Jakub Nowak: Początki epidemii HIV/AIDS w Polsce wyglądają z perspektywy osoby bez większego zainteresowania tematem jak totalny horror. Gdy w 1990 r. do ośrodka Monar w Głoskowie mieli trafić pierwsi użytkownicy zakażeni wirusem HIV, protestujący przez kilka dni blokowali ruch na drogach publicznych. Grozili spaleniem ośrodka. Wepchnęli poloneza Marka Kotańskiego do przydrożnego rowu. Nie doszło jednak do stanowczej reakcji służb porządkowych.
W Laskach w 1992 r, lokalni mieszkańcy rzucali kamieniami w okna budynków, pisali na ścianach obelżywe hasła, budynek zapłonął, zdaniem pracowników Monaru został podpalony przez protestujących. To była zresztą kolejna miejscowość, w której nie udało się założyć ośrodka dla zakażonych ze względu na protesty społeczne i zagrożenie przemocą.
Czy początki epidemii HIV w Polsce naprawdę tak wyglądały?
Katarzyna Szarla: Te sytuacje, o których opowiadasz, to nie do końca początki. W Polsce pierwsze zakażenie wirusem HIV odnotowano w 1985 r. Dodatnich wyników testu na HIV nie było zresztą na początku zbyt wiele. Kontakt z osobami zakażonymi HIV ma przede wszystkim służba zdrowia i ośrodki wspierające użytkowników substancji psychoaktywnych.
Sytuacja zaostrza się w 1988 r.. To wtedy rośnie liczba zakażonych, szczególnie w tej najbardziej zagrożonej grupie, czyli wśród użytkowników iniekcyjnych. Tak jak wspomniałeś, ośrodek Monaru w Głoskowie funkcjonował już od ponad dekady. We wspomnieniach jego mieszkańców to życie obok siebie i sąsiedztwo były raczej spokojne. No, może z jakimś marginesem na to, że takie ośrodki dla osób używających substancji lub z zaburzeniami zdrowia psychicznego często wywołują jakieś przejściowe kontrowersje i niepokoje wśród lokalnej społeczności –współcześnie też to widać.
Czymś, co wywołuje intensywne emocje pod koniec lat 80., są obrazy i informacje prasowe ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej, czyli regionów, w których epidemia HIV rzeczywiście osiągnęła ogromne rozmiary. Nowa, nieprzewidywalna choroba bardzo szybko zaczęła być łączona z szybką i bolesną śmiercią.
Wiedza o tym, jak ta choroba jest przenoszona, była teoretycznie obecna wśród pracowników służby zdrowia. Szwankowała jednak komunikacja na linii instytucje państwa – służba zdrowia – społeczeństwo.
Te sytuacje, o których mówisz, są bardzo wielopoziomowe, a przez to interesujące. Nakłada się tam wiele perspektyw. Po pierwsze: lęk przed nieznanym. Przed „plagą” przenoszoną przez stygmatyzowaną i marginalizowną grupę, jaką byli użytkownicy. Niby są informacje o tym, jak przenosi się wirus, ale widoczny jest mimo tego jakiś rodzaj niepokoju – co, jeśli okaże się, że jednak jest inaczej?
Po drugie, epidemia HIV/AIDS miała w Polsce stosunkowo ograniczoną skalę. Niewiele osób miało bezpośredni kontakt z zakażonymi. Najlepszym sposobem na to, żeby przestać się bać, jest zobaczyć drugiego człowieka twarzą w twarz. Paradoksalnie, te małe liczby zakażeń w Polsce mogły sprawić, że była to bardziej epidemia wyobrażona.
JN: Czyli sądzisz, że te sceny z przełomu lat 80. i 90. były efektem lęku przed nieznanym?
KS: HIV pojawia się w Polsce także w momencie ogromnego kryzysu gospodarczego i społecznego, rozpoczynającego się mniej więcej w drugiej połowie lat 70. Ludzie masowo tracili poczucie stabilności, zmieniał się ich status społeczny i sytuacja życiowa. Pod koniec lat 80. pojawiają się wielkie pytania i wielkie niewiadome. Nie wiadomo, co będzie. Nie wiadomo, jak będzie wyglądało państwo po przemianach transformacyjnych. Powszechne staje się poczucie bycia pozostawionym samemu sobie. Ostrożnej nadziei, połączonej z głębokim niepokojem o to, co przyniesie przyszłość.
