Krzysztofa Piesiewicza osobiście poznałem wiosną 2019 r. Spotkaliśmy się w knajpce na warszawskim Żoliborzu. Właśnie kończyłem pisać swoją pierwszą książkę „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami”. Opisywałem w niej rosyjskie wątki w tzw. aferze podsłuchowej z 2014 r.
Falenta, kelnerzy i Rosjanie
W sumie w dwóch warszawskich restauracjach „Sowa i Przyjaciele” oraz „Amber Room” – na bezpośrednie zlecenie przedsiębiorcy Marka Falenty – dwaj kelnerzy, Łukasz N. oraz Konrad L., do czerwca 2014 r. nielegalnie nagrywali rozmowy prawie setki osób. Część z nich upublicznili za pośrednictwem mediów, głównie tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy”. Falenta pochodzi z Lubina, początkowo był związany z państwową firmą KGHM, potem wzbogacił się na handlu wierzytelnościami i m.in. węglem.
Późniejsze ustalenia dziennikarzy śledczych tylko potwierdziły udział Rosji w sprawie, m.in. poprzez powiązania współwłaścicieli „Sowy…”. Jednak polskie służby i prokuratura nigdy tego wątku nie wyjaśniły.
Jedynym, którego wymiar sprawiedliwości surowiej potraktował był Falenta – spędził w więzieniu 2,5 roku. Kary dla kelnerów były właściwie symboliczne: jeden dostał 10 miesięcy w zawieszeniu i grzywnę, a drugi miał tylko wpłacić 50 tys. zł na cel społeczny – poszedł bowiem na współpracę z prokuraturą i miał zwrócić pieniądze, które dostał za nielegalne podsłuchiwanie polityków.
Piesiewicz bał się zemsty
Nie pamiętam już jak długo przekonywałem Piesiewicza, by się ze mną spotkał. Zależało mi na tym, bo dziwiło mnie zachowanie prokuratorów przy aferze podsłuchowej. A najbardziej to, że nie chcieli zająć się wyjaśnieniem rosyjskich tropów. Śledczy nie dość, że je pomijali, to w dodatku jeden z nich – jak się okazało – wcześniej oskarżał Krzysztofa Piesiewicza. Chodziło o sprawę szantażowania Piesiewicza nagraniem, które miało potwierdzać, że zażywa narkotyki. W grudniu 2009 r. opublikował je „Super Express”.
Senator opowiedział mi wówczas historię, która mną wstrząsnęła.
Wynikało z niej, że to rosyjskie służby mogły się włączyć się do szantażu i innych działań, które miały go skompromitować i na zawsze wyeliminować z życia publicznego. Postanowiłem ją wtedy dodać do gotowego już tekstu książki, bo świadczyła o zastanawiającej i tajemniczej nieudolności polskiej policji i służb, które powinny przynajmniej spróbować wyjaśnić wątek możliwego zaangażowania Rosji w działania przeciwko Piesiewiczowi.
On sam nie chciał się wówczas wypowiadać pod nazwiskiem. Po ludzku obawiał się zemsty ze strony ścigającej go prokuratury, którą kierował już wówczas Zbigniew Ziobro z PiS. Chodziło jej tylko i wyłącznie o sprawę rzekomego zażywania narkotyków. Sprawa wciąż się nie skończyła. Widziałem na własne oczy jak Piesiewicz ją mocno przeżywa.
Wtedy uważałem, że ten wielki człowiek, obrońca opozycjonistów z czasów PRL, oskarżyciel posiłkowy w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki i współautor sukcesów kina Krzysztofa Kieślowskiego trochę przesadza z powściągliwością.
Z dzisiejszej perspektywy i wiedzy jaką mamy o działaniach prokuratury i rosyjskich wpływach w Polsce doskonale go rozumiem. Żałuję, że nie zdążyłem zrobić nic więcej, by pokazać, jakie wiele zła doświadczył i dlaczego prokuratura działała jak działała.
Lemomgrass i Rosjanie
Prokuratura nie odpuściła Piesiewiczowi do końca życia, podczas gdy rosyjski wątek w sprawie nawet nie został poważnie podjęty. Dlatego chcę o tym przypomnieć. Po kolei zatem.
W końcu szantażyści w listopadzie 2009 r. wpadli w ręce policji, która namierzyła również miejsca, gdzie były przechowywane płyty z nagraniami. Jednym z tych miejsc miała być warszawska restauracja Lemongrass, zlokalizowana niemal naprzeciwko ambasady USA przy Alejach Ujazdowskich. Doskonała lokalizacja – blisko wielu ambasad oraz siedziby Sejmu i Senatu.
