brak dowodów

Wypadek z udziałem Przemysława Czarnka. W sieci ruszyła fala spekulacji

„To mogło być celowe działanie”, „Przemysław Czarnek sam spowodował wypadek” – takie spekulacje pojawiły się w mediach społecznościowych po kolizji z udziałem polityka PiS. Policja szybko ustaliła jednak okoliczności zdarzenia i zdementowała część pojawiających się teorii.

Wypadek z udziałem Przemysława Czarnka. W sieci ruszyła fala spekulacji
fot. PAP/Tomasz Wojtasik, X

Do zdarzenia doszło w niedzielę 14 czerwca ok. godz. 17:10 na skrzyżowaniu drogi krajowej nr 72 w miejscowości Smulsko. 19-letni kierowca Opla Corsy, wyjeżdżając z drogi podporządkowanej, nie ustąpił pierwszeństwa i uderzył w Volkswagena, którym podróżował Przemysław Czarnek. Poseł wracał z konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Kaliszu.

Czarnek przeżył chwile grozy

Informację o wypadku przekazał rzecznik PiS Rafał Bochenek. „Tak, rzeczywiście doszło do kolizji drogowej z udziałem samochodu, którym poruszał się kandydat na premiera prof. Przemysław Czarnek (nie był kierowcą). Do zdarzenia doszło z powodu wymuszenia pierwszeństwa przejazdu przez kierowcę drugiego samochodu. Kierowca ten przyznał się do winy i przyjął mandat. Na szczęście nic poważnego nikomu się nie stało” – napisał na X.
Później do sytuacji odniósł się też kandydat PiS na premiera.

– To były ułamki sekundy. Znakomite umiejętności mojego przyjaciela, kierowcy, jego refleks uchroniły nas i młodego sprawcę wypadku przed najgorszym – mówił Czarnek.

Młodszy inspektor Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu w rozmowie z TVN24 dodał, że w tym wypadku lekko ranne zostały dwie osoby – pasażerka Opla i kobieta podróżująca Volkswagenem.

Podobny mechanizm

Chociaż policja szybko ustaliła, że sprawcą wypadku jest 19-latek, który nie zastosował się do przepisów ruchu drogowego, przyznał się do winy i otrzymał mandat, to w mediach społecznościowych zadziałał mechanizm podobny do tego, który obserwowaliśmy niedawno przy okazji sprawy śmiertelnego wypadku posła Lewicy Łukasza Litewki. Wtedy na ogromną skalę ruszyła fala podejrzeń, oskarżeń, wątpliwej jakości analiz i teorii spiskowych, które nie znajdowały przełożenia na realia i ustalenia śledczych.

W przypadku wypadku Przemysława Czarnka skala była zdecydowanie mniejsza, ale to nie oznacza, że w ogóle jej nie było. Internauci zaczęli się zastanawiać, czy nie było to celowe działanie – jak często dzieje się po zdarzeniach drogowych z udziałem ważnych polityków.

Post po wypadku Czarnka (fot. X.com)
Post po wypadku Czarnka (fot. X.com)

„W państwie, gdzie dziennikarzy badających uwikłania władzy wrzuca się do zapluskwionych cel, samochód lidera opozycji wracającego z wiecu zostaje dosłownie rozjechany. To nie Białoruś, to Polska 2026” – napisał Paweł Rybicki.

W ten sposób nawiązał do sprawy dziennikarza Leszka K., który został zatrzymany i tymczasowo aresztowany pod zarzutem kierowania gróźb karalnych wobec komendanta powiatowego policji w Piasecznie oraz nielegalnego posiadania broni. Dziennikarz od lat zajmował się m.in. sprawą Romana Giertycha i zarzutów dotyczących działalności spółki Polnord.

Chodzi o głośne śledztwo dotyczące dewelopera, w ramach którego Giertych został zatrzymany w 2020 r. pod zarzutami przywłaszczenia środków spółki, wyrządzenia jej szkody majątkowej w wielkich rozmiarach oraz prania pieniędzy. Postępowanie wobec niego umorzono w styczniu 2025 r., czemu Leszek K. publicznie się sprzeciwiał.

Nie brakowało też sugestii, że sprawca wypadku wkrótce wstąpi do partii rządzącej. „Znowu jakiś przyszły działacz Koalicji Obywatelskiej w maluchu?” – pytał komentator polityczny Max Hübner.

Wypadek Beaty Szydło

Hübner nawiązał do wypadku z udziałem Beaty Szydło z 10 lutego 2017 r. Nie był zresztą jedyny.

„Wielu osobom ta sytuacja przypomniała wypadek z udziałem premier Beaty Szydło. Najważniejsze, że wszyscy uczestnicy zdarzenia wyszli z niego bez poważniejszych obrażeń” – napisała posłanka PiS Dominika Chorosińska.

Były to jednak zupełnie różne sytuacje. Szydło, jako urzędująca premier, podróżowała w kolumnie rządowej. W sprawie jej wypadku sąd uznał kierowcę Fiata Seicento Sebastiana Kościelnika za winnego spowodowania zdarzenia, jednocześnie odstępując od wymierzenia kary. Wskazał przy tym, że współodpowiedzialność ponosił także funkcjonariusz BOR kierujący uprzywilejowanym pojazdem, który nie używał sygnalizacji dźwiękowej.

Dotychczasowe działania policji nie dają podstaw do wniosków o celowym działaniu sprawcy wypadku. 

Źródła

  1. X

  2. TVN24

  3. se.pl

Nasi autorzy