W latach 90. pojawiają się wątpliwości związane z tym, czy ideały Solidarności i obietnice transformacji zostaną spełnione.
To nie przypadek, że największy opór wobec ośrodków dla użytkowników jest nie w dużych miastach, a na ich obrzeżach. Tam potrzeba upodmiotowienia społeczności lokalnych i samorządności ściera się z tym, że ośrodki, takie jak w Konstancinie, w Józefowie czy Laskach, powstają lub próbują powstać najczęściej decyzją władz centralnych.
Jednocześnie wiele osób biednieje, rosną nierówności. Kryzysy zawsze radykalizują nastroje społeczne. Sprzyjają lękowi przed tymi, którzy są postrzegani jako obcy. Gdy spada poczucia bezpieczeństwa i stabilności, skupiamy się bardziej na najbliższym otoczeniu. Chronimy siebie i najbliższą rodzinę. A tu mamy sytuację, w której państwo, którego działania wzbudzały szczególnie w ostatniej dekadzie państwowego socjalizmu społeczną nieufność, jednocześnie wyznacza odgórnie miejsce na ośrodek dla zakażonych nową, śmiertelną chorobą.
JN: Pewnie nie bez znaczenia jest to, że to są użytkownicy.
KS: Dokładnie. Jest to widoczne w badaniach przeprowadzonych przez OBOP w 1992 r.
Pierwszą połowę lat 90. cechują nastroje sprzyjające ekskluzji społecznej. Wykluczeniu poza nawias społeczności różnych osób z mniejszości, osób nienormatywnych, „odmieńców”, Obcych.
Użytkownicy właśnie tacy są. Są bardzo widoczni – na dworcach, w miejscach publicznych. Ich styl życia wywołuje wrogość i lęk, a oni jeszcze „śmią” się zakażać i potrzebować pomocy.
JN: Czy dotyczy to też innych osób uznawanych za obce?
KS: Oczywiście. Taką bardzo dającą do myślenia sytuacją były incydenty rasistowskie skierowane wobec zagranicznych studentów w Szczecinie, szeroko omawiane przez prasę pod koniec lat 80. HIV przyszedł „z zagranicy”, „podobno z Afryki”. Niektórzy studenci z Afryki, rozpoznawani poprzez odcień skóry, zostali więc potraktowani jako źródło „zarazy”. To skojarzenie wywołało widoczną falę niechęci o podłożu rasistowskim.
JN: Lęk przed HIV/AIDS kojarzy się bardziej z homofobią niż rasizmem.
KS: Pojawienie się HIV skrystalizowało obecne w społeczeństwie uprzedzenia i stereotypy.
Pretekst walki z AIDS wykorzystała władza centralna, przeprowadzając w 1985 roku, rękami Milicji Obywatelskiej, operację „Hiacynt”. Badaczka Ewa Majewska podaje, że zatrzymanych mogło wtedy zostać nawet ponad dziesięć tysięcy osób. Nie był to jednak koniec. W 1987 roku przeprowadzono kolejne zatrzymania.
JN: Krzysztof Tomasik w książce Gejerel: mniejszości seksualne w PRL-u określił tę akcję „drugim Hiacyntem” i twierdził, że była przeprowadzona na dużo większą skalę niż ta z 1985 r.
KS: Wydaje się, że ta akcja w ogóle nie otrzymała nazwy w materiałach operacyjnych. Problem polega na tym, że nie mamy pełnej dokumentacji.
JN: „Stopczyk, co wy tam palicie?”
KS: Nawet niekoniecznie. Dokumenty znajdują się w wielu milicyjnych archiwach regionalnych i nie zostały jeszcze w pełni przekazane do zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej. Część z nich nadal uznaje się za materiały operacyjne i znajdują się na komendach policji.
Ze względu na to, że operacja ta w oczywisty sposób łamała prawa człowieka, a dane na jej temat są wybrakowane i rozproszone po całym kraju, powinna zostać objęta szczególną opieką archiwów państwowych, które nie tylko zapewnią bezpieczeństwo pozyskanym wrażliwym danym, ale także dostępność dla badaczy. Wciąż czekamy na przeprowadzenie gruntownych badań podstawowych nad ustaleniem decydentów, ofiar i przebiegiem operacji.
