21 października 2026 r. duzi wydawcy rozpoczęli akcję „Nie podnoście Polakom cen książek”, ostrzegając przed skutkami planowanych regulacji. Dwa dni później rzecznik Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotr Jędrzejowski zarzucił im prowadzenie kampanii dezinformacyjnej.
Zdaniem resortu to sami wydawcy ustalają ceny okładkowe i często celowo je zawyżają, by następnie oferować atrakcyjnie wyglądające promocje. Ministerstwo przekonuje, że nowe przepisy mają doprowadzić do urealnienia cen, a nie do podwyżek.
Kto ma rację? Żeby to zrozumieć, warto najpierw sprawdzić, jak działa polski rynek książki.
Kto komu ile i dlaczego tyle?
Idziesz do księgarni po nową książkę. Na okładce widnieje cena 50 zł, ale dzięki promocji z 30-procentowym rabatem płacisz tylko 35 zł. W tej kwocie mieści się około 1,67 zł podatku VAT. Ile z pozostałych pieniędzy trafia do księgarni, wydawcy i autora?
Załóżmy, że księgarnia kupiła książkę od hurtownika z rabatem wynoszącym 38 proc. ceny okładkowej, czyli za 31 zł. Sprzedając ją za 35 zł, uzyskała 4 zł różnicy brutto (około 3,81 zł netto). To jeszcze nie zysk. Z tej kwoty musi pokryć czynsz, pensje pracowników, rachunki i inne koszty działalności.
Hurtownik wcześniej kupił tę samą książkę od wydawcy za 25 zł, korzystając z 50-procentowego rabatu. Sprzedał ją księgarni za 31 zł, uzyskując 6 zł różnicy brutto. Z tych pieniędzy musi sfinansować m.in. magazynowanie, transport i obsługę zamówień.
A wydawca? Za książkę o cenie okładkowej 50 zł otrzymał 25 zł brutto, czyli około 23,81 zł netto. Musi z tej kwoty pokryć koszty redakcji, korekty, składu, druku, promocji i magazynowania, a także wynagrodzenie autora. W przypadku literatury zagranicznej dochodzą koszty przekładu i praw do wydania oryginału. Większość tych wydatków poniósł jeszcze przed sprzedażą pierwszego egzemplarza.
Na końcu tego łańcucha znajduje się autor. Jeśli jego umowa przewiduje tantiemy w wysokości 5 proc. ceny okładkowej brutto, za sprzedany egzemplarz otrzyma 2,50 zł.
Ministerstwo chce pomóc małym księgarniom
Na obecnym systemie tracą przede wszystkim małe księgarnie, które mają wyższe koszty działalności i słabszą pozycję negocjacyjną niż duże sieci. Często nie mogą konkurować z internetowymi promocjami. W efekcie czytelnik odwiedza lokalną księgarnię, ogląda książkę, a potem kupuje ją taniej w internecie.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego chce zmienić tę sytuację, wprowadzając nowe zasady sprzedaży książek. Choć o reformie mówi się od kilku lat, jej pełny projekt wciąż nie został opublikowany. Według informacji PAP z 23 października 2026 r. znajdował się w Zespole do spraw Programowania Prac Rządu. Nie znamy więc wszystkich szczegółów, w tym wyjątków, sankcji i zasad dotyczących abonamentów cyfrowych, takich jak Legimi czy Audioteka. Resort przedstawił jednak główne założenia reformy.
Nie wszyscy wierzą w skuteczność reformy
Propozycje ministerstwa budzą sprzeciw części branży wydawniczej, w tym takich firm jak Znak, Rebis, Helion czy Muza. Zastrzeżenia zgłasza również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK).
W opinii z maja 2026 r. urząd ostrzegł, że ograniczenie rabatów może doprowadzić do wzrostu cen książek i spadku czytelnictwa. Nowe przepisy mogą także osłabić konkurencję, nie gwarantując przy tym poprawy sytuacji małych księgarń. UOKiK obawia się również, że mniejsze wydawnictwa ograniczą liczbę publikowanych tytułów.
Zdaniem urzędu istnieją inne sposoby wspierania czytelnictwa, między innymi poprzez biblioteki i lokalne instytucje kultury.
