Dlaczego polskie kobiety nie chcą rodzić dzieci? Politycy prawicy znają odpowiedź

Prawicowi „specjaliści” od lat objaśniają nam przyczyny zapaści polskiej demografii. Kilka dni temu poseł Mentzen przekonywał, że młodzi „nie piją alkoholu [...], nie socjalizują się, więc nie poznają nowych ludzi. A jak nie poznają nowych ludzi, to nie wchodzą w związki. A jak nie wchodzą w związki, to nie ma z tego dzieci”. Jakie jeszcze diagnozy serwowali nam konserwatywni znawcy tematu? Zweryfikujmy.

Dlaczego polskie kobiety nie chcą rodzić dzieci? Politycy prawicy znają odpowiedź
Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Andy Rain/EPA)

Jeszcze kilka lat temu politycy tzw. prawicy przekonywali, że to właśnie z powodu spożywania alkoholu rodzi się coraz mniej dzieci.

„Jeżeli się utrzyma taki stan, że do 25. roku życia dziewczęta, młode kobiety, piją tyle samo co ich rówieśnicy, to dzieci nie będzie. […] Ja nie jestem zwolennikiem bardzo wczesnego macierzyństwa, bo kobieta musi dojrzeć do tego, żeby być dobrą matką. Ale jak do 25. roku życia daje w szyję... no to – trochę żartuję, ale nie jest to dobry prognostyk w tych sprawach” – powiedział Jarosław Kaczyński w Ełku w 2022 roku.

To alkohol, a nie jego brak

Prezes PiS, jeszcze kilka lat wcześniej, w październiku 2014 roku, podczas spotkania z wyborcami przekonywał, że niska dzietność to efekt uboczny bogacenia się społeczeństwa i przejmowania wzorców z Europy Zachodniej. Ludzie mają rzekomo wybierać zagraniczne wycieczki, drogie samochody i konsumpcjonizm zamiast trudów rodzicielstwa. – Mamy w Polsce wielki problem demograficzny – grzmiał w Płocku. „Dzisiaj rodzi się dramatycznie mało dzieci. I to nie jest tylko kwestia biedy, bo najmniej dzieci rodzi się w najbogatszych miastach, takich jak Warszawa czy Poznań. To jest przede wszystkim kwestia pewnego modelu kulturowego, który do nas przyszedł z Zachodu. Modelu, w którym konsumpcja, wygodne życie, zagraniczne wycieczki i dobre samochody są ważniejsze niż rodzina i dzieci. Musimy ten model zmienić, musimy przywrócić modę na rodzinę, bo bez dzieci Polska nie ma przyszłości”.

To nie alkohol, to edukacja

Współczynnik dzietności wskazuje, że prezesowi tego modelu nie udało się jednak zmienić. Być może nie miał racji, a miała ją za to posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, która już dwa lata później, w kwietniu 2016 roku zrzuciła winę na programy edukacji seksualnej oraz antykoncepcję, które „celowo dążą do zniechęcenia Polek do macierzyństwa”. 
W licznych postach w serwisie X (dawniej Twitter) posłanka twierdziła, że edukacja, szczególnie ta WHO, „programuje młode kobiety na bezdzietność”, a to jej zdaniem prowadzi do niszczenia tradycyjnej rodziny i demografii. 
W przypadku posłanki warto przytoczyć jeszcze jej wcześniejsze słowa z 2023 roku dotyczące związków jednopłciowych. „Społeczeństwo nie może fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których to społeczeństwo nie ma żadnego pożytku [...]. Zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą” – mówiła w Sejmie podczas debaty o związkach partnerskich niezamężna i bezdzietna polityczka.

To nie edukacja, to kariera

Na edukację nie mógł winy zrzucić na pewno szef resortu edukacji Przemysław Czarnek. Zrzucił więc na karierę. 
„Jak się pierwsze dziecko rodzi w wieku 30 lat, to ile tych dzieci można urodzić? To są konsekwencje tłumaczenia kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez Pana Boga powołana” – grzmiał szef MEN w 2019 roku podczas konferencji naukowej w Lublinie. Rozwinął nawet swoją myśl, krytykując zachęcanie kobiet do niezależności finansowej i rozwoju zawodowego: 
„Co zrobić, żeby uderzyć w rodzinę? Trzeba uderzyć w kobietę. Trzeba powiedzieć jej: «nie musisz tego robić, jesteś taka sama jak chłop, idź i pracuj, zrób karierę w pierwszej kolejności, a później może dziecko». Prowadzi to do konsekwencji tragicznych. Pierwsze dziecko rodzi się nie w wieku 20-25 lat, tylko w wieku trzydziestu paru lat” – ocenił pisowski naukowiec.

To nie kariera, to feminizm

To nie kariera. To nowoczesny feminizm obrzydził kobietom rolę matki, przedstawiając ją jako formę opresji ze strony mężczyzn. Dziewczęta wolą więc być „niezależne”, co ma proste przełożenie na statystyki GUS –  wytłumaczenie stanu rzeczy kolejnego polityka prawicy, tym razem Dobromira Sośnierza (ówcześnie z Konfederacji). „To nie jest kwestia braku mieszkań czy rzekomego konfliktu z karierą zawodową, bo pracujące kobiety rodziły dzieci od pokoleń. Prawdziwym problemem jest to, że nowoczesny feminizm skutecznie obrzydził kobietom rolę matki. Przedstawia się macierzyństwo jako formę opresji ze strony mężczyzn, jako rodzaj niewolnictwa i rezygnacji z siebie. Młode dziewczęta karmi się propagandą, że muszą być przede wszystkim «niezależne» od mężczyzn i od rodziny. Wolą więc realizować się w pojedynkę, a to antyrodzinne zatrucie kulturowe ma później proste, brutalne przełożenie na statystyki GUS dotyczące dzietności” – mówił Sośnierz podczas debaty publicznej w 2020 roku.

