Idziesz chodnikiem, z naprzeciwka nadchodzi trzyosobowa rodzina z kilkuletnim dzieckiem. Zajmują całą szerokość chodnika – ty trzymasz się prawej, najmłodsze z gromadki idzie wprost na ciebie. Nie masz gdzie uciec, bo po swojej stronie krzaki, więc wpadasz w dziecko, trącasz ramieniem i… „Jak chodzisz!” – rzuca w twoim kierunku matka. Zamiast zwrócić uwagę dziecku, że inni ludzie nie są w stanie przez nie przeniknąć i by zachowywało ostrożność, pretensje ma do ciebie.
Albo inna sytuacja. W sklepie słyszysz awanturę. Córka chce drogą zabawkę, popularną Labubu, ale ojciec nie reaguje. Dziecko coraz głośniej wyraża swoje potrzeby – płacze, bije dorosłego po udach, wpada w szał. Tata wreszcie ulega i pyta, czy może być coś innego, a gdy otrzymuje kolejną porcję ciosów, łamie się i kupuje lalkę „dla świętego spokoju”. Widząc całe zajście, pewna babcia z politowaniem w oczach mówi do mężczyzny, że „za jej czasów bachor dostałby klapsa i skończyłaby się ta cała histeria”.
Problem w tym, że cała ta opowieść opiera się na pojęciu, którego nauka nigdy nie zdefiniowała.
MIT 1: Bezstresowe wychowanie istnieje jako realny model wychowawczy
Empiryczna typologia stylów wychowawczych stworzona przez psycholożkę Dianę Baumrind w 1966 r. wyróżnia trzy metody: autorytatywną, autorytarną i permisywną. Po raz pierwszy została ona zaprezentowana w artykule Effects of authoritative parental control on child behavior (Efekty autorytatywnej kontroli rodzicielskiej w kształtowaniu zachowań dziecka) opublikowanym w naukowym piśmie „Child Development”. Niespełna dwie dekady później (1983) Eleanor Maccoby oraz John Martin dodali czwarty styl: zaniedbujący. To ta klasyfikacja stanowi podstawowy punkt odniesienia.
Warto tu wspomnieć o jeszcze jednej postaci, która jest często przywoływana w tym kontekście. W 1946 r. pediatra Benjamin Spock w książce „Common Sense Book of Baby and Child Care” („Poradnik zdroworozsądkowej opieki nad niemowlęciem i dzieckiem”) postulował, by rodzice czy opiekunowie byli wobec dziecka empatyczni, reagowali na jego potrzeby emocjonalne, zrezygnowali z „wojskowego reżimu” i działali intuicyjnie. Nie była to jednak udokumentowana, poprzedzona badaniami teoria naukowa, miała jedynie charakter poradnikowy oparty na doświadczeniu klinicznym.
„Bezstresowemu wychowaniu” najbliżej do stylu permisywnego (nazywanego też pobłażliwym), w którym rodzic jest ciepły, empatyczny, nie stawia wymagań, unika konfrontacji i sporadycznie kontroluje. Brakuje mu też konsekwencji w działaniu. Nie jest to jednak tożsame z potocznym rozumieniem tego zjawiska, co potwierdzają ekspertki z zakresu pedagogiki i psychologii.
– Nie spotkałam się z definicją naukową „bezstresowego wychowania” i z mojego punktu widzenia taka definicja nie istnieje, natomiast w przestrzeni publicznej spotykamy to określenie. Czasami słyszę, że ktoś pewien rodzaj zachowania tak właśnie nazywa, ale trudno znaleźć genezę takiego myślenia i takiej oceny danej sytuacji – tłumaczy pani pedagog, dr Joanna Stepaniuk, adiunkt w Zakładzie Pedagogiki i Psychologii Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.
Dr Magdalena Śniegulska, psycholożka i psychoterapeutka z Uniwersytetu SWPS dodaje, że jest to przede wszystkim pojęcie potoczne funkcjonujące w dyskursie publicznym do opisywania różnych zjawisk oraz konkretnych zachowań rodziców – od pobłażliwości po brak zainteresowania emocjami i potrzebami dziecka.
