Pod koniec września internet zaczyna żółknąć, a jego użytkownicy dzielą się na dwa obozy: tych, którzy „zostawiają liście”, oraz tych, którzy nie wyobrażają sobie ogrodu bez grabi. Spór jest na tyle poważny, że postanowiliśmy zweryfikować argumenty obu stron i sprawdzić, które z nich mają rzeczywiste oparcie w badaniach naukowych.
Na początek przyjrzeliśmy się argumentom zwolenników grabienia.
Z ich licznych wpisów wynika, że chodzi przede wszystkim o kondycję trawnika.
- Gruba, mokra warstwa liści blokuje dostęp światła i powietrza, sprzyjając m.in. pleśni śniegowej – jednej z chorób trawników.
- Kolejny argument: w liściach zimują patogeny i szkodniki.
- Trzeci, najważniejszy: mokre liście na chodnikach są śliskie, co grozi wypadkami.
- Dochodzi do tego argument społeczny – nikt nie chce być sąsiadem z „zaniedbanym” ogrodem.
Grabić!
To nie są argumenty bez pokrycia. Badania i zalecenia ogrodnicze potwierdzają, że gruba, zbita warstwa całych liści pozostawiona na trawniku przez zimę zwiększa ryzyko chorób grzybowych i może prowadzić do zamierania darni.
Opadłe liście bywają również miejscem zimowania patogenów roślinnych i szkodników. Przykładem jest parch jabłoni, którego sprawca może przetrwać zimę w porażonych liściach. Pozostawienie ich pod drzewami zwiększa ryzyko infekcji w kolejnym sezonie.
Dlatego usuwanie i odpowiednie przetwarzanie liści pochodzących z chorych roślin jest ważnym elementem profilaktyki sanitarnej w sadownictwie i ogrodnictwie. Jeśli jednak liście pochodzą ze zdrowych drzew, np. lipy, zagrożenie jest znacznie mniejsze, a biomasa może być bardzo pożyteczna. Traktowanie wszystkich opadłych liści jako „wylęgarni zarazy” to przesada.
Mokre, rozkładające się liście na asfaltowych lub betonowych chodnikach, ścieżkach rowerowych i schodach mogą stworzyć śliską warstwę o bardzo niskiej przyczepności. Stwarza to realne zagrożenie złamaniami i potłuczeniami dla pieszych oraz wypadkami dla rowerzystów czy motocyklistów. W polskim prawie (Art. 5 ust. 1 pkt 4 Ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach) właściciel lub zarządca nieruchomości ma prawny obowiązek uprzątnięcia błota, śniegu, lodu i innych zanieczyszczeń (w tym liści) z chodnika wzdłuż swojej posesji. Dotyczy to jednak tylko wymienionych części wspólnych, nie zaś własnego ogródka.
Ogród pełen liści bywa też przez sąsiadów oceniany jako „zaniedbany”. A to może prowadzić do konfliktów, szczególnie gdy wiatr rozwiewa liście z jednej posesji na drugą.
Badania wskazują, że presja społeczna i chęć dostosowania się do norm obowiązujących w okolicy wpływają na sposób utrzymywania ogrodów. Jednak wraz ze wzrostem świadomości ekologicznej „dzikie ogrody” stają się coraz bardziej akceptowane, a czasem wręcz modne. Także w miastach.
Miejskie zarządy zieleni coraz częściej różnicują sposób sprzątania terenów zielonych: usuwają liście z ciągów komunikacyjnych i reprezentacyjnych trawników, a pozostawiają je tam, gdzie mogą służyć przyrodzie.
Nie grabić!
Czas przyjrzeć się drugiej stronie sporu, czyli zwolennikom pozostawiania liści w ogrodzie. Najczęściej piszą oni o „naturalnej próchnicy”, „darmowym nawożeniu gleby”, ochronie fauny, zachowaniu bioróżnorodności, a nawet ochronie klimatu i ograniczaniu smogu. I oni mają racjonalne argumenty.
Liście to rzeczywiście darmowy i bogaty w składniki odżywcze nawóz. Nazywane jest czasem „złotem ogrodników”. Dlaczego? Drzewa pobierają korzeniami minerały z gleby, a część z nich trafia do liści. Gdy te opadają i się rozkładają, składniki takie jak azot, fosfor, potas, wapń czy magnez stopniowo wracają do ziemi.
Argument o ochronie fauny także ma swoje uzasadnienie.
Sterta liści to prawdziwy ekosystem przetrwania dla wielu pożytecznych stworzeń, także tych, które pomagają w walce ze szkodnikami, jak choćby jeże. W liściach zimują biedronki, złotooki, biegaczowate oraz pająki, które zjadają szkodliwe mszyce. Sterta liści pozwala też niektórym ptakom na znalezienie pożywienia, szczególnie podczas ostrej zimy. Opadłe liście działają trochę jak izolacja termiczna. Chronią m.in. system korzeniowy drzew czy krzewów przed gwałtownymi spadkami temperatur.
Osobnym argumentem przeciw szczególnie w dużych miastach, jest to, że czyszczenie z liści wymaga użycia spalinowych dmuchaw. Nie tylko generujących hałas, ale też powodujących unoszenie się w powietrzu szkodliwych pyłów PM2.5 i PM10. Przeciwnicy dodają, że pakowanie liści do plastikowych worków i wywożenie ich śmieciarkami generuje osobny ślad węglowy.
Wnioski
Widzimy więc, że sporu „grabić czy nie grabić” nie da się rozstrzygnąć jednym uniwersalnym zaleceniem. Obie strony prawdopodobnie za rok znów wyciągną swoje argumenty. I obie będą miały ku temu uzasadnione powody.
Wiele zależy bowiem od miejsca i priorytetów. Dla jednego najważniejsza będzie kondycja trawnika i opinia sąsiadów, dla drugiego ochrona bioróżnorodności i schronienie dla jeża.
W efekcie rację mają zarówno ci, którzy chwytają za grabie, jak i ci, którzy je odkładają. A chodzi przede wszystkim o to, by jesienne machanie grabiami nie skończyło się ostatecznie zgrabieniem dobrych stosunków z sąsiadem.
Przeczytajcie też: Kosmiczny parasol dla planety: plan, badanie czy fantazja? Sprawdzamy