Front dogadanych wydawców
Porozumienie Wydawców Książek wydało komunikat w bardzo alarmistycznym tonie, wskazując na problemy, które ich zdaniem może wygenerować sugerowane rozwiązanie.
Porozumienie kwestionuje również wiarygodność symulacji ekonomicznych uzasadniających reformę, wskazując na niekompletne dane o rynku.
Czy wydawcy rzeczywiście dezinformują?
W ramach kampanii „Nie podnoście Polakom cen książek” wydawcy ostrzegają, że ograniczenie rabatów na nowości doprowadzi do podwyżek, spadku sprzedaży i osłabienia czytelnictwa.
Kampania przedstawia jednak jednostronny scenariusz, choć trudno uznać ostrzeżenia wydawców za oczywiste kłamstwo. Podwyżka ceny książki z hipotetycznych 35 do 50 zł rzeczywiście nastąpi, jeśli wydawca nie obniży ceny okładkowej. Protestujący pomijają jednak taką możliwość, choć to właśnie oni decydują o wysokości tej ceny.
Zarzuty wobec kampanii formułowały również Agata Diduszko-Zyglewska, przewodnicząca Zespołu ds. pola literackiego przy MKiDN, oraz Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Unii Literackiej. Pierwsza określiła działania wydawców jako manipulację, druga zarzuciła im posługiwanie się uproszczeniami i nieprawdziwymi hasłami.
Z kolei Polska Izba Książki 23 października zaapelowała do protestujących wydawców o rzeczową dyskusję. Nie uznała jednak ich kampanii za jednoznaczną dezinformację.
Czy książki rzeczywiście zdrożeją? Co mówią badania?
Ministerstwo Kultury zapewnia, że nowe przepisy doprowadzą do urealnienia cen książek, a nie do podwyżek. Problem w tym, że resort przedstawia prognozę niemal jak przesądzony fakt. Tymczasem badania nad skutkami wprowadzenia jednolitej ceny książki nie przynoszą jednoznacznych wniosków.
Rhys Williams przeanalizował dane z 28 państw europejskich z lat 2008–2019. W krajach stosujących takie regulacje szacowany wskaźnik sprzedaży książek był o 16,1 proc. wyższy, a różnice w średnich cenach nie były statystycznie istotne.
Z kolei Christos Genakos i współautorzy wykazali, że po ograniczeniu rabatów we Włoszech ceny książek wzrosły średnio o 1,4 proc., ale jednocześnie zwiększyła się różnorodność kupowanych tytułów. Niemieccy ekonomiści Budzinski, Stöhr i Schmid zakwestionowali natomiast skuteczność jednolitej ceny w ochronie księgarń i poszerzaniu oferty.
A co z Polską? Symulacja prof. Michała Bernardellego wskazuje, że utrzymanie dotychczasowych cen byłoby możliwe, gdyby wydawcy obniżyli ceny okładkowe i renegocjowali rabaty z dystrybutorami.
Żadne z tych badań nie pozwala jednak przesądzić, jakie będą skutki reformy w Polsce. Zagraniczne analizy dotyczą innych rynków i regulacji, a polska symulacja opiera się na danych obejmujących około 40 proc. rynku detalicznego. Nie pokazuje więc rzeczywistych skutków wprowadzenia nowych przepisów, lecz jeden z możliwych scenariuszy.
Ograniczenia, trudności i niedoinformowanie
Resort zarzuca wydawcom prowadzącym kampanię informacyjną wprowadzanie odbiorców w błąd w sprawie regulacji. Problem jest jednak taki, że zarówno wydawcy, jak i opinia publiczna nie dostali w swe ręce pełnego, aktualnego projektu ustawy. Nie znamy jeszcze wszystkich wyjątków od ograniczenia promocji. Twierdzenie, że nowości czytelnicze nie będą dostępne w platformach cyfrowych, na obecnych warunkach przez co najmniej rok, wynikało z opisów wcześniejszej wersji projektu.
Wniosek: Bez aktualnego tekstu ustawy opinia publiczna, ale też rynek wydawniczy, oceniając skutki regulacji, działają niemal po omacku, opierając się na doniesieniach prasowych i nieprecyzyjnych komunikatach resortu. Precyzyjnych treści jeszcze nie opublikowano, co osłabia zarzut dezinformacji.