Takie postrzeganie „bezstresowego wychowania” jest powielane i utrwalane w mediach. Przykładem może tu być monolog dziennikarza Polsatu News Grzegorza Jankowskiego. 15 kwietnia 2026 r. w audycji „Punkt widzenia Jankowskiego” mówił, że współczesna młodzież jest wychowywana w przekonaniu, że „jej się wszystko należy”. Młodzi ludzie mają być leniwi, nieprzygotowani do dorosłości oraz do budowania relacji interpersonalnych, roszczeniowi, na co wpływ ma mieć odejście od dyscypliny i wymagań. I to nie tylko w domu, ale także w szkole. To dobrze oddaje nastroje społeczne i obawy ludzi „starej daty”. „Będziesz w moim wieku – zapłaczesz” – konstatuje autor.
MIT 2: Dzieciom wolno dziś więcej
To chyba najczęściej powtarzane sformułowanie kojarzące się z „bezstresowym wychowaniem”. Wyłania się z niego obraz dziecka pozbawionego hamulców, granic, które nie respektuje norm społecznych i nie jest w żaden sposób kontrolowane przez dorosłych.
Są pewne zachowania, na które jeszcze kilka lat temu nie było społecznego przyzwolenia.
– Kiedyś nie do pomyślenia było podważanie decyzji szefa, dyskutowanie z nim, w tej chwili nauczyliśmy się, że pewne rzeczy jednak są dopuszczalne – tłumaczy dr Śniegulska.
Dr Stepaniuk zauważa, że w ostatnich latach położono nacisk na prawa dziecka. Problem pojawia się wtedy, gdy na tym kończy się edukacja. A ważne jest zaakcentowanie jeszcze jednego kluczowego elementu. – Dzieci są bardziej świadome i to jest bardzo potrzebne. Muszą wiedzieć, co im te prawa gwarantują. Z drugiej strony –są jeszcze obowiązki. Wydaje mi się, że dorośli, którzy edukują dzieci, nie zawsze opowiadają o tej drugiej części. To jest bardzo ważne, bo jeśli tego nie dopowiemy, to dziecko może żyć w zakłamanej rzeczywistości – wyjaśnia ekspertka AWF-u.
Jest w tym jeszcze pewien paradoks, bo wzrost świadomości własnych praw nie oznacza większej autonomii i swobody. Jest wręcz odwrotnie, na co duży wpływ ma technologia. – Zjawiskiem potwierdzonym, na które mamy dowody naukowe, jest ograniczenie mobilności. Rodzice cały czas starają się kontrolować, gdzie jest dziecko, jak spędza czas, z kim się spotyka. Mamy aplikacje, podgląd w telefonach, śledzimy każdy jego ruch. Bardzo często rodzice mają też dostęp do social mediów swoich dzieci. Z jednej strony wydaje się to bezpieczne, bo mogą zareagować, ale z drugiej strony zabieramy im kompletnie przestrzenie, które do tej pory były tylko ich – wyjaśnia naukowczyni z Uniwersytetu SWPS.
W opracowaniu Sadii Sharmin i Md. Kamruzzamana Systematic Review z 2017 r. przeanalizowano szereg badań w zakresie mobilności. Wykazano, że dzieci są częściej odwożone do szkoły (kiedyś chodziły same), rzadziej pozwala im się na samodzielne wychodzenie z przyjaciółmi i ogranicza czas, jaki mogą spędzać poza domem. Dr Joanna Stepaniuk dodaje, że są rodzice, którzy non-stop siedzą w dziennikach elektronicznych i weryfikują oceny dziecka, stawiając mu niekiedy nadmierne oczekiwania.
Założenie, że „dzieciom pozwala się dziś na wszystko” jest więc mylne. W rzeczywistości obserwowane od kilkunastu lat zmiany w wychowaniu polegają na zwiększaniu kontroli i nadzoru nad dzieckiem, a nie swobody. Ma to swoje konsekwencje w postaci braku samodzielności. Dziecko często nie ma szansy na własnej skórze skonfrontować się z konsekwencjami swojego zachowania.
