Pełna kwiatów łąka, ciepłe światło zachodzącego słońca, nostalgiczna muzyka. Nastrój sielskości dopełnia użycie slow motion. Gadi Eisenkot biegnie w kierunku swojego młodego syna ubranego w biały T-shirt z napisem „Jedność Izraela”, z otwartymi ramionami czekającego na uścisk z ojcem. Tylko że ten mija go obojętnie, wpadając w ramiona kogoś innego: Mansura Abbasa, polityka arabskiego, który też startuje w wyborach.
19-minutowe video to wspólne dzieło AI i komitetu wyborczego Likudu Beniamina Netanjahu, głównego rywala Eisenkota i jego partii Jaszar. Spot był wyjątkowo popularny w Izraelu. Nie tylko dlatego, że świetnie gra na nastrojach antyarabskich, które Netanjahu i jego partia wykorzystują regularnie. Jego twórcy zebrali cięgi za wykorzystanie postaci syna przeciwnika politycznego, 25-letniego Gala Eisenkota, który był żołnierzem i zginął w Strefie Gazy w grudniu 2023 roku.
Spełniona obietnica tortur
Jeszcze dalej posunął się minister bezpieczeństwa wewnętrznego Itamar Ben Gwir, który postanowił się pochwalić, że zgodnie z wcześniejszą obietnicą wyborczą pogorszył warunki palestyńskim więźniom. Na filmiku wygenerowanym przez AI najpierw odmawia jedzenia palestyńskim więźniom, a potem uruchamia taśmę, na której ustawieni rzędem Palestyńczycy wjeżdżają do czegoś, co wielu niebezpiecznie przypominało obóz koncentracyjny, a z którego wyjeżdżają potem ci sami więźniowie, tyle że wyraźnie wychudzeni. Żeby nie było wątpliwości, jest jeszcze hasło: „Obiecaliśmy i dowieźliśmy”.
AI na służbie
AI w izraelskiej kampanii wyborczej było dużo więcej – nie ma w tym żadnej tajemnicy, bo w lipcu Centralny Komitet Wyborczy nakazał czytelne oznaczanie, że dany materiał wyborczy powstał przy wsparciu sztucznej inteligencji. Stąd wiemy, że w wykorzystaniu AI do wpływania na wyborców przodował Likud, czyli partia obecnego premiera Beniamina Netanjahu.
Ponieważ wybory w Izraelu żadnej z partii nie dawały wyraźnej większości, spora część deepfejków dotyczyła wyimaginowanych sojuszy, o które nawzajem oskarżali się politycy. W ten sposób Demokraci zostali sportretowani przez swoich przeciwników w otoczeniu flag palestyńskich i komunistycznych, a także świń i banknotów dolarowych.
Kandydat Demokratów z kolei, znany z walki z charedim, czyli ultraortodoksyjnymi Żydami, na stworzonych przez AI filmikach niszczy instytucje religijne buldożerem, a Izraelczyków i ich miasta za pomocą różdżki posypuje magicznym „świeckim” pyłem.
Trump po hebrajsku? Tak w wyborczych spotach
Dzięki AI regularnie demonizowani lub hehumanizowani byli Palestyńczycy – Ben Gwir pokazywał ich na przykład jako osły („trzeba być osłem, żeby zostać w Gazie”), Netanjahu sportretował Mansoura Abbasa, przywódcę arabskiej partii Ra’am, trzymającego wielkie obcęgi i złowrogo się uśmiechającego, gdy Gadi Eisenkot i Avigdor Lieberman próbują dostać się do gabinetu premiera.
Nie zabrakło też kontekstów międzynarodowych.
