„Danie każdemu możliwości zabrania głosu, wzmacnia pozycję tych, którzy nie mają władzy, i z czasem czyni społeczeństwo lepszym” – powiedział Mark Zuckerberg przemawiając na Uniwersytecie Georgetown 17 października 2019 r.
Wolność słowa i przeciwdziałanie dezinformacji
W przemówieniu zatytułowanym Standing for Voice and Free Expression Zuckerberg przedstawiał Facebooka jako narzędzie demokratyzacji debaty publicznej. Argumentował, że ułatwienie dostępu do publicznego wyrażania swoich poglądów to droga do powszechnego postępu. Ostrzegał przed ograniczaniem wypowiedzi przez prywatne platformy.
Nie opowiadał się za absolutną swobodą publikowania wszystkiego. Uznawał potrzebę usuwania treści stwarzających rzeczywiste zagrożenie oraz przeciwdziałania dezinformacji.
Zuckerberg zmienił opinię 7 stycznia 2025 r. Ogłosił zmianę polityki moderacji serwisów firmy Meta: „Czas powrócić do naszych korzeni, czyli wolności wypowiedzi na Facebooku i Instagramie”. Poinformował wtedy opinię publiczną o zastępowaniu programu zewnętrznego fact-checkingu w USA systemem Community Notes. Zarzucał wcześniejszemu modelowi nadmierne ograniczanie wypowiedzi i błędy moderacji.
Jednak pomiędzy tymi kluczowymi wypowiedziami twórcy Facebooka wybuchła pandemia będąca światowym katalizatorem dezinformacji pseudomedycznych. A to drastycznie podniosło koszty moderacji treści.
Pandemia dezinformacji i koszty jej przeciwdziałania
Podczas pandemii COVID-19 Meta przeznaczała miliardy dolarów na bezpieczeństwo swoich platform, w tym moderację treści i przeciwdziałanie dezinformacji. Według danych przekazanych amerykańskiemu Senatowi firma wydała na ten cel około 5 mld dolarów w 2021 r. i 6 mld w 2022 r. Z kolei do 2022 r. wartość wsparcia programów fact-checkingowych, rozwijanych od 2016 r., przekroczyła 100 mln dolarów. W marcu 2020 r. Facebook ogłosił również dwa programy wsparcia fact-checkingu związane z pandemią, o wartości miliona dolarów każdy. Nie wiadomo jednak, ile dokładnie kosztowało przedsiębiorstwo zwalczanie samej dezinformacji covidowej. Meta nie opublikowała osobnego rozliczenia całości wydatków.
Algorytmy są tańsze za to zyski będą większe
W okresie przedpandemicznym przedstawiciele niemal wszystkich platform mówili o potrzebie moderacji treści. Ostatnie dwa lata to zmiana narracji cyfrowych operatorów. Teraz na pierwszym planie stawiają wspieranie nieskrępowanej wolności słowa pod kontrolą algorytmu.
Firmy nie biorą za to odpowiedzialności. Mimo że algorytm pod ich kontrolą decyduje o dostępie do informacji coraz większych rzesz obywateli. W środowisku braku kontroli realizowanej rękami i umysłami ludzi za to z algorytmem, którego celem jest nieprzerwane utrzymywanie uwagi odbiorców, swoją niszę znajdują naprawdę niebezpieczni ludzie.
Giganci są głusi na dezinformację
Ośrodek Analizy Dezinformacji Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej opublikował 21 października 2026 r. raport pod tytułem „Reakcja platform społecznościowych na zgłoszenia w I półroczu 2026 roku”. Analitycy sprawdzili, jak największe portale społecznościowe reagowały na zgłoszenia dezinformacji. Dane pochodziły z okresu od 1 stycznia do 30 czerwca 2026 r. Uwzględniono zarówno przypadki wykryte podczas codziennego monitoringu polskiego internetu, jak i materiały zgłaszane przez obywateli, instytucje oraz służby.
Łącznie przeanalizowano reakcje cyfrowych gigantów na 65 220 zgłoszonych treści i kont. Badacze podzielili je na trzy kategorie: fałszywe informacje, manipulacje oraz podszywanie się pod osoby lub instytucje. Następnie sprawdzili, czy administratorzy platform usunęli wskazane materiały, poddali je innym działaniom moderacyjnym, czy też pozostawili bez reakcji.
Zatrważająco niska skuteczność operatorów
Wyniki raportu są, delikatnie rzecz ujmując, martwiące. Spośród zgłoszonych treści i kont platformy internetowe usunęły zaledwie 4380, czyli 6,7 proc. wszystkich przypadków. Kolejne 11 270 (17,3 proc.) poddano innym działaniom moderacyjnym, takim jak ograniczenie widoczności lub dodanie ostrzeżenia. Pozostałe 49 570 zgłoszeń, a więc aż 76 proc., odrzucono lub pozostawiono bez widocznej reakcji. Najwięcej było manipulacji – 62 137 przypadków, czyli 95,3 proc. wszystkich zgłoszeń. Usunięto jedynie 3021 z nich (4,9 proc.), a 47 991 (77,2 proc.) pozostało bez reakcji.
