Kilka minut spacerem od centrum ówczesnego świata smog spowijał gęstą sieć ulic i podwórek londyńskiego East Endu. Plotki krążyły wokół Whitechapel – jednej z najbiedniejszych dzielnic miasta, zamieszkanej przez około 74 tys. osób. Większość to Brytyjczycy, ale blisko 18 proc. mieszkańców stanowili przybysze z Imperium Rosyjskiego, w tym z Królestwa Polskiego, głównie wyznania mojżeszowego.
Według London Museum w latach 1880–1914 do Wielkiej Brytanii przybyło ok. 150 tys. żydowskich uchodźców, z których nawet 70 proc. osiedliło się właśnie w East Endzie. Obok nich mieszkali Irlandczycy, Niemcy, Holendrzy i migranci z innych części Wysp.
Dzielnica była wielonarodowym tyglem. Obok podwórek wypełnionych jidyszowym gwarem stały domy, z których płynęło rodowite londyńskie cockney. W labiryncie oficyn mieściły się niewielkie warsztaty, gdzie szyto ubrania, wyrabiano buty i meble. Między wąskimi przejściami kwitł drobny handel, a prostytucja była stałym elementem życia dzielnicy. Podwórza były półprywatne, dostępne dla licznych mieszkańców, lokatorów i przechodniów.
To właśnie w tej scenerii działał Kuba Rozpruwacz – jeden z najbardziej znanych seryjnych zabójców w historii. Między 3 kwietnia 1888 r. a 13 lutego 1891 r. zamordowano tam 11 kobiet. Większość badaczy uważa, że za pięć z tych zabójstw odpowiadał jeden sprawca, choć również ta lista pozostaje przedmiotem sporów. Ofiary przez lata zbiorczo określano jako prostytutki, mimo że w części przypadków brak pewnych dowodów, iż wykonywały ten zawód w chwili śmierci.
Żaden Anglik by tego nie zrobił
Była szósta rano 8 września 1888 r. Woźnica John Davis otworzył wrota na podwórze domu przy 29 Hanbury Street. Natknął się na zwłoki. Ciało Annie Chapman ledwo wystygło. Szyję ofiary przecinały dwa głębokie cięcia. Z rozprutego brzucha wyciągnięto jelita i ułożono je nad ramionami. Wysoko podciągnięta sukienka odsłaniała zmasakrowane podbrzusze.
Morderca wyciął i zabrał ze sobą macicę wraz z przydatkami, górną część pochwy oraz tylne dwie trzecie pęcherza moczowego.
Davis zaalarmował dwóch robotników, a następnie zgłosił odkrycie na policji. Na miejscu pojawili się też reporterzy.
Następnego dnia „Lloyd’s Weekly Newspaper” opisywał, że przez Hanbury Street maszerują młodzi mężczyźni skandujący: „Precz z Żydami!”, „To zrobił Żyd!” i „Żaden Anglik tego nie zrobił!”. Dochodziło do bójek. Policja rozdzielała napastników, rozpędzała grupy szukające zaczepki i ściągała posiłki.
Wątek ten podsycał już po pierwszych morderstwach przypisywanych Rozpruwaczowi sensacyjny brukowiec „The Star”. 5 września, trzy dni przed zabójstwem Annie Chapman, opublikował obszerny materiał o człowieku nazywanym „Leather Apron” („Skórzany Fartuch”). Reporter twierdził, że zebrał relacje około 50 kobiet, choć nie sposób dziś niezależnie potwierdzić, czy rzeczywiście z nimi rozmawiał.
Opisywał sprawcę – „Skórzany Fartuch” – jako niskiego, krępego mężczyznę z grubą szyją, czarnymi włosami, niewielkim wąsem, odzianego w ciemną czapkę i skórzany fartuch. Miał stale nosić przy sobie ostry nóż do cięcia skóry. Z zawodu był wytwórcą pantofli, choć – jak twierdziła gazeta – pozostawał bez pracy. Według relacji zastraszał i szantażował kobiety.