Nie były to nietypowe działania także dla Służby Bezpieczeństwa. Okresowo prowadzono różnego rodzaju działania związane z rozpoznawaniem, identyfikowaniem i zastraszaniem grup uznawanych za niepokojące dla władzy. Cinkciarze, pracownice seksualne, użytkownicy substancji również byli na celowniku – co najmniej od początku lat 70. Pojawienie się HIV w kraju wykorzystano jako pretekst do uderzenia w społeczności gejowskie. Miało także na celu infiltrację konsolidujących się i zrzeszających się społeczności osób nieheteronormatywnych.
JN: Mówisz, że mniej więcej w tym okresie powstają pierwsze większe zżyte społeczności LGBT. Jak one odnosiły się do kwestii HIV?
KS: AIDS było uznawane za „gejowską” chorobę. Społeczności te szczególnie poważnie potraktowały to zagrożenie. Dystrybuowano środki zabezpieczające, ulotki i materiały edukacyjne z Zachodu, które tłumaczono i dostosowywano do własnych potrzeb. Promowano wiedzę zarówno o działaniach profilaktycznych, jak i z zakresu redukcji szkód. Publikowano poradniki dotyczące tego, jak zachować się w sytuacji zatrzymania przez milicję. Po 1989 r. HIV/AIDS stało się jednym z najważniejszych punktów na agendzie powstających stowarzyszeń. Dbanie o zdrowie wspólnoty ją scalało. Było też sposobem na pozyskiwanie środków od organizacji zagranicznych zajmujących się profilaktyką, takich jak WHO czy UNAIDS. Te fundusze były dobrze wydatkowane, jeśli chodzi o krzewienie wiedzy, ale stały się też paliwem dla społeczeństwa obywatelskiego. Pozwoliły na zintensyfikować działania wielu polskich stowarzyszeń.
JN: Poza organizacjami osób nieheteronormatywnych kto zajmował się w Polsce profilaktyką HIV/AIDS?
KS: Przede wszystkim organizacje działające na rzecz użytkowników iniekcyjnych. Ale także Kościół Katolicki, tylko że prowadzona profilaktyka utrzymywana była w duchu abstynencyjnym.
Zalecała powstrzymanie się od jakiejkolwiek aktywności seksualnej poza relacją z jednym partnerem oraz nieużywanie substancji psychoaktywnych. Ten model pomocy uzyskał w Polsce największą widoczność i został najmocniej dofinansowany. Problem polega na tym, że model ten jest mniej skuteczny niż inne…
JN: …i kanibalizował środki przeznaczone na profilaktykę opartą na redukcji szkód: edukację seksualną i szerzej — zdrowotną.
KS: Tak. Podejście abstynencyjne z czasem stawało się coraz mniej skuteczne. Gdy pojawiły się portale randkowe pozwalające na kontakty seksualne dostępne właściwie od ręki, a także internetowa sprzedaż narkotyków z dowozem do domu, braki w wiedzy, stały się jeszcze bardziej dojmujące. Szczególnie że społeczny lęk zaczął topnieć wraz z pojawieniem się skuteczniejszych leków na HIV, które sprawiły, że właściwie zakażenie stałą się chorobę przewlekłą.
Mimo że środki ochronne, takie jak prezerwatywy, są łatwo dostępne, ludzie korzystają z nich zbyt rzadko. Niewiele osób bada się na choroby przenoszone drogą płciową. Wiedza o bezpieczniejszym przyjmowaniu substancji wciąż nierzadko jest traktowana jak „promocja narkomanii”.
I nie chodzi tu tylko o HIV. Dotyczy to też innych chorób przenoszonych drogą płciową, takich jak zakażenie chlamydią, kiła czy wirusowe zapalenie wątroby typu C.
JN: Jak to wygląda teraz z życiem pacjentów z HIV? Bo mówisz, że HIV obecnie stał się chorobą przewlekłą. Nie wiem jednak, czy to jest społecznie tak powszechna wiedza.
KS: Zakażenie wirusem HIV jest obecnie dużo łatwiejsze w kontroli niż w latach 80. i 90. Leki są wielokrotnie bardziej skuteczne. Nie dotyczy to jednak wszystkich zakażonych. Zawsze są czynniki, które mogą sprawić, że HIV/AIDS nie będzie w pełni przewidywalną chorobą. Zawsze może pojawić się wyjątkowo lekooporna mutacja wirusa albo inne problemy zdrowotne, które utrudniają proces leczenia. Także w Polsce wciąż są osoby, które w młodym wieku umierają na AIDS.