MIT 3: Odejście od kar cielesnych oznacza brak granic
Jeszcze w 2008 r., jak wynikało z badania CBOS-u, aż 78 proc. respondentów twierdziło, że w pewnych sytuacjach dzieciom należy dać klapsa. Blisko 50 proc. ankietowanych akceptowało stosowanie kar cielesnych. Zaczęło się to zmieniać po 2010 r., gdy dokonano modyfikacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy.
„Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych” – stanowi Art. 96. Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Uporczywe i powtarzalne stosowanie klapsów – zgodnie z art. 207 Kodeksu karnego – uważane jest za znęcanie się fizyczne i podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.
To realnie zadziałało. W 2023 r. już „tylko” 43 procent Polaków akceptowało klapsy, a 54 procent było przeciw.
Odejście od kar cielesnych i penalizacja tego typu zachowań „wyprodukowały” kolejny stereotyp związany z „bezstresowym wychowaniem” – brak granic i zasad. Zakorzeniło się bowiem przekonanie, że utrzymanie dyscypliny w domu możliwe jest tylko przy zastosowaniu reżimu. Współcześnie mówi się jednak o tym, że problemem nie jest brak kar, tylko konsekwencji. Rodzice czasami wolą zrzucić z siebie odpowiedzialność, przerzucając ją na barki szkoły. – Chcą mieć święty spokój – mówi dr Stepaniuk.
Znęcanie się fizyczne, ale i psychiczne jest obecnie penalizowane, tylko to drugie znacznie trudniej udowodnić. Staje się ono coraz bardziej powszechne. To duży problem – wskazuje ekspertka.
– Za kary cielesne są sankcje prawne, więc trzeba podejść z drugiej strony – zauważa Stepaniuk. Dodaje, że nadmierne wymagania, przekraczające możliwości dziecka, też są formą przemocy psychicznej. Zdarzają się również zaniedbania, także w higienie – i to nie tylko w rodzinach niepełnych czy dysfunkcyjnych, ale coraz częściej w tych dobrze sytuowanych i nienarzekających na problemy finansowe. – Po prostu nie ma czasu, by dziecko wykąpać, sprawdzić zawartości plecaka – podsumowuje.
Stereotypowo o Polakach mówi się, że bardzo łatwo popadają ze skrajności w skrajność, że między czarnym a białym nie ma żadnych odcieni. Odejście od kar cielesnych nie musi od razu oznaczać filozofii „róbta co chceta”, bo też nie o anarchię tu chodzi. Trzeba znaleźć odpowiednią równowagę między empatią, wsparciem a określaniem i egzekwowaniem zasad.
– Brak granic jest przerażający dla dzieci. One bardzo potrzebują sensownego dorosłego, takiego, który w różnych obszarach jest autorytetem i wyznacza granice, mówi, co jest dobre, a co złe, co można, a czego nie – wyjaśnia dr Śniegulska.
Podkreśla, że nacisk na indywidualizację sprawia, że dzieci często wychowują się w poczuciu wyjątkowości. – Z jednej strony super, ale z drugiej, jeśli ta wyjątkowość nie jest niczym poparta i ja nie mogę wskazać, w czym to dziecko jest naprawdę dobre, jeżeli nie uczę dziecka szacunku dla granic drugiego człowieka, to wychowuję dziecko, które staje się dzieckiem lękowym, które boi się przestrzeni zewnętrznej. (…) Może samo później dojść do wniosku: „no, jestem wspaniały, ale dlaczego, jakie mam na to dowody i kto pierwszy odkryje, że tak nie jest?”. Wtedy ja jako rodzic tak naprawdę nie rozumiem, co dzieje się wokół mnie i trudniej jest budować relacje, a brak relacji niestety skutkuje brakiem wsparcia – podkreśla.
