Ostatnio opublikowane raporty, w tym najnowszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie pozostawiają wątpliwości, że wyłączając Ukrainę Polska stała się dla Rosji najważniejszym celem w Europie.
„Rosja znajduje się w stanie niewypowiedzianej wojny ze światem Zachodu, a rosyjski wywiad coraz częściej stosuje metody charakterystyczne dla wojsk specjalnych (rozpoznanie i dywersja). Swoje przedsięwzięcia realizuje on w sposób planowy i skoordynowany”.
Ten cytat z raportu ABW nie pozostawia złudzeń, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia.
W tych liczbach kryje się zarówno klasyczne szpiegostwo, rozumiane jako wykradanie tajemnic państwa polskiego przez agentów obcych służb, czyli w ostatnich latach rosyjskich i białoruskich, a także inspirowane przez nie akcje sabotażowe.
Szpiegostwo i akcje sabotażowe
Do tych pierwszych zaliczają się takie aktywności, jak Tomasza L., czyli członka niesławnej Komisji Likwidacyjnej WSI kierowanej przez Sławomira Cenckiewicza, za czasów rządów PiS w Warszawie ulokowanego w stołecznym Urzędzie Stanu Cywilnego, który m.in. wynosił dane osobowe Polaków potrzebne rosyjskim służbom do legalizowania agentów.
Akcje sabotażowe to z kolei dokonywane początkowo przez zrekrutowanych za pomocą internetu „jednorazowych agentów” podpalenia, z których najbardziej głośnym przykładem był pożar hali Marywilskiej w Warszawie w 2024 r.
Zawierają się w tym również inne, śmiertelnie groźne działania, takie jak próba wykolejenia pociągów pod Garwolinem w listopadzie ubiegłego roku czy ukrywanie ładunków zapalających w paczkach transportowanych drogą lotniczą z Litwy i Polski do Irlandii i Wielkiej Brytanii. W planach było przerzucanie ich także do Kanady i USA. W tych operacjach na szczęście nikt nie ucierpiał, ale ABW nie pozostawia złudzeń, że stało się tak niejako przypadkiem.
„Rosyjskie służby specjalne, eskalując swoje działania, akceptowały wystąpienie ofiar śmiertelnych” – podkreśla ABW.
Po ataku na polską kolej, wprowadzony został przez premiera trzeci, w czterostopniowej skali stopień alarmowy Charlie. Alert obowiązuje do końca maja na wszystkich liniach kolejowych i jest prawdopodobne, że zostanie przedłużony.
O skali sabotażu dobitnie mówi raport, który na początku roku opublikował słowacki think tank GLOBSEC we współpracy z holenderskim Międzynarodowym Centrum Zwalczania Terroryzmu (ICCT).
Dlaczego? Ze względu na wsparcie udzielane walczącej Ukrainie. To właśnie przez Polskę przebiegają kluczowe szlaki transportowe ze sprzętem wojskowym, który następnie trafia na front, a w drugą stronę do zakładów remontowych.
Choć od wysadzenia torów pod Garwolinem rosyjska aktywność sabotażowa jakby zmalała, to nie należy wyciągać na tej podstawie wniosku, że Rosja odpuściła tę wrogą aktywność.
Co to może oznaczać? ABW milczy o tym zagrożeniu, ale zachodnie służby mówią wprost – kolejnym krokiem może być zabijanie ludzi, szczególnie tych, którzy wspierają Ukrainę lub żyjących na emigracji rosyjskich dysydentów, którzy zaszli za skórę Kremlowi. Oprócz eliminacji wrogów chodzi o zastraszenie zachodnich społeczeństw i skłonienie ich do wycofania wsparcia dla Ukrainy.
Wojna w cyberprzestrzeni
Tym, co niepokoi polskie służby, jest również sytuacja w cyberprzestrzeni. Tam właśnie w dużej mierze toczy się niewypowiedziana Polsce przez Rosję wojna. Każdego dnia Rosja przeprowadza wiele ataków na systemy informatyczne w Polsce, przede wszystkim te, które związane są z infrastrukturą krytyczną, czyli sieci elektryczne, wodociągi czy szpitale. Rosjanom, a precyzyjniej rosyjskim służbom, które za tymi atakami stoją, chodzi o odcięcie jak największej liczby mieszkańców Polski od wody, prądu czy ogrzewania. Cel jest jasny – zasianie strachu, chaosu, podkopanie zaufania do władz i służb.