Mimo to coraz więcej osób ma szansę na długie i dobre życie.
Ważna jest zasada N=N, czyli to, że osoby zakażone z niewykrywalnym poziomem wirusa we krwi nie zakażają innych. To zwiększa poczucie bezpieczeństwa w rodzinach. Daje też spokój, jeśli chodzi o możliwość posiadania dzieci i funkcjonowania w relacjach.
Tyle że to wciąż jest potencjalnie śmiertelna choroba przewlekła. Potrzebna jest stała opieka medyczna, dostęp do leków — najlepiej bezpłatnych albo niskopłatnych. Jesteśmy w sytuacji względnej stabilności — ale co, jeśli będzie wojna? A jeśli pojawią się problemy z dostawami leków? Co w sytuacji uchodźctwa? Mieliśmy tego przykład w 2022 r. Przewlekle chorzy ukraińscy uchodźcy musieli nagle zmieścić się w trzymającym się na słowo honoru polskim systemie ochrony zdrowia. I tu nie chodzi tylko o HIV, ale w ogóle o zależność od leków przy chorobach przewlekłych. Wydaje się, że polskie i ukraińskie organizacje pozarządowe dość szybko poradziły sobie z sytuacją, jednak wcale nie musiało to działać tak sprawnie.
JN: Na Ukrainie to działało sprawnie?
KS: Ukraina wciąż jest uznawana za państwo, które w kontekście HIV potrzebuje wsparcia ze strony organizacji międzynarodowych. Część ukraińskich organizacji prozdrowotnych jest lepiej dofinansowana i funkcjonuje sprawniej niż analogiczne organizacje w Polsce.
Wiele organizacji międzynarodowych już od dawna uznaje Polskę za państwo, które powinno samodzielnie odpowiednio finansować organizacje związane z profilaktyką HIV/AIDS. Mimo stabilnej sytuacji gospodarczej w Polsce środki przeznaczane na profilaktykę zdrowotną, organizacje redukcji szkód i działania profilaktyczne są wciąż na poziomie nieadekwatnym do zapotrzebowania.
Wygłodzone polskie NGO-sy nauczyły się działać na bardzo niskich budżetach.
JN: Ukraina ma duży problem z zakażeniami HIV. Jak sądzisz, czy po gejach i osobach czarnoskórych teraz skrajne środowiska wykorzystują HIV, by wywoływać wrogość wobec Ukraińców? Widziałem komentarze o tym, że polskie kobiety uprawiające seks z Ukraińcami są zdrajczyniami narodu, sprowadzającymi zarazę.
KS: Nie wiem, czy „po gejach”. Często same środowiska, które są antyukraińskie, korzystają z podobnej narracji wobec osób nieheteronormatywnych. Masz jednak rację – propaganda mówiąca, że Ukraińcy „przywożą nam HIV”, zyskuje na popularności. To przerażające.
Takie bezpodstawne twierdzenia wykorzystywane są w narracjach faszystowskich. Obcy jest w nich zagrożeniem nie tylko społecznym, ale także biologicznym.
W przeszłości wykorzystywane przez nie były też inne choroby, w szczególności tyfus, który miał być przenoszony przez Żydów. Straszenie zagrożeniem epidemiologicznym to strategia, po którą skrajne środowiska regularnie sięgają, by wywołać poczucie zagrożenia.
Obecnie wykorzystują te same mity, które wywoływały fale wrogości na początku lat 90.
JN: Czyli jakie?
KS: Głównie te związane z niewiedzą o przenoszeniu się chorób zakaźnych. Co jest o tyle ciekawe, że jako społeczeństwo mamy obecnie duży dostęp do wiedzę medycznej, także o HIV/AIDS. Była ona zresztą dostępna na niezłym poziomie niemal od początku HIV/AIDS w Polsce, bo wirus dotarł do nas później, więc nasi eksperci mogli korzystać z doświadczeń zagranicznych. Ale nawet najlepsza wiedza nie przekłada się automatycznie na sferę emocji.