MIT 4: Rodzice są zbyt łagodni, pozwalają na zbyt dużo
Ekspertki – opisując definicję „bezstresowego wychowania” – zastanawiały się, dla kogo ono ma być bardziej bezstresowe – dla dziecka czy dla rodzica. High-live sprawdza się do pewnego etapu i jest raczej domeną nastolatków, którzy starają się czerpać z życia jak najwięcej. Wiele zależy jednak od tego, co dzieje się wcześniej w jego domu i szkole. Jeśli rodzic sam jest „dorosłym dzieckiem” i wyznaje podobną filozofię, to i jego dziecko przejmie podobne nawyki. Jedni i drudzy będą mieli problem, gdy zaczną pojawiać się kryzysy – starszy nie będzie wiedział, jak reagować i jak pomóc, młodszy zaś nie będzie miał poczucia, że może na kogoś liczyć.
– Dzieci mają obecnie trudniej, podobnie jak rodzice, którzy muszą te dzieci wychowywać. Pytanie tylko, czy chcą wychowywać – zastanawia się dr Joanna Stepaniuk.
Zaczyna się w domu, ale potem wszystko przenosi się do szkoły. Dla wielu dorosłych jest to pewnego rodzaju zbawienie, bo mogą przekazać i częściowo oddać odpowiedzialność za wychowanie swojego dziecka instytucji. A kiedy dziecko sobie w tej instytucji nie radzi, zaczynają pojawiać się pretensje do nauczycieli czy wychowawców.
– Teraz rodzice potrafią przychodzić do szkoły i awanturować się, ale to wynika z tego, że zmienił się monopol na wiedzę – mówi ekspertka AWF.
– W prawidłowym systemie wiedzę czerpiemy od szkoły, ale dziś to się zmieniło na rzecz social mediów oraz innych „skrzywdzonych” rodziców, którzy często wzajemnie się nakręcają. Nakładają się na to inne codzienne problemy i potem obrywa się nauczycielom. Nie twierdzę, że nie ma sytuacji, gdy ktoś w szkole został oceniony niesprawiedliwie, ale problem agresji rodziców w stosunku do nauczycieli czy pracowników pedagogicznych jest duży. (…) Są szkoły, gdzie nauczyciele boją się zebrań w zależności od tego, co chcą przekazać i co może się wydarzyć. Z tego samego powodu nie chcą być wychowawcą klasy. Jeszcze 10, 20 czy 30 lat temu to było nie pomyślenia – opisuje.
To dobrze koreluje ze słowami ministry Barbary Nowackiej. 5 maja na antenie TVP Info szefowa resortu edukacji powiedziała, że „niektórzy rodzice są zmorą szkoły”, za co została bardzo mocno skrytykowana przez środowiska prawicowe. Dyskusja dotyczyła jednak nie całego systemu, a jedynie podziału nowego przedmiotu – edukacji zdrowotnej. Budzący największe obawy i kontrowersje moduł o edukacji seksualnej będzie fakultatywny. Dr Stepaniuk twierdzi, że taki opór społeczny może być efektem braku pedagogizacji w szkołach, bo „nikt nie uczy dorosłych bycia rodzicami”.
Opiekunowie nie są bardziej łagodni, ale gorzej radzą sobie w otaczającej ich rzeczywistości i nie są do niej przygotowani. Wiedzę czerpią ze źródeł, które nie muszą być wiarygodne, zrzucając niekiedy z siebie odpowiedzialność – czasem przenoszą ją na szkołę, czasem na technologie, które w ich ocenie mają im zapewnić poczucie bezpieczeństwa. – Są też tacy rodzice, którzy za szybko oczekują od dziecka, by stało się dorosłe – wyjaśnia.
MIT 5: Stres jest zawsze zły
Już w latach 70. XX wieku Hans Seyle wyodrębnił stres negatywny (dystres) oraz pozytywny lub neutralny (eustres). Ten pierwszy jest związany z trudnościami, jak np. utrata pracy czy bliskiej osoby, problemy finansowe albo choroba. Drugi zaś przynosi nam radosne doświadczenia, jak np. ślub. Wyróżnił też stres krótko- i długotrwały. Jeden jest motywujący, wzmaga w nas czujność i podnosi adrenalinę. Staje się jednak problemem, gdy ten stan się przeciąga – wówczas mogą pojawić się skutki uboczne, takie jak np. bezsenność, wypalenie zawodowe, a nawet depresja.