Stałym elementem propagandowych przekazów był w tej kampanii Iran, Hezbollah i izraelsko-amerykańska walka z nimi. Jonathan Urich, bliski doradca Netanjahu, opublikował na platformie X serię obrazków i filmików, na których plakaty wyborcze Netanjahu wiszą m.in. w Teheranie i na zamienionych w gruzy przedmieściach Bejrutu. Mało tego: zabity przez Izraelczyków i Amerykanów pierwszego dnia wojny ajatollah Ali Chamenei gra w piekle w tryktraka z zabitymi przez Izrael przywódcami Hamasu i Hezbollahu, a Donald Trump krytykuje po hebrajsku głównego przeciwnika Netanjahu, Gadiego Eisenkota.
W lutym przewodniczący Centralnej Komisji Wyborczej nakazał Likudowi usunięcie zdjęcia, na którym Naftali Bennett i lider opozycji Jair Lapid podają sobie ręce z liderami partii arabskich. Sędzia nakazał też Likudowi zapłatę 8500 szekli (ok. 11 tys. zł) kosztów sądowych poniesionych przez partię Bennetta.
W podobnej sprawie zapłatę kosztów sądowych poniesionych przez Likud zasądzono partii Gadiego Eisenkota, który na jednym z filmików wyborczych pozuje u boku żołnierzy walczących w Strefie Gazy. Pojawiła się tam zresztą scena, w której żołnierze przychodzą do jednego z domów poinformować o śmierci członka rodziny. Tu – co ciekawe – sędzia Centralnej Komisji Wyborczej uznał, że zakaz wykorzystywania żołnierzy do celów wyborczych dotyczy także wizerunków żołnierzy stworzonych przez AI.
Papka treści niskiej jakości
Zjawisko wykorzystania sztucznej inteligencji do celów wyborczych ma już nawet swoją nazwę: „slopaganda”. Jednym z autorów tego pojęcia jest Michał Klimcewicz, neurokognitywista z uniwersytetu w holenderskim Tilburgu, który wspólnie z Markiem Alfano i Amirem Ebrahimim Fardem napisał pracę, gdzie jako pierwsi analizowali to zjawisko.
Jakość ma tu trzeciorzędne znaczenie.
Odbiorca zwykle wie, że to, co widzi, nie jest prawdą, ale celem jest tu przede wszystkim budowanie skojarzeń: że Eisenkot nie tylko sam wyląduje w ramionach partii arabskich, ale też pociągnie za sobą cały naród; że Netanjahu życie wrogów zmienia w ruinę i wyborcom może zapewnić poczucie triumfu itd. Skojarzenia powtarzane odpowiednio długo siłą rzeczy się utrwalają.
Mocno też zmienił sam charakter kampanii. Idan Ring, badacz i publicysta niezależnego izraelskiego magazynu „Shakuf”, zwrócił uwagę, że slopaganda zmieniła właściwie charakter całej kampanii wyborczej w – jak pisze „grę kpin, gniewu i pogardy”, pogłębiając jeszcze bardziej podziały polityczne i społeczne.
W niekończącym się strumieniu viralowych filmików, odpowiadających na bieżące trendy i tworzących kolejne clickbaity, bardzo trudno poruszać kwestie fundamentalne lub mówić o samej rzeczywistości. System daje również przewagę tym, którzy są skłonni do bycia ekstremalnymi, wulgarnymi lub zabawnymi. W obliczu filmiku, który jest prowokacyjny, jadowity lub absurdalny, rzeczowa odpowiedź polityka „starego typu” wygląda słabo i przyciąga mniej uwagi – napisał Idan Ring.
Ring ostrzegał: im więcej takiego szumu będzie się odbierać, tym bardziej będzie się zmniejszać zdolność zrozumienia na kogo i na co się głosuje.
Świadomość kłamstwa
Zaczęli to już odczuwać także zwykli Izraelczycy. Według badań tak mocne nadużywanie sztucznej inteligencji do kampanii wyborczej zaczęło głęboko niepokoić. Z sondażu przeprowadzonego latem przez Izraelskie Stowarzyszenie Internetowe ISOC-IL wynika, że nie podoba im się zwłaszcza podszywanie się pod inne osoby. Poziom narażenia na dezinformację online określili jako „wysoki”, zauważają również wynikającą z tego eskalację przemocy w dyskursie publicznym.