Najpoważniejszy atak został przeprowadzony pod koniec grudnia 2025 r. i miał na celu wyłączenie prądu w całej Polsce. I to w okresie świątecznym.
– Byliśmy blisko blackoutu – przyznał minister Gawkowski.
Do tego dochodzą jeszcze ataki typu ransomware na firmy czy organizacje, polegające na zablokowaniu dostępu do kluczowych danych. Za ich odblokowanie działający z terenu Rosji i Białorusi przestępcy żądają okupów, którymi mają dzielić się z tamtejszymi służbami. Celem jednego z ataków w 2024 r. była nawet Polska Agencja Antydopingowa, czyli organizacja odpowiedzialna za prowadzenie kontroli antydopingowej w sporcie zawodowym.
Jak informuje ABW, hakerzy wykradli i opublikowali w sieci dane osobowe, numery telefonów, adresy mailowe, a także dokumenty medyczne oraz wyniki kontroli antydopingowych polskich sportowców. Za wszystkim miała stać grupa przestępcza ze wschodu.
Dezinformacja i polaryzacja
Trzecim elementem tej trudno dostrzegalnej wojny jest sianie dezinformacji, czyli publikowanie, głównie na platformach społecznościowych, przekazów o charakterze manipulacyjnym, czy wręcz kłamliwym. Mają one zmienić nasze postrzeganie rzeczywistości na korzystny dla Rosji, czyli przede wszystkim zniszczyć w nas przekonanie o tym, że demokracja w zachodnim wydaniu wraz ze swymi wartościami jest najlepszym systemem organizacji państwa i społeczeństwa, w którym chcemy żyć.
Realizacja tej strategii odbywa się przez podkopywanie zaufania do instytucji, zarówno krajowych, jak i sojuszniczych (UE, NATO), tworzenie wrażenia, że nie służą one społeczeństwu, a wręcz przeciwnie, działają na szkodę ludzi.
To Rosja nakręca narracje o rzekomym rychłym upadku Unii Europejskiej, która odcięła się od wartości i jest zdemoralizowana, oraz o opresyjnym NATO, które rzekomo zagraża pokojowej Rosji, a w dodatku „kolonizuje” swych członków.
Więcej o rosyjskiej dezinformacji mówi dedykowany jej raport kierowanej przez gen. Jarosława Stróżyka rządowej komisji badającej rosyjskie wpływy w Polsce. Podkreśla on jeszcze jeden, niezwykle groźny skutek oddziaływania rosyjskiej dezinformacji, czyli pogłębianie polaryzacji społecznej, która prowadzi do rozpadu społeczeństwa na dwa skłócone, wrogie sobie obozy.
Takie społeczeństwo, żyjące na skraju wojny domowej, nie jest w stanie podejmować trudnych decyzji, które wymagają zgody przynajmniej w sprawach elementarnych, takich choćby jak wdrożenie środków przeciwdziałających rozlewaniu się dezinformacji.
Niewielkim pocieszeniem jest, że społeczeństwo polskie dostrzega destrukcyjne oddziaływanie polaryzacji, o czym świadczy badanie CBOS z końca marca tego roku. To właśnie polaryzację respondenci wskazali najczęściej jako największe zagrożenie dla stabilności Polski w perspektywie najbliższych lat. Tyle tylko, że to polaryzacja jest tym polem, gdzie politycy czują się najlepiej, bo kryją się za nią silne, a więc łatwe do kontrolowania emocje, na których można budować poparcie.
W perspektywie krótkookresowej Rosja poprzez kampanie dezinformacyjne zamierza przede wszystkim zniszczyć w nas przekonanie o konieczności wspierania walczącej Ukrainy, a w efekcie doprowadzić do wstrzymania dla niej wojskowej i finansowej pomocy.
Temu służyć mają narracje przekonywujące, że Ukraina jest upadłym państwem, Ukraińcy nie są narodem, a ich obecność w Polsce jako uchodźców jest zagrożeniem dla stabilności państwa.
Działania Rosji odnoszą skutek
Niestety, strategia ta działa i przynosi wymierne efekty. Przejęcie władzy w USA przez proputinowskiego Donalda Trumpa spowodowało to, że pod jego rządami Stany Zjednoczone zaniechały pomocy militarnej. Wyprodukowana za oceanem broń co prawda nadal trafia na front, ale tylko dzięki temu, że jest kupowana za europejskie pieniądze.
