Bardzo proszę o niepowielanie nieprawdziwych informacji, bo tych informacji nieprawdziwych w przestrzeni publicznej pojawia się bardzo dużo – zaapelowała w czwartek wojewoda podkarpacka Teresa Kubas-Hul.
Podczas konferencji prasowej mówiła o reakcji służb na atak nożownika w opactwie sióstr benedyktynek w Jarosławiu i prosiła, by przy podawaniu informacji opierać się na oficjalnych danych. Wokół tego zdarzenia narósł chaos informacyjny, czego efektem były m.in. doniesienia o drugiej ofierze śmiertelnej, które zdementowała wojewoda. Z kolei burmistrz Jarosławia dementował pogłoskę, jakoby po mieście biegał ktoś z maczetą.
Przeanalizowaliśmy twierdzenia, które pojawiły się w mediach społecznościowych po ataku w Jarosławiu. Część odnosiła się do samych okoliczności zdarzenia, inne dotyczyły sprawcy i jego rzekomej motywacji. Sprawę wykorzystywano też, by sugerować, że Ukraińcy jako ogół stanowią zagrożenie. Sprawdziliśmy, co z tych twierdzeń się potwierdza, a co nie.
Co się wydarzyło w Jarosławiu
Do ataku doszło w czwartek 24 września na terenie Opactwa Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu na Podkarpaciu. Ok. godz. 9:30 31-letni obywatel Ukrainy – według prokuratury z nieustalonych przyczyn – ranił nożem pięć osób. Jedna z nich, ksiądz Stanisław Zbojnowicz, zmarła po przewiezieniu do szpitala. Dwie kolejne osoby były w stanie zagrażającym życiu, ale w piątek prokuratura poinformowała, że stan rannych jest stabilny.
Wobec mężczyzny zidentyfikowanego jako Ihor M. prokuratura wydała postanowienie o przedstawieniu zarzutów zabójstwa, usiłowania zabójstwa i spowodowania ciężkich obrażeń u pokrzywdzonych, za co maksymalną karą jest dożywotnie pozbawienie wolności. Zarzutów jednak mu nie przedstawiono.
Biegli psychiatrzy stwierdzili u Ihora M. ostre wielopostaciowe zaburzenia psychotyczne, które obecnie uniemożliwiają przeprowadzenie z jego udziałem czynności procesowych. Sąd zgodził się go aresztować na trzy miesiące w warunkach szpitalnych.
Czy Ukrainiec zabił dwóch księży?
Była to pierwsza fałszywa informacja masowo rozpowszechniona w tej sprawie. Jej źródłem była najprawdopodobniej Katedra Rzeszowska, która przekazała błędną wiadomość o śmierci drugiego z księży, ks. Marka Pieńkowskiego, za co następnie przeprosiła. „Przepraszamy za tę pomyłkę i za ból, który mogła ona wywołać” – napisali na Facebooku przedstawiciele Katedry Rzeszowskiej, tłumacząc pomyłkę chaosem informacyjnym i informując, że ks. Marek jest operowany.
„Nie żyje drugi ksiądz zaatakowany w Jarosławiu” – podała TV Republika, a za nią różne konta na platformie X. „Nie żyje drugi ksiądz zamordowany przez ukraińskiego nożownika [...] Ale nie zapominajcie, oni walczą za nas!” – pisało o Ukraińcach konto WolnaRadio.
„Z pierwszych stron gazet nie zniknęła jeszcze nawet sprawa ukraińskiego mordercy dwóch księży z Jarosławia” – pisał np. działacz Konfederacji Paweł Usiądek.
W sieci pojawiały się też inne twierdzenia błędnie przedstawiające liczbę ofiar.
„Karmili Ukraińców, dawali schronienie i pracę. 31-letni Ukrainiec w odpowiedzi zamordował księdza i chciał zabić czworo kolejnych duchownych” - napisał na X Bob Gedron, nawiązując do pomocy Kościoła dla uchodźców z Ukrainy. W innym wpisie przekonywał, że doszło do morderstwa księdza i próby zabicia pięciu duchownych. Sugerował więc sześciu pokrzywdzonych.
Jednak, jak podała prokurator Bożena Harasz-Wołoszyn, wśród poszkodowanych było czterech mężczyzn i jedna kobieta: trzy osoby duchowne i dwie świeckie.
Czy to był atak maczetą?
Kolejna grupa fałszywych twierdzeń na temat wydarzeń w Jarosławiu odnosi się do narzędzia wykorzystanego przez sprawcę.
„24 września 2026 roku na terenie Jarosławskiego Opactwa 31-letni obywatel Ukrainy zaatakował maczetą bezbronnych Polaków” – tak przedstawiła je w oficjalnym komunikacie Konfederacja Korony Polskiej, kierowana przez posła Grzegorza Brauna. „Ukrainiec maczetą zabił księdza i ranił kilka osób” – twierdziła też na X Warszawska Gazeta. Inna wersja tej historii mówiła o „długim nożu” albo nożu o długości 40 lub 80 cm. „80 centymetrów to nie nóż, tylko jakaś maczeta. To zaplanowane morderstwo” – napisało na X konto coolfonpl, łącząc rzekomą długość narzędzia z domniemaną motywacją sprawcy.
Prawdopodobnym źródłem tej historii są słowa mieszkanki Jarosławia, pani Urszuli.
– Mężczyzna wbiegł do kościoła i długą maczetą uderzył ks. Marka w tętnicę szyjną – opowiadała na nagraniu pokazanym przez serwis Nowiny24. Z jej słów wynikało jednak, że nie była świadkiem ataku, lecz pojawiła się w okolicy kościoła już po nim.