Gazeta nie przedstawiła dowodów łączących „Skórzany Fartuch” z Mary Ann Nichols, pierwszą z pięciu kanonicznych ofiar mordercy. Zbudowała narrację o obcym kulturowo sprawcy powiązanego ze skórą, nożem i przemocą wobec kobiet. To była skuteczna opowieść. Dziesięć dni później „East London Observer” pisał, że w tłumie wielokrotnie powtarzano, iż „żaden Anglik” nie mógł popełnić podobnej zbrodni i dlatego musiał zrobić to Żyd. Do pogromu nie doszło, liczna obecność policji powstrzymywała antyżydowskie napaści i groźbę większych zamieszek.
Narodziny „Skórzanego Fartucha”
Za „człowieka w skórzanym fartuchu” uznano Johna Pizera, szewca z Mulberry Street. „The Times” opisywał go jako „polskiego Żyda” podejrzewanego o bycie „Leather Apron”. W rzeczywistości urodził się jednak w Wielkiej Brytanii – jego matka pochodziła z Surrey, a ojciec z Polski. Podczas przeszukania policja znalazła pięć długich, ostrych noży, czyli narzędzia typowe dla warsztatu szewskiego. Gazeta odnotowała ten fakt, zaznaczając jednocześnie, że służyły do wykonywania jego zawodu.
W noc zabójstwa Mary Ann Nichols przebywał w Holloway, gdzie około godz. 1.30 rozmawiał z policjantem o pożarze w londyńskich dokach, po czym wrócił do noclegowni. Od 6 września, czyli w czasie, gdy zamordowano Annie Chapman, przebywał w domu krewnych przy Mulberry Street i – jak zeznał – nie opuszczał go aż do zatrzymania. Mimo oczyszczenia z podejrzeń przestał wychodzić z domu, obawiając się, że rozwścieczony tłum „rozerwie go na kawałki”.
W noc z 29 na 30 września 1888 r., zamordowano Elizabeth Stride i Catherine Eddowes.
W bramie jednej z kamienic przy Goulston Street znaleziono fragment zakrwawionego fartucha Eddowes, a nad nim napis: „Rzydzi [oryg. Juwes] są ludźmi, którzy nie będą obwiniani o nic” albo, według innej transkrypcji: „Rzydzi nie są ludźmi, którzy nie będą obwiniani o nic”.
Sens zdania pozostaje niejednoznaczny. Nie wykonano żadnej fotografii napisu. Superintendent Thomas Arnold nakazał przygotować się do jego starcia, a komisarz Charles Warren po przybyciu na miejsce podtrzymał tę decyzję i polecił usunąć graffiti, obawiając się wzrostu nastrojów antysemickich oraz zamieszek. Nie wiadomo, czy napis wykonał morderca, czy też znajdował się on tam już wcześniej.
Szalony rzeźnik
Śledczym i prasie brakowało dowodów, ale nie podejrzanych. Wystarczał zestaw cech uznawanych za typowe dla sprawcy: cudzoziemskie pochodzenie, niezrozumiały język, dostęp do ostrych narzędzi, praca przy mięsie lub ludzkim ciele oraz zachowanie odbiegające od normy. Nie był to formalny profil policyjny, lecz utrwalony w prasie i opinii publicznej obraz mordercy jako obcego, szaleńca lub człowieka zawodowo posługującego się nożem.
Do tego schematu idealnie pasował Jacob (w części źródeł Joseph) Isenschmid. Pochodził ze Szwajcarii, pracował jako rzeźnik i cierpiał na zaburzenia psychiczne. „The Star” przedstawił go pod nagłówkiem „Szalony rzeźnik na wolności od dziesięciu tygodni”, podkreślając jego pochodzenie i zawód, a przede wszystkim chorobę psychiczną. Żona opowiadała reporterowi, że w okresach silnego pobudzenia bała się, iż mógłby ją zabić. Isenschmid bywał w zakładach psychiatrycznych, znikał na wiele dni i obsesyjnie ostrzył długi nóż.
