wykorzystuje nasze dane lub wizerunek, by wyłudzić pieniądze od innych, na przykład metodą „na wnuczka” lub udając zbiórkę charytatywną. Może też dojść do naruszenia wizerunku: ktoś pobiera nasze zdjęcie z mediów społecznościowych i przypisuje nam działalność, z którą nie mamy nic wspólnego. Może dojść też do pomówienia nas, ujawnienia danych osobowych albo przedstawienia w negatywnym, nieprawdziwym świetle. Mamy tu do czynienia z całym spektrum naruszeń prawa – od przestępstwa (nie tylko zniesławienia) po cywilne naruszenie dóbr osobistych.
Zgłaszam sprawę do prokuratury.
Abstrahując od znanych słabości polskiego wymiaru sprawiedliwości – przewlekłości postępowań czy kosztów procesu –
…z kosztami postępowania…
Właśnie – pojawiają się wówczas dalsze problemy. Podmioty dopuszczające się nadużyć bardzo często mają siedzibę za granicą, co komplikuje kwestię właściwości sądu i realnej egzekucji wyroku. Dodatkowo platformy stosują rozbudowane regulaminy, które użytkownicy akceptują automatycznie, klikając „zgadzam się”– często nieświadomie wyrażając zgodę na daleko idące przetwarzanie danych osobowych.
…nawet nie wiedząc, na co się zgadzają.
Wyrażamy zgodę nawet na śledzenie naszej lokalizacji. Nie tak dawno głośno było o zdarzeniu, w którym żołnierz stacjonujący na pokładzie lotniskowca podczas operacji militarnej nie wyłączył aplikacji fitness śledzących jego aktywność i pozycję – lotniskowiec stał się wówczas widoczny dla każdego użytkownika tej platformy. Ale nawet gdy czytamy postanowienia regulaminu dotyczące dostępu do naszej prywatności i ich nie akceptujemy – co możemy zrobić? Zrezygnować ze wszystkich tych platform i skazać się na społeczne wykluczenie?
To zaszło tak daleko, że aby kupić telewizor, trzeba niejednokrotnie zaakceptować pełny dostęp do swoich danych osobowych – w innym razie część funkcji urządzenia po prostu nie zadziała.
Facebook ma ponad 3 mld aktywnych użytkowników miesięcznie. Całkowita liczba użytkowników mediów społecznościowych przekracza 4 mld – to połowa populacji globu. Płatności, komunikacja, dostęp do informacji – wszystko to pozostaje w rękach kilku korporacji.
Proszę mi pozwolić opowiedzieć o znajomym z niepełnosprawnością, który korzystał z pilota sterowanego głosem. Mówił „włącz jedynkę” i wszystko działało. Aż do chwili, gdy operator zaproponował nowy pakiet telewizyjny. Znajomy pytał tylko o jedno: czy nadal będzie mógł korzystać z funkcji ułatwień dostępu. Zapewniono go, że tak. Okazało się jednak, że nowe urządzenie wymaga konta Google. Oburzył się, bo nigdzie w umowie nie było o tym mowy. Pracownik polskiej firmy telekomunikacyjnej był szczerze zdumiony – nie potrafił sobie wyobrazić, że ktokolwiek może nie chcieć oddawać danych korporacji z Doliny Krzemowej.
Ten przykład dobrze ilustruje, jak bardzo system nas wciąga, a zwykły człowiek ma wobec niego bardzo ograniczone możliwości działania. Jeszcze do niedawna zdarzało się, że osoby chcące zacząć życie od nowa, zacierając ślady przeszłości, były w stanie funkcjonować poza systemem – posługiwać się nieprawdziwymi danymi, załatwiać wiele spraw bez dokumentów. Dziś jest to praktycznie niemożliwe. Najprostsze czynności – transakcja w internecie, dostęp do telefonu, zamówienie jedzenia z dostawą do domu – wymagają pełnej identyfikacji i w praktyce udostępnienia jakiejś części danych.
A regulacji, które by to skutecznie ograniczały, wciąż brakuje. Zanim zaś wejdą w życie, ludzie i tak zdążą pozakładać konta – bo po prostu nie mają wyboru.
