„Czy ja dobrze rozumiem, że Tusk kazał schować się mieszkańcom dwóch województw w piwnicach, bo Ruscy wysłali na Ukrainę jakieś drony, które wysyłają tam od 4,5 roku? Czy ten człowiek do końca zwariował?" – napisał w serwisie X Tomasz Sommer, redaktor naczelny konserwatywnego tygodnika „Najwyższy CZAS!". Jego wpis polubiono 5 tys. razy i wyświetlono 135 tys. razy. Udostępnił go m.in. poseł Grzegorz Braun, lider Konfederacji Korony Polskiej. „Też się o to pytam" – napisał Braun, dodając, że Donald Tusk „ewidentnie dąży do zaspokojenia najpilniejszej potrzeby Kijowa: eskalacji wojennej”.
To przykłady rozpowszechnianych w ostatnich dniach twierdzeń sugerujących, że ogłaszane na wschodzie kraju alarmy były nieuzasadnione. „Przez 4 lata nie robili żadnych ewakuacji. Teraz robią to na pokaz" – twierdzi np. konto opisane jako Bob Gedron. Sugeruje, że to „próba zastraszania społeczeństwa” i „pokazówka", bo do Polski nic nie wleciało.
„Po co te syreny alarmowe? Po co straszycie ludzi? U nas jest jakaś wojna?", „Drony spadły po ukraińskiej stronie, więc po co były te syreny?" – pytają inni użytkownicy X. Pojawiają się też głosy przeciwne. „Tak to powinno wyglądać. Alert. Syreny. Ostrzeżenia i polecenia szukania schronienia. W końcu coś zaczyna działać jak trzeba” – czytamy pod jednym z komunikatów wojska zamieszczonym na Facebooku.
630 syren, ewakuacja 120 budynków
Wszystkie te wpisy odnoszą się do ostatnich sygnałów alarmowych oraz alertów RCB związanych z rosyjskimi atakami powietrznymi na zachodnią Ukrainę. 13 września dwa rosyjskie drony uderzyły po ukraińskiej stronie w rejonie przejścia Dorohusk–Jahodyn. 17 września – jak przekazała armia – dron spadł lub został zestrzelony 3–4 km od granicy.
„UWAGA! UWAGA! UWAGA! Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce" – głosił alert RCB rozesłany 17 września do mieszkańców województw lubelskiego i podkarpackiego. Na terenie tych województw zawyły syreny, które służą ostrzeganiu ludności o zagrożeniu podobnie jak komunikaty ostrzegawcze.
W związku z alarmem ewakuowano część szkół, urzędów i innych instytucji. Jak informował wojewoda lubelski Krzysztof Komorski, uruchomiono 630 syren i zarządzono ewakuację 120 budynków. – To były szkoły, to były uniwersytety, większe miejsca pracy czy urzędy – mówił wojewoda, dodając, że procedury zadziałały zgodnie z planem. Jak relacjonowały media, niektóre szkoły wzywały rodziców do odbioru dzieci albo prowadziły je np. do piwnic. Pracownicy szkół relacjonowali, że wśród najmłodszych było „trochę paniki”.
Do tych sytuacji odnoszą się autorzy wpisów sugerujących, że alarmy były nieuzasadnione. Ma o tym świadczyć fakt, że ostatecznie nic nie wleciało do Polski.
Czy zagrożenie było realne?
Rzeczywiście, po zakończeniu działań Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało, że nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. Wcześniej podało, że w związku z rosyjskimi uderzeniami poderwano lotnictwo i postawiono w stan gotowości naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego.
„Działania te mają charakter prewencyjny i są ukierunkowane na zabezpieczenie przestrzeni powietrznej oraz jej ochronę, zwłaszcza w rejonach przyległych do zagrożonych obszarów" – wyjaśniało DORSZ.
To, że nic nie wleciało wtedy do Polski, nie oznacza, że nie istniało takie ryzyko. Rosyjskie drony i rakiety wcześniej wielokrotnie naruszały polską przestrzeń powietrzną – m.in. we wrześniu 2025 r., gdy odnotowano kilkanaście dronów, a część zestrzeliło lotnictwo NATO.
Na fakt, że 17 września ryzyko było realne, wskazują informacje podane przez wojsko.
Strona ukraińska przekazała nam informacje o zbliżającym się obiekcie do naszej granicy, który był obserwowany również przez nasze środki radiolokacyjne. Zbliżał się z dużą prędkością – tłumaczył działania wojska rzecznik prasowy DORSZ ppłk Jacek Goryszewski, dodając, że dron uderzył 3–4 km od polskiej granicy.