Dziecko potrzebuje przede wszystkim stresu adaptacyjnego, żeby nauczyć się radzić sobie w trudnych życiowych sytuacjach. Jeśli rodzice wykazują się nadopiekuńczością, ich pociecha nie ma szansy na zapoznanie się z takimi zjawiskami, co w późniejszym okresie może prowadzić do zaburzeń. Pozbawienia dziecka tego typu doświadczeń jest jednym z największych grzechów współczesnego rodzica.
– Stres jest potrzebny. Musimy uczyć się z nim żyć i musimy uczyć nasze dzieci, jak sobie z nim radzić i jak go przezwyciężać – tłumaczy dr Śniegulska. – Jeśli ja, rodzic, całe życie chronię dziecko, to ono być może nie doświadcza tego stresu, ale jednocześnie nie uczy się, że ma na coś wpływ i może sobie poradzić, wyjść z trudnej sytuacji – dodaje, odwołując się do własnego doświadczenia.
– Prowadzę grupy terapeutyczne. Obserwowanie dziecka, które na początku nie chce wejść do sali, bo nie chce się rozstawać z mamą, a które już po trzech spotkaniach wchodzi dumnie do sali i co pewien czas sprawdza tylko, czy mama widzi, jak ono sobie świetnie radzi, jest niesamowicie wynagradzające. To powinno być też sygnałem dla rodzica, że płacz nie jest niczym złym, napięcie i stres również, dopóki to nie jest przewlekłe i dopóki nie towarzyszy temu osamotnienie – kończy ekspertka.
Pozbawianie dziecka czynników stresogennych zaburza też relację między koniecznym wsparciem rodzicielskim a ochroną przed „całym złem tego świata”.
– Chronienie dziecka rozumiane jako wyręczanie go zaburza jego funkcjonowanie – zaznacza dr Stepaniuk. – Najpierw uczymy wiązać dziecko buty, ale jak ma już 14 lat to powinno to robić samo. A my czasem kupujemy dzieciom buty na rzepy i po problemie. Tylko co się dzieje później? Gubimy się w „miejskiej dżungli” i nie mamy nawigacji, a trzeba sobie poradzić, bo rodzice kiedyś odejdą. Wtedy pojawia się jeszcze większy stres, którego ktoś próbował to dziecko pozbawić. Moim zdaniem najbardziej zestresowani są ci rodzice, którzy próbują wychowywać dziecko bezstresowo – podsumowuje.
Stres trzeba oddemonizować, a nie udawać, że go nie ma i wmawiać dzieciom, że sensem życia jest unikanie czynników stresogennych. To niewykonalne. – Całkowita wolność od stresu to śmierć, gdyż jest on obecny w każdym ludzkim działaniu – mówił Seyle, który aż dziesięć razy był nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. Ani razu komisja nie doceniła jednak jego dokonań.
MIT 6: Rodzice muszą akceptować wszystkie emocje dziecka?
Z raportu opublikowanego w grudniu 2025 r. przez Narodowy Fundusz Zdrowia wynika, że w Polsce na depresję choruje 1,285 mln osób. Jeszcze więcej – blisko 2 mln – przyjmuje refundowane leki antydepresyjne. Nie omija ona najmłodszych. W ciągu dekady (2013–2023) liczba nastolatków korzystających z tych medykamentów wzrosła z 16 do 84 tys. Według Światowej Organizacji Zdrowia do 2030 r. depresja stanie się najbardziej powszechną chorobą na Ziemi.
Wpływ na to ma szybsze tempo życia, zmiany cywilizacyjne, cyfrowa izolacja czy przedłużający się stres. Lepsza jest też wykrywalność choroby.
Z emocjami nie ma więc żartów, bo życie – jak wykazały już ekspertki – jest dziś trudniejsze. Wychowując dziecko trzeba jednak nauczyć się odróżniać przeżywanie emocji od manifestowania.
