Ale i tak to przeciwnicy euro wydają się mieć rząd dusz Polaków, którzy są – i to coraz bardziej – przeciwnikami tej waluty. Także doświadczenia innych krajów wskazują na to, że skutki decyzji „przyjąć euro czy nie” nie są jednoznaczne.
Formalna brama do euro
Obecnie 21 z 27 krajów Unii Europejskiej używa wspólnej waluty. Przy rodzimej zostają jedynie Polska, Czechy, Węgry, Rumunia, Szwecja oraz Dania.
Przystąpienie do strefy euro to nie jest wyłącznie decyzja polityczna. Trzeba spełnienia tzw. kryteriów konwergencji z Maastricht. Obejmują one: stabilność cen, czyli konkretny i niski poziom inflacji; dobry stan finansów publicznych; poziom długoterminowych stóp procentowych oraz stabilność kursu walutowego w ramach tzw. mechanizmu ERM II.
Z dostępnych analiz instytucji europejskich wynika, że Polska w ostatnich latach nie spełniała wszystkich tych warunków jednocześnie. Oznacza to, że nawet przy politycznej decyzji o przyjęciu euro proces ten wymagałby kilku lat dostosowań.
Ekonomiczna logika wspólnej waluty
Zwolennicy przyjęcia euro odwołują się do argumentów, które dla przeciętnych obywateli wydają się być nieco z sufitu. Chodzi przede wszystkim o wyeliminowanie ryzyka kursowego oraz spadek kosztów transakcyjnych w handlu międzynarodowym.
W uproszczeniu: przedsiębiorstwa działające na rynku unijnym mogłyby korzystać z większej przewidywalności w związku z brakiem konieczności przewalutowania i uproszczonych rozliczeń. Co za tym idzie wspólna waluta to brak konieczności zabezpieczania się przed wahaniami kursu złotego, co dla eksporterów i importerów ma bezpośrednio znaczenie finansowe. Do zwykłego Kowalskiego taki argument niekoniecznie musi trafiać, bo jego ryzyko kursowe jest ponoszone maksymalnie kilka razy w roku: np. wtedy kiedy kupuje euro przed wyjazdem na narty zimą w Alpy albo na wakacje poza Polskę. Jeśli akurat wtedy euro jest drogie, to i tak rzadko odwoła urlop.
Część ekonomistów wskazuje również na potencjalnie niższe stopy procentowe i większą wiarygodność kredytową państwa po wejściu do strefy euro. Idą za tym m.in. większa stabilność finansowa i atrakcyjność inwestycyjna. A wiadomo, że w fabrykach budowanych za euro w Polsce pracują głównie Polacy.
Cena integracji
Po drugiej stronie debaty pojawia się fundamentalny argument o utracie niezależności monetarnej. Po wejściu do strefy euro decyzje o stopach procentowych podejmowałby Europejski Bank Centralny, a nie Narodowy Bank Polski. Oznacza to ograniczenie możliwości reagowania na specyficzne problemy gospodarki krajowej.
Najwyższa Izba Kontroli zwraca uwagę, że w przypadku tzw. szoków asymetrycznych, czyli gdy kryzys dotyka jednego kraju silniej niż inne, brak własnej waluty może utrudniać dostosowanie gospodarki. Podobne wnioski pojawiają się w innych analizach ekonomicznych, gdzie podkreśla się, że kurs walutowy i polityka pieniężna są dziś jednymi z kluczowych narzędzi stabilizacyjnych w przypadkach kryzysów gospodarczych. Dobrze pokazał to kryzys z 2010 roku, przez który Grecja o mało nie zbankrutowała, nie mając możliwości stosowania własnej polityki monetarnej, która pozwoliłaby np. na dodruk pieniądza.
Krytycy przyjmowania euro wskazują też na ryzyko niedopasowania polityki Europejskiego Banku Centralnego do potrzeb gospodarki rozwijającej się szybciej niż średnia strefy euro. A to mogłoby prowadzić do skoków inflacyjnych albo do spowolnienia wzrostu gospodarczego, a więc – generalnie – wpłynąć na standard życia obywateli.
Inflacja w Bułgarii zmalała
Kwestia cen pozostaje jednym z najbardziej wrażliwych elementów debaty publicznej. Doświadczenia państw, które niedawno przyjęły euro, pokazują obraz bardziej złożony, niż często przedstawiają go przeciwnicy wspólnej waluty.
Najświeższe dane dotyczą Bułgarii, która weszła do strefy euro 1 stycznia 2026 r. Z analiz Europejskiego Banku Centralnego wynika, że mimo silnych obaw społecznych wpływ zmiany waluty na inflację okazał się ograniczony, a ogólny trend cenowy pozostał spadkowy – inflacja obniżyła się z 3,5 proc. pod koniec 2025 r. do 2,1 proc. w lutym 2026 r. Jednocześnie odnotowano krótkotrwałe wzrosty cen w niektórych sektorach, zwłaszcza tam, gdzie była ograniczona konkurencja.
Trzeba też przypomnieć, że kraj ten już wcześniej powiązał rodzimego lewa bułgarskiego z euro, co ograniczało niezależność polityki pieniężnej jeszcze przed formalnym wejściem do strefy, ale też sprawiło, że szok po przyjęciu euro nie był aż tak duży.
Polacy sceptyczni coraz bardziej
Najnowsze dane sondażowe wskazują, że ekonomiczne argumenty nie przekładają się na poparcie społeczne. Z badania IBRiS z końca 2025 r. wynika, że ponad 60 proc. Polaków sprzeciwia się przyjęciu euro w najbliższych latach; chce tego jedynie około jedna trzecia badanych.
Trend spadkowy w popieraniu euro widoczny jest także wśród przedsiębiorców. Z wielu analiz przywoływanych przez media specjalizujące się w gospodarce tylko około jedna czwarta z nich opowiada się dziś za przyjęciem wspólnej waluty, a to stanowi najniższy poziom poparcia w historii badań (np. marcowe badania Grand Thornton czy Warsaw Enterprise Institute).
Warto jednak zwrócić uwagę, że poparcie dla euro z czasem się zmienia, także wśród krajów, które od lat używają tej waluty. Np. Włochy używają wspólnej waluty od początku, czyli od 1999 r. W 2016 r. odsetek entuzjastów euro wynosił tam 41 proc., teraz – jest to prawie dwa razy tyle.
Przyjmować czy nie?
Porównanie danych ekonomicznych i nastrojów społecznych pokazuje wyraźną rozbieżność. Argumenty o stabilności, inwestycjach i integracji gospodarczej mają solidne podstawy w analizach ekonomistów, jednak nie przekładają się na przekonanie ludzi do euro, którzy koncentruje się na bardziej bezpośrednich skutkach – obawach o wzrost cen, spadku dochodów i utratą kontroli nad rodzimą gospodarką.
Doświadczenia krajów takich jak Chorwacja, Słowacja i Bułgaria nie dostarczają jednoznacznej odpowiedzi. Wynikają z nich jednocześnie realne korzyści, jak i realne niepożądane koszty, które są odczuwalne społecznie.