Jeszcze gorzej wyglądały reakcje na oczywiste kłamstwa. Spośród 1537 zgłoszeń usunięto 144 (9,4 proc.), a 1308 (85,1 proc.) odrzucono.
Zdecydowanie skuteczniej platformy reagowały na podszywanie się pod inne osoby i instytucje. W tej kategorii spośród 1546 zgłoszeń usunięto 1215, czyli 78,6 proc. Najwięcej zgłoszeń skierowano do platformy X, należącej do Elona Muska. Spośród 60 132 przypadków usunięto zaledwie 1438 (2,4 proc.), 11 230 (18,7 proc.) poddano moderacji, a 47 464 (78,9 proc.) odrzucono.
Dla porównania Facebook usunął 2150 z 3381 zgłoszonych materiałów (63,6 proc.), TikTok 618 z 1109 (55,7 proc.), a Instagram 59 ze 156 (37,8 proc.). Jeszcze niższy odsetek usuniętych materiałów odnotowano w usługach Google, w tym YouTube i Google Ads – 37 z 322 zgłoszeń (11,5 proc.) – oraz na Threads, gdzie usunięto zaledwie 2 z 29 materiałów (6,9 proc.). Najwyższy odsetek usuniętych treści odnotowano na Bluesky – 69 z 70 zgłoszeń (98,6 proc.).
Trzeba jednak zaznaczyć, że ponad 92 proc. wszystkich zgłoszeń trafiło do platformy X, a na wyniki istotnie wpłynęło wykrycie rozbudowanej, skoordynowanej kampanii proirańskiej, której kont w większości nie usunięto. Z tego względu autorzy raportu zastrzegają, że skuteczności poszczególnych platform nie należy bezpośrednio porównywać, ponieważ różniły się zarówno liczba, jak i charakter kierowanych do nich zgłoszeń.
Była menadżerka Facebooka Frances Haugen, stwierdziła w Senacie, że w konfliktach między bezpieczeństwem użytkowników a swoimi interesami „Facebook konsekwentnie rozstrzygał te konflikty na korzyść własnych zysków”.
Haugen twierdziła, że kierownictwo Facebooka znało metody ograniczania części zagrożeń, lecz nie wdrażało niezbędnych zmian. Zyski były ważniejsze od naszego wspólnego bezpieczeństwa.
Zdrowie, nasze miękkie podbrzusze
Treści dezinformujące w mediach społecznościowych uderzają w filary funkcjonowania naszego społeczeństwa. Algorytm żeruje na tematach, które są popularne, dając użytkownikom najprostsze odpowiedzi na najtrudniejsze zagadnienia. Media społecznościowe żyją z naszego zaangażowania. Nikomu nie zależy na tym, żeby ludzie byli dobrze poinformowani. Chodzi o to, by włożyli w portal swoje emocje, wtedy bardziej się do niego przywiążą.
Wypowiedź Marka Zuckerberga z Georgetown nie okazała się proroczą. Media społecznościowe nie stworzyły społeczeństwa bardziej demokratycznego, a takie, w którym skupiamy się na krótkich treściach podsyłanych w taki sposób, by zaangażować nas w bezcelowe dyskusje. Społeczeństwo staje się coraz bardziej podzielone, a możliwość wypowiadania się publicznie dostępna dla każdego sprawiła, że do głosu doszła niebezpieczna radykalna mniejszość mająca proste „odpowiedzi”.
Treści generowane przez mądrych ludzi, ekspertów specjalistów znikają pod natłokiem informacyjnym. Niestety rzetelne wypowiedzi spadają na dno tego ekosystemu, bo odpowiedzią na większość trudnych kwestii jest: to zależy.
Dotyczy to najbardziej palących problemów dotykających świat globalnej północy: Migracji, geopolityki, finansów oraz rzeczy najbardziej fundamentalnej dla naszego funkcjonowania, czyli zdrowia.
Kto nastaje na nasze zdrowie
Sprawa nie jest jednak z góry skazana na porażkę. Media społecznościowe tworzą dobre warunki wzrostowe dla szarlatanów, demagogów i populistów. Pozwoliły im monetyzować swoje zasięgi, przez to paradoksalnie wymusiły na nich radykalizację przekazu.
Za przykład może nam posłużyć dezinformacja medyczna.