– Na wyrażanie emocji w różny sposób zgody być nie powinno. Np. nie można w złości bić drugiego człowieka albo obrażać go. Nie można manifestować radości też tak, by przeszkadzać innym. Myślę, że z tym rodzice mają problem. Oni często nie wiedzą, gdzie jest ta granica, w której muszą reagować lub w której akceptacja nie oznacza zgody, tylko zrozumienie, dlaczego moje dziecko zachowuje się tak, a nie inaczej – tłumaczy psycholożka.
– Moim obowiązkiem, szczególnie wobec młodszego dziecka, jest nauczenie go samoregulacji, a po drugie wyrażania emocji w sposób akceptowalny społecznie. Trzeba też nauczać cierpliwości, hamowania impulsywności oraz odróżnienia tego, co jest potrzebą, a co jest pragnieniem – kończy.
MIT 7. Dzieci są dziś gorzej wychowane?
W kwestii wychowania w ostatnich latach wiele się zmieniło – odejście od kar cielesnych było dużym krokiem cywilizacyjnym, a położenie nacisku na podmiotowość dziecka przełożyło się na większe uznanie jego emocji oraz praw. Wymusiło to też zmianę roli dorosłego z „egzekutora” zasad na świadomego przewodnika.
– Rodzic powinien być punktem odniesienia, latarnią, która nie znika, kiedy dziecko przeżywa trudne emocje, ale też nie dominuje tego dziecka i nie oślepia go swoją jasnością. Jeśli zrezygnowaliśmy z kar cielesnych, to nie powinno być to utożsamiane z rezygnacją z tego przewodnictwa – mówi dr Śniegulska.
– Poczucie wolności jest piękne, tylko trzeba nauczyć się z nią żyć, a do tego potrzebny jest mądry dorosły, przewodnik – dodaje dr Stepaniuk, która podkreśla, że „obecnie dzieci wychowują się w zupełnie innych warunkach pod kątem wygody życia, ale pod kątem chaosu w tym życiu jest trudniej”.
Czy istnieje idealny model wychowawczy?
Najbliżej ideałowi jest styl autorytatywny, w którym rodzice są empatyczni i ciepli, ale jasno stawiają granice i potrafią egzekwować zasady. Tłumaczą dziecku, dlaczego nie może czegoś zrobić lub za co zostało skarcone. Ale nawet to nie zawsze „działa”.
– Każde dziecko i każda rodzina są inne. W różnych momentach i etapach rozwojowych potrzebują czegoś innego, ale zawsze potrzebują granic. Nastolatek będzie całkiem nieźle, jeżeli wcześniej nauczył się samodzielności, funkcjonował z rodzicami permisywnymi, bo on dopuszcza dziecko do decyzji i konsekwencji przy wsparciu dorosłego – wyjaśnia dr Śniegulska.
Podsumowanie
Odwołując się do „bezstresowego wychowania” idziemy na łatwiznę w opisywaniu określonych cech i zachowań nie tylko dzieci, ale i rodziców. Problemem nie jest jednak to, że drudzy pozwalają tym pierwszym na zbyt wiele, tylko na próbie odnalezienia się obu grup w świecie pełnym oczekiwań, napięć i sprzeczności. Kluczem jest uświadomienie sobie, że pomiędzy surowością a rezygnacją z granic jest przestrzeń zarówno na empatię, wsparcie, jak i na zasady, i dyscyplinę, które trzeba konsekwentnie egzekwować.
Dziecko nie potrzebuje tresury, nie potrzebuje też ochrony przed wszystkimi czynnikami stresogennymi – ono potrzebuje drogowskazu, odpowiedzialnego dorosłego, który w razie potrzeby służy radą. To nie zagwarantuje nam sukcesu – bo wpływ na socjalizację dziecka ma też szkoła i rówieśnicy – ale przynajmniej będziemy mogli powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, by przygotować to dziecko do samodzielności, radzenia sobie z trudnościami i wyczulenia na krzywdę innych. Poczucie wyjątkowości jest fajne, ale na dłuższą metę się nie sprawdza.