O tym, że ryzyko jest traktowane jako realne, świadczą różne działania podejmowane w ostatnim czasie. 13 września, podczas rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę, czasowo wstrzymano ruch na przejściach granicznych. Z przejścia Dorohusk ewakuowano podróżnych oraz funkcjonariuszy Straży Granicznej. W ubiegłym tygodniu wojsko wzmacniało infrastrukturę przejść. Przy kolejnym rosyjskim ataku – 17 września – lotniska w Lublinie i Rzeszowie czasowo wstrzymywały operacje „w związku z koniecznością zapewnienia swobody działania lotnictwa wojskowego”.
– Syreny odzywają się coraz częściej tam, przy wschodniej granicy. Są związane z realnym zagrożeniem, ponieważ ataki z użyciem dronów, rakiet balistycznych i innego typu pocisków są w tej chwili przeprowadzane z niespotykaną dotąd częstotliwością – tak tłumaczył alarmy w czwartek w Sejmie premier Donald Tusk.
Powołując się na służby polskie, państw NATO i ukraińskie, mówił, że „istnieje realne ryzyko, że na teren któregoś z państw NATO na wschodniej flance mogą wlatywać drony lub innego typu pociski". „Nastąpiła jedna zmiana, o bardzo negatywnym charakterze. Rosjanie wprowadzają na masową skalę nowy typ dronów – drony odrzutowe, poruszające się z bez porównania większą prędkością i działające na dużej wysokości” – dodał.
Werdykt: manipulacja. To, że rosyjski dron ostatecznie nie naruszył polskiej przestrzeni powietrznej, nie oznacza, że w chwili ogłaszania alarmu zagrożenia nie było. Według wojska radary obserwowały szybko zbliżający się do granicy obiekt, który ostatecznie spadł lub został strącony ok. 3–4 km od Polski. Wcześniejsze naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej pokazują, że takie ryzyko nie było hipotetyczne.
Czy rządzący straszą Polaków?
Osobną kwestią jest to, czy sposób ostrzegania ludności i zalecenie, by szukać bezpiecznego miejsca, były adekwatne do zagrożenia.
RCB, pytane przez nas o takie alerty, odpowiada, że są one uruchamiane na podstawie informacji Centrum Operacji Powietrznych – jednostki Sił Powietrznych zajmującej się całodobowym monitoringiem i ochroną polskiej przestrzeni powietrznej.
„Szczegółowa ocena sytuacji powietrznej, w tym parametrów lotu obiektów, ich trajektorii oraz potencjalnego zagrożenia dla polskiej przestrzeni powietrznej, należy do właściwych struktur wojskowych” – wyjaśnia RCB, dodając, że również zasięg terytorialny alertu wynika z takiej oceny i jest określany w odniesieniu do obszaru potencjalnego zagrożenia. „RCB nie dokonuje samodzielnej oceny tych parametrów” – zastrzega.
Na podstawie tych danych decyzję o uruchomieniu wysyłki alertu podejmuje dyrektor RCB.
„Po otrzymaniu Alertu RCB należy przede wszystkim stosować się do jego treści oraz do poleceń właściwych służb. Jeżeli komunikat zawiera zalecenie udania się w bezpieczne miejsce, należy niezwłocznie podjąć wskazane działanie ochronne i śledzić kolejne komunikaty służb oraz administracji” – dodaje Centrum.
Rządowy „Poradnik bezpieczeństwa”, który ma przygotować Polaków na sytuacje kryzysowe, wskazuje, że w przypadku ataku z powietrza po sygnale alarmowym należy udać się do miejsca schronienia.
– Jeżeli wyją syreny [...] to znaczy, że trzeba szukać miejsca schronienia. I to nie zawsze musi być schron. To jest piwnica, to jest oczywiście podziemny garaż albo to jest w naszym mieszkaniu miejsce, w którym na przykład nie ma okien – mówił wiceszef MON Cezary Tomczyk w Polskim Radiu. Więcej o tym, gdzie szukać schronienia, pisaliśmy tutaj.
Nie każdy rosyjski atak na terenie Ukrainy powoduje jednak uruchomienie syren czy wysłanie alertu RCB z zaleceniem poszukiwania schronienia. RCB wprowadziło trzy warianty komunikatów dotyczących zagrożenia z powietrza: niskiego, wysokiego i bezpośredniego. Ten ostatni zawiera polecenie znalezienia bezpiecznego miejsca.
Werdykt: brak. Tego, czy rządzący celowo „straszą” obywateli, nie da się rozstrzygnąć, bo twierdzenie to dotyczy intencji. Dostępne informacje nie wskazują jednak, aby ostrzeżenia były nieadekwatne do zagrożenia. Alert został uruchomiony na podstawie oceny sytuacji przekazanej RCB przez Centrum Operacji Powietrznych. Jednocześnie wojsko informowało, że obserwowało obiekt szybko zbliżający się do polskiej granicy. Zalecenie znalezienia bezpiecznego miejsca odpowiadało oficjalnym zasadom postępowania.