– Świadkowie mówili, że jatkę zrobił w kościele i księży dźgał takim dość długim nożem, w granicach 80 cm – powiedział Nowinom kolejny mieszkaniec, który również nie był naocznym świadkiem. Z kolei świadek, z którym rozmawiał Ekspres Jarosławski, ocenił, że długość noża wynosiła ok. 30 cm.
Wersję o maczecie zdementowała prokuratura.
– To był nóż, maczeta? – pytali dziennikarze prokurator Harasz-Wołoszyn. – Nie, to był nóż. To był nóż, który sprawca wziął z kuchni znajdującej się na terenie opactwa – odpowiedziała.
Doniesienia o użyciu maczety są więc fałszywe.
Dokładnej długości ostrza prokuratura nie podała. Z domniemanej długości narzędzia wyciągano jednak wniosek, że zabójstwo było zaplanowane, chociaż według prokuratury sprawca posłużył się nożem zabranym na miejscu, z klasztornej kuchni.
Czy zaatakowano księży w trakcie mszy?
Kolejna rozpowszechniona informacja mówiła, że do ataku doszło podczas mszy, a powielały ją konta związane z Konfederacją Korony Polskiej. „Ukrainiec zamordował kapłana podczas mszy świętej” – napisała na X Marta Czech, szefowa wrocławskich struktur Korony. „Ostrzegaliśmy i wciąż ostrzegamy przed Wołyniem 2.0” – dodała. „Ukrainiec z maczetą podczas Mszy zabił dwóch księży i ranił trzy osoby” – napisał z kolei na X Edgar Korona, łącząc w jednym wpisie kilka niepotwierdzonych doniesień.
Informacje o ataku w czasie mszy są więc fałszywe.
Miejscem zdarzenia były, według prokuratury, kościół oraz przylegające do niego kawiarenka benedyktyńska i jej zaplecze kuchenne. – Mężczyzna wszedł do pomieszczeń kuchni, tam doszło do pierwszych spotkań z osobami, które uczestniczyły w tym zdarzeniu, później zdarzenie przeniosło się na teren kościoła – mówiła prokurator Harasz-Wołoszyn.
Czy był to atak terrorystyczny?
Wydarzenia w Jarosławiu są w mediach społecznościowych przedstawiane jako „ukraiński atak terrorystyczny” albo „zamach terrorystyczny”. „Ukrainiec dokonał ataku terrorystycznego na Podkarpaciu” – twierdzi na X osoba przedstawiająca się jako Krengiel.
Czy coś groziło mieszkańcom Jarosławia?
Takie sugestie również były rozpowszechniane w mediach społecznościowych, a ich podstawą stał się artykuł Interii informujący, że szkoły w Jarosławiu otrzymały zalecenie, aby nie wypuszczać dzieci na zewnątrz. „Ale przecież mają już nożownika. Czy podejrzewają szerszy atak, ale nie chcą tego powiedzieć?” – pytał na X Paweł Usiądek z Konfederacji.
– Zasugerowaliśmy, że dobrym rozwiązaniem jest to, żeby te najmłodsze dzieci jednak odebrali rodzice i żeby poinformować rodziców. Chociażby z takiego prostego powodu, żeby dzieci się nie obawiały, gdyby doszła jakaś informacja, że coś złego się dzieje, bo wśród tych dezinformacji krążyła też taka wiadomość, że ktoś biega z maczetą po mieście – wyjaśnił.
Informacja o działaniach zapobiegawczych w szkołach była więc prawdziwa. Wynikały one jednak z ostrożności w pierwszych godzinach po ataku, a nie z informacji o kolejnym napastniku lub szerszym ataku. Sprawca był już zatrzymany, a pogłoska o osobie biegającej z maczetą po mieście okazała się nieprawdziwa.
Czy napastnik był ukraińskim weteranem?
Inna, niepotwierdzona dotąd informacja mówi, że napastnik z Jarosławia był weteranem wojny w Ukrainie. „Człowiek z doświadczeniem frontowym poczuł zew krwi po tym, jak zwrócono mu uwagę, że osoby postronne nie mogą przebywać na terenie klasztoru” – napisał na X Usiądek. „Tacy ludzie są zwyczajnie niebezpieczni, o czym niestety przekonali się nasi rodacy w Jarosławiu” – przekonywał. „Musimy z tej tragedii wyciągnąć wnioski. Polska nie może stać się miejscem otwartym dla weteranów wojennych z Ukrainy” – dodał.
Skąd pochodzą te twierdzenia?
Ich źródłem są doniesienia Radia Eska. „Jak ustalili reporterzy ESKI, mężczyzna miał wcześniej służyć w ukraińskiej armii i walczyć na froncie w Ukrainie. Miał posiadać ukraiński i niemiecki paszport, a także polski numer PESEL. W noc poprzedzającą atak przyjechał do Polski z Niemiec, a rano kierował się w stronę Ukrainy” – podało radio na podstawie nieoficjalnych informacji.
Prokuratura już w czwartek podała, że Ukrainiec przyjechał do Polski w nocy 23 września z Niemiec. Następnie udał się na przejście w Korczowej, gdzie chciał wjechać do swojego kraju. Nie udało mu się to z powodu braku aktualnego OC. Jak podała w piątek prokuratura, z Korczowej mężczyzna został przewieziony prywatnym autem do Jarosławia.
Czy to prawda, że mężczyzna był na wojnie?
– Takich informacji w tej chwili nie mamy potwierdzonych i w toku naszego śledztwa, w toku czynności, takie informacje jak dotychczas nie pojawiły się – przekazała prokurator Harasz-Wołoszyn. A czy to prawda, że miał podwójne obywatelstwo? – Nie posiadamy takich informacji – dodała. Obecnie nie ma więc potwierdzenia nieoficjalnych doniesień o wojskowej przeszłości Ukraińca.