Osoby żyjące z wirusem HIV miały czasami w domu osobne naczynia albo ręczniki przechowywane oddzielnie. Te osoby wiedziały, że zagrożenia nie ma, ale traktowały to, mam wrażenie, jako sposób uspokajania własnego lęku za pomocą „dodatkowych zabezpieczeń”.
Kolejnym mitem, dziś mniej popularnym, ale wciąż obecnym, jest wyobrażenie, że osoba zakażona może użyć HIV jako broni. W latach 80. i 90. w legendach miejskich funkcjonowały opowieści o zakażonych dokonujących napadów przy użyciu „brudnej strzykawki”.Pojawiały się też historie o nakłuwaniu przypadkowych osób w komunikacji miejskiej. W opowieściach tych może jest ziarenko prawdy. Spotkałam się z pojedynczymi wspomnieniami i relacjami z lat 80. o użytkownikach narkotyków, którzy zastraszali przechodniów, próbując wymuszać pieniądze przy pomocy „hifowej strzykawki”. Szanse, że rzeczywiście znajdował się na niej krew zawierająca wirusa HIV, były raczej małe – osób seropozytywnych było wtedy niewiele. Jednak takie opowieści urastały w społecznej wyobraźni do obrazu, w którym osoba żyjąca z HIV nie jest kimś potrzebującym pomocy, lecz potencjalnym kryminalistą. Teraz rozpowszechnienie tego mitu wydaje mi się słabsze, gdyż mniej osób zażywa narkotyki iniekcyjnie.
JN: Tego nie wiemy. Prawdopodobnie takich osób jest więcej, tylko po ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii nie są już widoczne na ulicach.
KS: Bardzo możliwe. Na pewno używanie HIV jako broni nadal funkcjonuje w narracjach o osobach, które rzekomo celowo zakażają innych podczas kontaktów seksualnych. I kim są takie osoby w tych opowieściach?
JN: Ukrainkami?
KS: Nie tylko. Ogólnie migrantami, ale też np. osobami nieheteronormatywnymi.
JN: Mity mitami, ale jesteśmy w tendencji wzrostowej, jeśli chodzi o zakażenia HIV.
KS: Jesteśmy. Wynika to częściowo z przyjęcia do naszego systemu ochrony zdrowia osób z Ukrainy oraz migrantów spoza Europy. Wzrost liczby diagnoz obejmuje osoby, które nie zakaziły się w Polsce, tylko tutaj rozpoczęły leczenie. Są jednak również niepokojące tendencje.
Nie przestrzegamy zasad bezpieczniejszego seksu i bezpieczniejszego używania substancji. Rzadko się testujemy. HIV/AIDS trochę zniknęło ze społecznej świadomości i przestało być postrzegane jako istotny problem zdrowia publicznego. W połączeniu z niebezpiecznym w skutkach poziomem edukacji seksualnej i zdrowotnej w Polsce coraz więcej osób jest narażonych na zakażenie.
Na razie jednak sytuacja wydaje się stabilna. Zobaczymy na jak długo.
JN: Kiedyś było lepiej?
KS: Paradoksalnie – mimo że jeszcze długo będziemy w ogonie Europy, jeśli chodzi o bezpieczniejszy seks, to jeszcze w latach dwutysięcznych, z racji żywego lęku przed HIV/AIDS, bardziej skupiano się na edukacji dotyczącej chorób przenoszonych drogą płciową. Brzmi to mrocznie i dość smutno.
Jednak właśnie dlatego, że HIV był „na fali”, różne organizacje pozarządowe miały większy dostęp do szkół i młodzieży. Teraz jest z tym gorzej. Ten temat był też obecny w kulturze i zajęcia edukacyjne łączyły się z treściami dostępnymi np. w kinie.
JN: Dlaczego się to zmieniło?
KS: Temat stał się mniej popularny. Zmniejszyło się finansowanie. Centralne miejsce zajęły strategie abstynencyjne. Teraz widzimy efekty tej dominacji. Zachowywanie monogamicznej wierności jako metoda profilaktyczna przestaje być skuteczne w obliczu zmieniającej się obyczajowości.
Seks jest stosunkowo łatwo dostępny, zwłaszcza dla kobiet. W czasach Grindra, FetLife’a czy Tindera, niewiele osób oczekuje z rozpoczęciem życia seksualnego „do ślubu” i utrzymuje bezwzględną wierność w tej relacji.