W Polsce antyukraińska kampania dezinformacyjna doprowadziła do stałego i wyraźnego spadku sympatii wobec Ukraińców.
Paradoks jest tym większy, że – jak pokazują różne dane – Ukraińcy z wypracowanych w Polsce podatków więcej wpłacają do budżetu naszego państwa, niż z niego otrzymują w formie różnych świadczeń. Mimo to polski rząd zdecydował się odebrać je niepracującym Ukraińcom, co uderzyło w chorych i niepełnosprawnych, którzy zostali pozbawieni zasiłków i leków.
To również efekt kampanii dezinformacyjnych wymierzonych w Ukraińców, które powielane i wzmacniane są przez polityków polskiej, skrajnej prawicy. Ostatnio jeden z nich stwierdził na przykład, że Polska wydaje na osadzonych w poprawczakach Ukraińców 1,2 mld zł. Tylko chęcią podgrzania nastrojów antyukraińskich można wytłumaczyć to, że podał liczbę tysiąckrotnie wyższą od prawdziwej (1,2 mln zł.).
Polska scena polityczna coraz bardziej prorosyjska
Dzięki eksploatowaniu tematu uchodźców wojennych i wykorzystywaniu go jako broni w wojnie informacyjnej, nasza scena polityczna z roku na rok staje się również coraz bardziej prorosyjska.
Po raz pierwszy z taką mocą dowiodły tego wybory prezydenckie w 2025 r., gdy aż pięciu z 13 kandydatów głosiło poglądy zgodne z rosyjskimi narracjami, w tym wrogie Ukrainie. Znacznie więcej było tych „prorusów”, którzy stanęli do wyścigu wyborczego, ale nie zebrali na listach wystarczającej liczby podpisów, by zarejestrować swoje kandydatury.
Ostatnio głośno zrobiło się o jednej z nich, powstałej w ubiegłym roku i odwołującej się do dziedzictwa niegdyś popularnej partii chłopskiej (ze zrozumiałych powodów nie podaję jej nazwy). Ten nowy polityczny byt postanowił się właśnie wypromować wygenerowanym przez sztuczną inteligencję spotem z udziałem nieżyjącego lidera „poprzedniczki”, co oczywiście natychmiast zostało zauważone, więc efekt w jakimś stopniu został osiągnięty.
Poza wątpliwym etycznie pomysłem partia ta jest właśnie otwarcie prorosyjska, o czym świadczy m.in. to, że jej lider nie tylko wspiera rosyjską dezinformację na temat wojny w Ukrainie, ale bierze udział w uroczystościach organizowanych przez ambasadę Rosji w Warszawie. Ostatnio był jej gościem na przyjęciu z okazji Dnia Zwycięstwa.
Takich partii i ugrupowań jest znacznie więcej, bo za głoszenie prorosyjskich poglądów nic nie grozi.
Co prawda w 2024 r. została sądownie zdelegalizowana partia Kamratów, ale nie za prorosyjskość, ani nie za nienawistne hasła, które głosiła, tylko z powodów formalnych, dotyczących sprawozdania finansowego. To tylko jeden z wielu przykładów niemocy instytucji państwa w przeciwdziałaniu rosyjskim wpływom w sferze politycznej, gdzie w imię wolności słowa propagowane są idee otwarcie sprzeczne z polską racją stanu.
Ale czy tylko państwo ponosi za to odpowiedzialność? Oczywiście, nie. Za ten stan rzeczy odpowiadamy wszyscy, szczególnie ci, którzy tolerują poglądy zgodne z linią Kremla.
Nie tylko martwe są przepisy dotyczące delegalizacji, słabo radzimy sobie z wymierzaniem sprawiedliwości tym, którzy pod politycznym parasolem działają na rzecz Rosji. Sztandarowym przykładem jest postać Mateusza Piskorskiego, jednego z liderów nieistniejącej już partii Zmiana, ostatnio występującego u boku Grzegorza Brauna. ABW zatrzymało go w 2016 r. a prokuratura oskarżyła o szpiegostwo na rzecz Rosji. Piskorski przesiedział prawie trzy lata w areszcie, a jego rozpoczęty w 2019 r. proces do tej pory się nie zakończył. Dziś Mateusz Piskorski szykuje się do startu w wyborach parlamentarnych z list Konfederacji Korony Polskiej Brauna.