Czy takie wybory są uczciwe?
Dr Tehilla Shwartz Altshuler, szefowa programu Israel Democracy Institute in the Digital Age w Izraelskim Instytucie Demokratycznym, już na początku tego roku pisała, że „podmioty krajowe i zagraniczne” po raz pierwszy mają w rękach tak potężne narzędzia, że „uczciwość wyborów w Izraelu zostanie wystawiona na próbę większą niż kiedykolwiek”.
A tydzień temu w wywiadzie dla Deutsche Welle, gdzie mowa była o zapłaceniu przez rząd izraelski 46,5 miliona dolarów amerykańskiej firmie Clock Tower X (związanej z byłym szefem kampanii Donalda Trumpa) za proizraelskie treści dotyczące Strefy Gazy, którymi firma miała „nakarmić” ChataGPT i inne chat, badaczka przestrzegała: „Te same branże i mechanizmy będą teraz wykorzystywane również wewnątrz kraju, aby wpływać na wybory”. Na to jednak dowodów jeszcze nie ma.
Akcja „Sobowtór”
Są natomiast poważne dowody na wykorzystywanie w Izraelu na dużą skalę botów i innych narzędzi, zarówno przez poszczególne komitety wyborcze, jak i Rosjan.
Firma ClearSky zidentyfikowała w ostatnich tygodniach wznowienie działań rosyjskiej kampanii wpływu w Izraelu, znanej „Doppelgänger” („Sobowtór”). Polegała ona na rozpowszechnianiu – głównie przez platformę X - fałszywych i wprowadzających w błąd treści, które bazują na fragmentach autentycznych publikacji.
Najczęściej zmanipulowane materiały udawały artykuły na izraelskim portalu informacyjnym Walla (zamiast walla.co.il były umieszczone na walla.ist) i stosowały mechanizm znany z rosyjskich kampanii dezinformacyjnych w innych krajach. Jak pisali autorzy raportu ClearSky, materiały (średnio 10 tygodniowo) nie próbowały kreować zupełnie nowych tematów, ale wykorzystywały tematy, które budziły niepokój opinii publicznej, przestawiając je w sposób pogłębiający strach, nieufność oraz poczucie izolacji.
Przekaz – którego źródła prowadziły do rosyjskich stron i firm podszywających się też pod media w innych krajach – sugerował wielowymiarowe zagrożenie: Izrael jest otoczony przez niebezpieczeństwa, a poza tym Stany Zjednoczone nie są wiarygodnym partnerem, międzynarodowe poparcie dla Izraela słabnie, a samo izraelskie społeczeństwo ulega osłabieniu, co przejawia się m.in. emigracją mieszkańców.
Dwa główne wątki narracyjne lansowane przez rosyjską kampanię wpływu dotyczyły tego, że Turcja przygotowuje się do konfrontacji z Izraelem (przekaz ten pojawia się w 28 proc. publikacji), a Stany Zjednoczone porzucają Izrael (w 26 proc. publikacji). Do tego dochodziły treści dotyczące emigracji z Izraela, zwłaszcza specjalistów, a także załamania gospodarczego i wysokich kosztów utrzymania.
Co ciekawe, kampanię tę przerwało na chwilę aresztowanie w maju w Holandii szefa siatki oszustów, ale po dwóch miesiącach prowadzona do Rosjan kampania dezinformacyjna znowu się odrodziła.
Wysyp fałszywych kont
Wysyp fałszywych kont to jedna z charakterystycznych części tych wyborów. Scooper, izraelska firma monitorująca media, odkryła, że w ostatnich tygodniach kampanii każdego dnia gwałtownie rosła liczba obserwujących konto premiera Netanjahu na Instagramie, a w odkrytej przez Scoopera sieci fałszywych kont wspierających Netanjahu każdego dnia pojawiało się ponad tysiąc nowych botów.