Polska, kraje Europy Zachodniej i świat anglosaski starają się na te wyzwania odpowiadać, ale skala problemu jest znaczna. Toczą się na przykład precedensowe postępowania w Australii przeciwko big techom w związku z masowym szerzeniem dezinformacji, co działa destabilizująco na całe społeczeństwa. Pojawia się fundamentalne pytanie: czy demokratyczne wybory zachowują swój sens w świecie, w którym platformy cyfrowe mogą emocjonalnie mobilizować określone grupy wyborców – i to nawet w czasie ciszy wyborczej? Tradycyjny model demokratycznych wyborów zakłada, że w niedzielę idziemy do urny z własnym, suwerennym przekonaniem. Tymczasem już od rana algorytmy serwują nam starannie dobrane treści – nierzadko nieprawdziwe lub szokujące – kształtując nasze wybory za nas.
A co z odpowiedzialnością odszkodowawczą za sianie kłamstw?
Jak donosi chociażby agencja Reuters, big techy rezerwują w budżetach środki na potencjalne odszkodowania i przegrane procesy sądowe. Kalkulacja jest prosta: przychody generowane dzięki fałszywym lub oszukańczym treściom znacznie przewyższają koszty ewentualnych kar. Innymi słowy – kary są z góry wkalkulowane w model biznesowy.
Czy są jakieś pozytywne sygnały na horyzoncie?
Nie tylko toczą się precedensowe postępowania – mamy też regulacje prawne, które próbują nadążyć za rzeczywistością. W Europie widać pozytywne zmiany. Kluczowym aktem jest unijne rozporządzenie o usługach cyfrowych – DSA (Digital Services Act).
Jest zatem nadzieja?
Tak. Unia Europejska nie tylko formułuje zapowiedzi – przygotowuje konkretne regulacje. Paradoksalnie sprzyja temu też obecna nienajlepsza sytuacja geopolityczna: narastające napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Europą, ryzyko pęknięcia w dotychczasowym bloku sojuszniczym, powodują, że coraz głośniej mówi się o podatku cyfrowym, który pełniłby nie tylko funkcję fiskalną, ale i kompensacyjną wobec poszkodowanych, a nawet częściowo prewencyjną, zniechęcając do zachowań naruszających prawo lub nieetycznych.
Czyli żeby wreszcie przykręcić big techom śrubę?
Jeżeli pokrzywdzony obywatel lub przedsiębiorca z terenu Unii Europejskiej udokumentuje poniesione straty, nie powinien pozostawać sam w konfrontacji z gigantem – to nie musi być pojedynek Dawida z Goliatem. Przykładowo fundusz kompensacyjny – zasilany ze środków big techów, a nie z budżetu państwa – mógłby umożliwić choćby wstępne zrekompensowanie strat, a jednocześnie skuteczniej motywowałby platformy do rzetelnej weryfikacji publikowanych treści.
Warto tu wspomnieć o precedensie Rafała Brzoski.
Sprawa Rafała Brzoski, twórcy InPostu, oraz jego żony Omeny Mensah przeciwko Meta stała się jednym z najważniejszych i najszerzej komentowanych sporów prawnych z gigantem technologicznym w Europie. Dotyczyła fałszywych reklam i materiałów deepfake bezprawnie wykorzystujących ich wizerunki. Co prawda znam ją wyłącznie pośrednio z mediów, ale zdaje się, że sąd nie przyjął argumentacji Meta, że jest ona jedynie neutralnym pośrednikiem, a zatem nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez osoby trzecie. I słusznie – skoro Meta pobiera wynagrodzenie od podmiotów wykupujących przestrzeń reklamową, w tym od tych, które zamieszczają fałszywe ogłoszenia, to jest zobowiązana do ich weryfikacji. Jeżeli tego nie czyni – odpowiada za skutki.
Ten precedens może ułatwić drogę mniej zasobnym pokrzywdzonym?
Kropla drąży skałę. Prawo – zarówno legislacja, jak i orzecznictwo sądowe – zawsze pozostaje kilka kroków za rzeczywistością technologiczną i gospodarczą. Ale historia zna ten mechanizm: w XIX wieku wielki przemysł dyktował warunki, pracownicy nie mieli nic do powiedzenia, a ceny były ustalane w zaciszu gabinetów. W pewnym momencie pojawiły się przepisy stojące po stronie człowieka, pracownika, słabszego przedsiębiorcy – i to zmieniło wszystko. Bo przekonanie, że wolny rynek jest lub powinien być „wolną amerykanką”, jest historycznie błędne.
Przeczytaj też: Niegłosowanie w referendum. Niedemokratyczny absurd czy świadome działanie