To zresztą kolejny z przykładów na rosnącą siłę prorosyjskiej agendy w polskiej polityce. Można nawet powiedzieć, że sztandarowy, gdyż w kolejnych sondażach KKP zyskuje poparcie powyżej progu wyborczego.
Brak skutecznej reakcji na opisane wyżej zjawiska – poza cyberatakami i sabotażem – w postaci sprawnych działań służb i wymiaru sprawiedliwości sprawia, że opinia publiczna obojętnieje na rosyjskie zagrożenie. Temat rosyjskich wpływów powoli staje się kolejnym rekwizytem w walce politycznej, którego nie traktuje się poważnie.
Zondacrypto – jedna z największych afer z Rosją w tle po 1989 roku
Giełda kryptowalut, za którą stał kapitał rosyjskiej mafii sterowanej przez służby Kremla, nie tylko naraziła ludzi na liczone nawet w miliardach straty, ale była również wehikułem, dzięki któremu Rosja mogła oddziaływać na prawą część polskiej sceny politycznej. I to w sposób najbardziej bezczelny, bo poprzez milionowe transfery pieniędzy, wykorzystywanych do promocji radykalnej, wywrotowej agendy niezgodnej z interesem Polski.
Dodajmy, że proceder trwał co najmniej od 2018 r., czyli od ośmiu lat. Co więcej, były w nim zaangażowane osoby znane z uwikłania w aferę podsłuchową z 2014 r., w której Rosja również maczała palce. Mimo to sprawa stała się paląca dopiero wtedy, gdy szwindel wyszedł na jaw, bo klienci Zondacrypto nie mogli odzyskać swoich pieniędzy.
Mimo to w sprawie nikogo nie zatrzymano, bezpośredni sprawcy uciekli za granicę, a ich polityczni protektorzy odwracają kota ogonem wskazując na odpowiedzialność rządu, który dwukrotnie chciał wprowadzić kontrolę nad giełdą. Efekt jest taki, że – jak pokazuje sondaż zamówiony przez Radio RMF FM – Polacy niemal po równo rozkładają odpowiedzialność za tę aferę pomiędzy prezydenta, który wetował wspomniane ustawy i rząd, który próbował je wdrożyć.
Gorsze jest jednak coś innego. Z tego samego sondażu wynika, że ponad połowa ankietowanych albo nie słyszała o aferze, albo nie jest w stanie określić, kto za nią odpowiada. To komunikacyjna katastrofa rządu, który nawet w tak oczywistej sprawie nie potrafił przekazać opinii publicznej, o co w niej chodzi.
Powiedzieć, że to śmiertelnie niebezpieczne, to nic nie powiedzieć.
Doszliśmy do momentu w naszej historii, w którym zaufanie do instytucji państwa i mediów nie dość, że niskie, to uzależnione jest od poparcia dla jednej czy drugiej opcji politycznej. Kto zmobilizuje społeczeństwo, gdy np. wywiad zdobędzie informację, że Rosja szykuje atak na Polskę? Jaka część z nas zignoruje ostrzeżenia, nie podporządkuje się zaleceniom służb, bo będą „tuskowe”?
Wreszcie – co się stanie, jeśli prezydent skonfliktowany z premierem nie zechce powołać naczelnego dowódcy, bo kandydatura przedstawiona przez szefa rządu mu się nie spodoba, tak jak nie podobali mu się funkcjonariusze polskich służb, którym odmawiał mianowania na pierwszy stopień oficerski, albo kandydaci na generałów, którym odmówił awansów?
Warto zadać sobie te pytania i znaleźć na nie adekwatną odpowiedź, zanim pozostanie nam liczyć na kolejny „cud nad Wisłą”.
Grzegorz Rzeczkowski – publicysta, wykładowca akademicki, ekspert zajmujący się zagadnieniami dezinformacji i rosyjskich wpływów. Dyrektor Centrum Badań nad Dezinformacją Uniwersytetu Civitas, współkoordynator projektu SAUFEX, powołanego w ramach unijnego programu przeciwdziałania dezinformacji, członek rady odporności na dezinformację międzynarodową przy MSZ. Autor czterech książek, ostatnia „Szpiedzy Putina. Jak ludzie Kremla opanowują Polskę” ukazała się w 2024 r. nakładem wydawnictwa WAB.