Z kolei izraelski dziennik „Haaretz” przeprowadził analizę wspólnie z badaczami internetu i prywatną firmą monitorującą sieć i wyszło im, że konta w mediach społecznościowych, które wcześniej prowadziły kampanię przeciwko reżimowi w Iranie, teraz zaczęły atakować przeciwników Netanjahu i wspierać jego kampanię.
Badacze zidentyfikowali setki kont podszywających się pod irańskich użytkowników, promujących Rezę Pahlawiego, syna ostatniego szacha Iranu, obalonego w rewolucji z 1979 roku, jako alternatywę dla Republiki Islamskiej. Okazało się, że te same konta lajkowały również posty ministra innowacji, nauki i technologii – Gila Gamliela z partii Likud. Odrębne śledztwo, na które powołuje się „Haaretz”, wykazało, że „sieć wpływów była obsługiwana z Izraela przez prywatną organizację, która otrzymywała fundusze rządowe i korzystała z osób mówiących po persku, zrekrutowanych po wybuchu wojny w Strefie Gazy i wizycie Rezy Pahlawiego w Izraelu, której gospodarzem był Gamliel”.
W podobny sposób badacze namierzyli sieć fałszywych kont, które jeszcze przed lokalnymi mediami donosiły o izraelskim ataku na więzienie w Teheranie w czerwcu zeszłego roku, udostępniając fałszywe nagranie wideo, które miało przedstawiać atak.
Kampania to AI
Badacze ustalili, że sieć ta działała bezpośrednio na rzecz izraelskiego rządu. Te same konta, które wcześniej promowały m.in. Rezę Pahlawiego (syna obalonego szacha) na nowego przywódcę Iranu po tym, jak zabito ajatollaha Chameneiego, w ostatniej kampanii udostępniały posty Netanjahu, a nawet na niego odpowiadały.
25 sierpnia premier opublikował film wygenerowany przez sztuczną inteligencję wraz z wiadomością: „Gdybym posłuchał Eisenkota, Chamenei nadal by żył”. Jedno z kont odpowiedziało: „Dziękuję, królu Bibi” (na Netanjahu w Izraelu często mówi się po prostu „Bibi”).
Inna skarga złożona przez Ruch na rzecz Wolności Informacji zarzucałą Netanjahu i Likudowi, że systematycznie wykorzystywał na dużą skalę gigantyczną liczbę kont spoza Izraela – fałszywych albo takich, których właściciele nie mówią po hebrajsku. Po co? By nagłaśniać tematy krajowe, takie jak pobór do wojska ultrartodoksyjnych Żydów czy ceny paliw. Jak napisali autorzy skargi, korzystanie z fałszywych kont stwarza „fałszywe wrażenie poparcia społecznego, wprowadza wyborców w błąd i podważa równość i uczciwość wyborów”.
Sam Likud – podobnie zresztą jak inne partie – choć czasem odnosił się do zarzutów przy pojedynczych materiałach, nigdy nie skomentował tego, że nagminnie wykorzystuje AI. Sporo mówią jednak same liczby: co czwarty materiał wyborczy Likudu to robota sztucznej inteligencji.
Gorzka konstatacja
W Izraelu mówi się często o tych wyborach jako o „pierwszych w erze AI”. Gdyby tak było, po 27 października (czyli dniu wyborów) można by spokojnie odetchnąć. Jednak łatwość, z jaką wszystkie strony sceny politycznej weszły w komunikowanie się z wyborcami za pomocą AI, budzi wątpliwości. Zwłaszcza że większość izraelskich polityków łączyła ją z nieukrywaną fascynacją Donaldem Trumpem, dla którego slopaganda jest jednym z głównych narzędzi komunikacji. To stawia pytanie, jak bardzo wpłynie ona również na komunikację polityczną po wyborach. Wiele wskazuje na to, że do podobnych obrazków, na których np. Ben Gwir jest w najlepszym wypadku dżinem namawiającym Palestyńczyków do exodusu, a w najgorszym – posyła ich do obozów koncentracyjnych, nie tylko izraelski wyborca będzie musiał przywyknąć.