W Lemongrasie zaczęli natomiast bywać polscy politycy i ludzie biznesu, w tym m.in. Marek Falenta. Pracował tam również jako kelner wspomniany Łukasz N., który znał się z Falentą, bo krótko pracował w jednej z jego firm. N. oprócz Falenty miał inne ciekawe znajomości – przyjaźnił się m.in. z synem jednego z ważnych menedżerów polskiego oddziału rosyjskiego potentata paliwowego Łukoil. To właśnie ludzie związani z tym koncernem oficjalnie założyli Lemongrass.
Wiele wskazuje na to, że ta restauracja posłużyła Rosjanom jako poligon doświadczalny przed uruchomieniem podsłuchowej operacji w restauracjach „Sowa i Przyjaciele” i w „Amber Room”.
Był dowód, nie ma dowodu
Wróćmy do sprawy Krzysztofa Piesiewicza. Według zeznań z złożonych w 2015 r. przez innego z kelnerów, który pomagał Łukaszowi N. w nielegalnych podsłuchach, miał on nie tylko wiedzieć, że płyta z nagranym Piesiewiczem znajduje się w „Lemongrass”, ale również poznać jej zawartość.
Dlatego właśnie w listopadzie 2009 r. policja chciała wejść do tej restauracji, by przejąć płytę z filmem. Jednak policjanci, którzy mieli to zrobić Lemongrass pominęli. Tłumaczenie jest przynajmniej zastanawiające.
„Przedstawiona przez nich wersja głosiła, że po prostu pomylili lokal i pojechali w inne miejsce. A gdy już do niego wrócili, po «kompropłycie» nie było śladu” – napisałem w „Obcym alfabetem”.
Miesiąc później nagranie opublikował „Super Express”. I to był początek końca publicznej kariery Krzysztofa Piesiewicza. Tak naprawdę dramatyczna, publiczna śmierć za życia.
Prokuratury wątek rosyjski jednak nie interesował. I to mimo, że na rosyjski trop wskazywał w zeznaniach jeden z szantażystów. Powiedział bowiem, że główny koordynator akcji rozważał sprzedanie nagrania Rosjanom.
Nie udało się też zidentyfikować kobiety, która podając się za dziennikarkę wyłudziła od Piesiewicza 200 tys. zł. w zamian za kolejną płytę z filmem i kartę pamięci z aparatu, którym dokonywano nagrań.
Zemsta za zemstą
Śledczy najbardziej chcieli doprowadzić do skazania Piesiewicza za narkotyki. Groziły nawet trzy lata więzienia; prokuratura domagała się sześciu miesięcy w zawieszeniu. Szantażystów prokurator potraktował tylko odrobinę surowiej - żądał 1,5 roku więzienia w zawieszeniu. Ostatecznie sąd w 2011 r. skazał ich na bezwzględne więzienie.
Prawomocny wyrok uniewinniający Piesiewicza zapadł dopiero w 2018 r., a więc po prawie dziewięciu latach od ujawnienia sprawy.
Ale i tak to nie był koniec sprawy. Prokuratura kierowana przez Ziobrę złożyła bowiem kasację do Sądu Najwyższego. Tego właśnie obawiał się Piesiewicz. Aż do śmierci musiał się liczyć z rozpoczęciem wszystkiego od nowa, bo Sąd Najwyższy w każdej chwili mógł uchylić wyrok. SN jednak nigdy nie znalazł czasu, by zająć się sprawą.
Gdy rozmawiałem z Krzysztofem Piesiewiczem wiosną 2019 r. powiedział w pewnym momencie, że gdyby jego sprawę prokuratura i służb potraktowały poważniej, niż zwykły, kryminalny szantaż i wyjaśniły do końca, prawdopodobnie nie doszłoby później do afery podsłuchowej. Być może tak by rzeczywiście było; nie można wykluczyć, ale i potwierdzić na 100 proc.
Faktem jest, że nie tylko główni bohaterowie, ale i sposób działania w przypadku historii Piesiewicza był podobny do tego, który zastosowano w aferze podsłuchowej. Czyli nagranie ważnego polityka związanego z władzą, w sytuacji dla niego niekorzystnej, a następnie opublikowanie tego w mediach. Faktem również jest, że motyw zemsty nie był abstrakcyjny.
Śledztwo w sprawie mamy Piesiewicza – ze względu na niewykrycie sprawców – prokuratura umorzyła w czerwcu 1990 r. Pod decyzją miała się podpisać, znana z dyspozycyjności wobec PRL-owskich władz i surowa wobec ówczesnych opozycjonistów, prokurator Wiesława Bardonowa. Choć po zażaleniu złożonym przez pełnomocników Piesiewicza śledztwo wznowiono, nie przyniosło ono żadnych efektów.
Krzysztof Piesiewicz zmarł 14 maja tego roku. Miał 80 lat. Został pochowany na Starych Powązkach 20 maja. Był współscenarzystą słynnych filmów Krzysztofa Kieślowskiego, m.in. „Bez końca”, „Krótki film o zabijaniu”, „Krótki film o miłości” , trylogia „Trzy kolory”: Niebieski, Biały, Czerwony.