To nie feminizm, to zwierzęta domowe

Tym razem przytoczymy słowa nie polityka, a duchownego, choć abp Marek Jędraszewski (blisko związany z linią polityczną prawicy) tyle razy wypowiadał się na tematy bieżącej polityki, że i jego wypowiedź warto przypomnieć. W grudniu 2021 roku, podczas pasterki na Wawelu, arcybiskup skrytykował modę na posiadanie – zamiast dzieci – psów i kotów.
„Dzisiaj w miejsce miłości otwartej na nowe życie próbuje się promować fałszywe substytuty. Przeżywamy kryzys, w którym wielkie, naturalne powołanie do macierzyństwa i ojcostwa jest marginalizowane, a ludzkie instynkty i uczucia rodzicielskie są nierzadko przelewane na stworzenia niższe od człowieka”.

To nie zwierzęta, to brak „męskich” mężczyzn

Jeszcze inną diagnozę postawił europoseł Patryk Jaki w lipcu 2023 r. Podczas wystąpień on  jego koledzy z Suwerennej Polski sugerowali, że współczesna kultura rzekomo „kastruje” mężczyzn z ich tradycyjnych cech. Efekt jest taki, że kobiety nie mają w kim wybierać i nie czują się bezpiecznie na tyle, by zakładać z nimi wielodzietne rodziny.
„Promuje się i produkuje zagubionych, zniewieściałych chłopców w rurkach, którzy nie są zdolni do podjęcia żadnej poważnej decyzji. Spójrzcie na demografię. Przecież to ma bezpośredni wpływ na to, dlaczego rodzi się tak mało dzieci. Kobiety mają naturalną, zakorzenioną biologiczną potrzebę poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. Chcą mieć u boku silnego faceta, na którym mogą się oprzeć, kiedy pojawia się dziecko. A dzisiaj, przez tę chorą inżynierię społeczną, kobiety po prostu nie mają w kim wybierać. Boją się zakładać rodziny z ludźmi, którzy sami zachowują się jak dzieci. Jeśli nie przywrócimy etosu prawdziwego, silnego mężczyzny, żadne programy socjalne nie uratują polskiej demografii” –  uzasadniał.

To nie brak „męskich” mężczyzn, to upadek modelu rodziny

W styczniu 2024 roku usłyszeliśmy od polityka z prawej strony kolejną diagnozę. Lider Konfederacji Korony Polskiej Grzegorz Braun przekonywał, że kryzys demograficzny to wina nowoczesnego modelu rodziny, w którym porzucono tradycyjny, patriarchalny podział obowiązków. „Eksplozja demograficzna w Polsce nie nastąpi od rzucania w ludzi kolejnymi setkami złotych z podatków. Prawdziwa przyczyna tkwi w zniszczeniu tradycyjnego podziału ról w małżeństwie. Współczesny świat na siłę próbuje zrównać rolę kobiety i mężczyzny, odciągając kobiety od ich naturalnego powołania do tworzenia domowego ogniska. Dopóki nie powrócimy do tradycyjnego, patriarchalnego ładu i szacunku dla tradycyjnej rodziny, Polki nie zaczną rodzić dzieci, bo nowoczesny model życia uczy je wyłącznie egoizmu” – stwierdził Braun.

To nie upadek modelu rodziny, to smartfony i Netflix

Już mieliśmy się zacząć zastanawiać nad sensem wypowiedzi Brauna, gdy pod koniec 2025 roku wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak wskazał na zupełnie innego winowajcę – technologię. „Młodzi ludzie, zamiast wychodzić do ludzi, randkować, rozmawiać w świecie realnym i zakładać rodziny, wolą spędzać samotne wieczory przed ekranami smartfonów, przeglądając TikToka albo oglądając seriale na Netfliksie. Przeniesienie życia towarzyskiego do sieci i uzależnienie od algorytmów zabija w młodym pokoleniu naturalną potrzebę budowania trwałych związków, z których przecież rodzą się dzieci”.

Wypowiedź Sławomira Mentzena z 21 maja, którą rozpoczęliśmy ten tekst, niewiele różni się od wypowiedzi Krzysztofa Bosaka. Prezes - nolens volens Nowej Nadziei – dołożył tylko do niej alkohol. Według polityka młodzi ludzie „mają bardzo mało dzieci, bardzo rzadko wchodzą w związki, […] nie piją alkoholu, nie chodzą do klubów, nie chodzą na imprezy, nie palą papierosów, bo nie socjalizują się, nie poznają nowych ludzi. A jak nie poznają nowych ludzi, to nie wchodzą w związki. A jak nie wchodzą w związki, to nie ma z tego dzieci”. To najnowsza diagnoza.

W Sprawdzamto.pl wybraliśmy tylko kilka najbarwniejszych wypowiedzi. W debacie publicznej politycy prawicy regularnie tłumaczą Polkom skąd niska dzietność w Polsce, winę zrzucając na wygodę, brak pieniędzy, ich nadmiar, brak mieszkania, za duże wygodnictwo, a także faworyzowanie kobiet w rozwodach, miłość do podróży i czas wolny – bo gdy mamy go zbyt dużo, wybieramy rzeczy przyjemne „rezygnując z trudów i obowiązków związanych z rodzicielstwem”.

Maks Paradys, bohater „Seksmisji” (obecnie w hibernacji), dołożyłby zapewne do tych powodów: trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz.

Przeczytaj też: Poseł Smoliński obraża i manipuluje. Przypominamy, jak PiS „walczył” o dzietność w Polsce

Źródła

  1. PiS.org.pl
  2. PAP
  3. TVP Info
  4. TVP.pl

Nasi autorzy