JN: No to też są bardzo specyficzne społeczności.Tradycyjne, konserwatywne, oazowe.
KS: Z badań seksuologicznych wynika, że niekoniecznie. W patriarchalnych społecznościach istnieje większe przyzwolenie na pozamałżeńskie kontakty seksualne mężczyzn. Wyznawane przez nie wartość bardziej kontrolują seksualność kobiet niż mężczyzn.
JN: Izabela Moszczeńska-Rzepecka już w 1904 roku, w broszurze Czego nie wiemy o naszych synach. Fakta i cyfry dla użytku rodziców, pisała, że większość młodych mężczyzn w Warszawie traciło dziewictwo między 15. a 19. rokiem życia — albo z prostytutką, albo w ramach przemocy seksualnej wobec służących.
KS: Kontrolowanie i tabuizacja seksualności w danym społeczeństwie nie sprawia, że model abstynencyjny jest skuteczniejszy.
Między bajki można włożyć wyobrażenie, że HIV zagraża wyłącznie młodym osobom o liberalnych poglądach i bogatym życiu erotycznym.
Zgadnij, ile lat miała najstarsza osoba zdiagnozowana w Polsce ze świeżym zakażeniem HIV.
JN: Powiedz.
KS: Ponad osiemdziesiąt.
O tym się nie wspomina, ale wiele nowych zakażeń dotyczy osób w dojrzałym wieku, często wdów i wdowców.
Często w ogóle nie stosują zabezpieczeń, bo po menopauzie nie ma już ryzyka ciąży. Trudniej też dotrzeć do nich z odpowiednią edukacją seksualną, mimo starań organizacji pozarządowych, temat pozostaje dla wielu osób tabu.
JN: Sanatoriów czar. Czy wpływ na wiedzę tych osób w zakresie zabezpieczeń miał Jan Paweł II? Wiesz, często przytacza się poglądy Wojtyły na prezerwatywy w kontekście HIV w Afryce. Niektóre środowiska oskarżają papieża o akcelerację epidemii. Ciężko też rozmawiać o latach 80. i 90. w Polsce, nie biorąc pod uwagę kontekstu ojca świętego.
KS: Nie jest to wcale tak jednoznaczne, jak mogłoby się wydawać. Temat był wówczas bardzo ważny społecznie.
Różne środowiska oczekiwały od Jana Pawła II jako wyjątkowego autorytetu religijnego i politycznego, opiekuna życia duchowego Polaków wyrażenia zdecydowanej opinii w tej sprawie. Zabiegały o nią bardzo silne, szczególnie w kontekście ewangelizacji młodych, środowiska abstynencyjne. Chciałyby papież jednoznacznie wsparł ich dążenia do uchronienia młodzieży przed antykoncepcją, narkotykami i seksem przedmałżeńskim, a w efekcie także HIV.
Ale nie tylko one pokładały w papieżu wielkie nadzieje. Dotyczyło to również niektórych grup działających na rzecz osób żyjących z HIV/AIDS. Takich, które promowały profilaktykę i nie traktowały HIV jako kary za rozwiązłość. Oczekiwały, że papież pójdzie drogą ewangelizacji poprzez charytatywność, zgodną z ideą Kościoła zjednoczonego wokół miłości bliźniego. Kościół – a właściwie nawet nie Kościół, tylko sam papież Polak – miał być sprzymierzeńcem środowisk tolerancyjnych i profilaktycznych.
Zbiegło się to z tym, że hasła tolerancji i ekumenizmu były wtedy ważne w Watykanie. Tyle że różne środowiska zupełnie inaczej rozumiały, czym ta tolerancja właściwie jest.
lek. Katarzyna Szarla
Doktorantka na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego w ramach Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych. Ukończyła studia medyczne na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, studiowała także historię i bioetykę na Uniwersytecie Warszawskim. W ramach projektu doktorskiego z zakresu historii społecznej bada, w jaki sposób kryzys związany z HIV/AIDS ujawnia przemiany w porządku społecznym i systemach opieki w Polsce w latach 80. i 90. XX w.
W ramach jej zainteresowań badawczych znajdują się krytyczna humanistyka medyczna, społeczna historia medycyny, historia seksualności i historia transformacji w Europie Środkowo- Wschodniej, a także etyka badań naukowych w obszarze badań humanistycznych i społecznych. Członkini European HIV/AIDS Research Network.