Przedstawiciele tego świata żyją z podważania medycyny opartej na dowodach (EBM). Ich model zarobkowania korzysta z metody lejka. Zarzucamy odbiorców darmowymi treściami, które pozornie brzmią mądrze, ale odwracają standardową wiedzę medyczną oraz antagonizują oficjalne przekazy. Takie hasła jak „Pacjent wyleczony klient stracony” albo insynuacje o korupcji środowiska medycznego przez firmy farmaceutyczne, mają na celu powiązanie odbiorców z konkretnym twórcą, obniżając poziom ich zaufania do instytucji, w tym dużych międzynarodowych organizacji prozdrowotnych, takich jak Światowa Organizacja Zdrowia.
Następnie twórcy, którzy już na tym etapie analizy są „zarobieni” z wyświetleń ich materiałów, np. na YouTube, przedstawiają swojemu audytorium kolejne kręgi wtajemniczenia. Sklepy z suplementami, płatne diety, drogie książki często wydane przez self-publishing, szkolenia i sympozja niby to medyczne, np. „Czego Ci lekarz nie powie” z udziałem Jerzego Zięby; najbardziej niebezpieczne są jednak prywatne wizyty – z takiej działalności słynął Oskar Dorosz, bohater cyklu „Szarlatan” Michała Janczury. Dorosz co prawda nie prowadzi już oficjalnie takich wizyt, jednak Janczura dotarł do ofiar tego procederu, które na skutek jego porad kończyły zdrowotnie wyniszczone.
Jak powiedział 5 marca 2026 r. Radosław Nielek – dyrektor NASK: „Uważam, że mój zespół pracuje za platformy”. W tej samej wypowiedzi podkreślił, że cyfrowi giganci „nie chcą wziąć na siebie kosztów moderacji”.
Instytucje nie walczą same
Mimo że korporacje udostępniające niebezpieczny produkt, jakim są media społecznościowe, umywają ręce od odpowiedzialności, rządy mają trudności z wprowadzeniem w życie regulacji. Dobrze obrazuje ten problem np. weto prezydenta Nawrockiego wobec przepisów wprowadzających całość regulacji aktu o usługach cyfrowych (DSA) do przepisów polskiego prawa. Lobbyści korporacji cyfrowych pracują w Parlamencie Europejskim. Możemy domniemać, że działają również na poziomie krajowym.
Jednak środowisko mediów społecznościowych, choć ciężko nazwać je agorą wolnej wypowiedzi, zostawia przestrzeń również dla ludzi, którzy chcą zwalczać różne formy dezinformacji z potrzeby walki o prawdę. W edukacji prozdrowotnej uczestniczą zarówno lekarze tacy jak np. Szymon Suwała, nagrywający filmiki wykorzystujące cytaty między innymi z kultowych polskich filmów, czy Arkadiusz Szekieta („Doktor z Gryfic”). Są i dietetycy tacy jak Michał Wrzosek albo Damian Parol. Stają naprzeciwko ludzi, którzy tworzą treści szkodliwe, często, choć nie zawsze traktując to jako hobby w przeciwieństwie do branży dezinformacyjnej.
Barometr dezinformacji medycznej
Skalę obecności tych dwóch środowisk w polskich mediach ocenia „Barometr dezinformacji medycznej” – raport przygotowany przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i firmę Mediaboard, opublikowany 8 września 2026 r. Badanie sprawdza najpopularniejsze tematy, sposoby rozpowszechniania informacji oraz widoczność osób promujących pseudomedycynę i ekspertów prostujących fałszywe twierdzenia.
Największe zainteresowanie wzbudzał spór o ustawę określaną jako „lex szarlatan”, odpowiadający za 64 proc. wszystkich publikacji i 76 proc. ich szacowanego zasięgu.
Drugim istotnym tematem były szczepienia i działalność ruchów antyszczepionkowych, którym poświęcono 1463 materiały o potencjalnym zasięgu 105,5 mln kontaktów.
Z kolei kwestie związane z żywieniem, suplementacją i dietami pojawiły się w 386 publikacjach o szacowanym zasięgu 29,1 mln kontaktów.
Jasna i ciemna strona mocy
Autorzy raportu porównali także obecność medialną osób promujących pseudomedycynę z ekspertami i osobami prostującymi dezinformację. Pierwsza grupa pojawiła się w 578 materiałach o łącznym potencjalnym zasięgu 65,2 mln kontaktów, podczas gdy druga w 264 materiałach o zasięgu 42,8 mln. Oznacza to, że promotorzy pseudomedycyny pojawiali się w mediach ponad dwukrotnie częściej, jednak przeciętny materiał dotyczący eksperta miał o około 44 proc. większe szacowane dotarcie.
Badanie nie mierzyło jednak rzeczywistej liczby odbiorców ani wyłącznie autorskich publikacji wymienionych osób. Uwzględniało także materiały krytykujące pseudomedycynę, dlatego jego wyniki obrazują przede wszystkim obecność obu środowisk w debacie publicznej, a nie skuteczność rozpowszechniania prawdziwych i fałszywych informacji medycznych.