To był niemal uszyty na miarę bohater sensacyjnej opowieści: cudzoziemski „szaleniec”, który zawodowo posługiwał się nożem i potrafił rozcinać zwierzęce tusze. Problem w tym, że to jeszcze nie dowodziło związku z mordami w Whitechapel. Relacje te świadczyły o przemocy domowej i kryzysie psychicznym. Prasa dopisała do tego rolę seryjnego mordercy. Policja sprawdzała Isenschmida jako podejrzanego.
Pozostawał jednak w zamknięciu, gdy 30 września 1888 r. zamordowano Elizabeth Stride i Catherine Eddowes. Nie mógł więc być jedynym sprawcą morderstw przypisywanych Rozpruwaczowi.
Idealny podejrzany
Kilka dni po zatrzymaniu Isenschmida kolejnym podejrzanym stał się Charles Ludwig, czterdziestoletni Niemiec. Aresztowano go po tym, jak przy stoisku z kawą na Whitechapel Road groził mężczyźnie długim nożem. Gdy prowadzono go na komisariat Ludwig, wyrzucił otwarty nóż, a podczas przeszukania znaleziono przy nim brzytwę i długie nożyce.
Rzeczywiście zachowywał się niebezpiecznie. Z Rozpruwaczem połączyło go jednak przede wszystkim to, że idealnie wpisywał się w wykreowany przez prasę obraz sprawcy. Był Niemcem, który według ówczesnych doniesień od około trzech miesięcy przebywał w Anglii. Twierdził, że nie zna angielskiego, choć świadkowie słyszeli, jak posługiwał się nim w ograniczonym zakresie. Gazety przedstawiały to jako próbę ukrycia prawdy, czyniąc z bariery językowej kolejny argument obciążający.
Inspektor Frederick Abberline sprawdzał jego przeszłość i możliwy związek z morderstwami. Podejrzenia rozwiały się jednak po kolejnych zabójstwach popełnionych podczas jego pobytu w areszcie. 2 października został zwolniony, ponieważ policja potwierdziła jego alibi dotyczące wcześniejszych zbrodni.
Po latach do policyjnego katalogu podejrzanych trafił jeszcze jeden człowiek, którego opis również składał się z cech sprzyjających społecznemu wykluczeniu. W 1894 r. Melville Macnaghten wymienił w policyjnym memorandum człowieka o nazwisku Kosminski – „polskiego Żyda” mieszkającego w Whitechapel, który miał nienawidzić kobiet, przejawiać skłonności zabójcze i trafić do zakładu psychiatrycznego. Najprawdopodobniej chodziło o Aarona Kosminskiego, Polaka wyznania mojżeszowego, fryzjera z East Endu. Kosminski był ciężko chory psychicznie.
Odmawiał jedzenia podawanego przez innych, ponieważ – jak twierdził – nakazywały mu to głosy lub wewnętrzny „instynkt”. Zaniedbywał higienę i raz zagroził siostrze nożem.
Nie ma jednak niezależnych źródeł potwierdzających tezę Macnaghtena o szczególnej nienawiści do prostytutek ani trwałych skłonnościach morderczych. Nie zgadza się także data: Aaron Kosminski został umieszczony w Colney Hatch 7 lutego 1891 r., a nie około marca 1889 r., jak pisał Macnaghten.
Jack, nie Jacek
Teoria o obcym drapieżniku nieco osłabła, gdy przylgnęło do niego bardzo angielskie i typowo ludowe imię Jack. Miano „Jack the Ripper” pochodzi z listu „Dear Boss”, datowanego na 25 września 1888 r. i dostarczonego do Central News Agency dwa dni później. Autor nazywał to imię swoim „zawodowym pseudonimem”. Autentyczność listu jako korespondencji zabójcy jest bardzo wątpliwa. Nie ma dowodów, że napisał go morderca, a wielu badaczy uznaje go za mistyfikację, być może dziennikarską. Takich listów były setki. List „Dear Boss” opublikowano w prasie, a jego reprodukcje rozwieszono na policyjnych afiszach. Chodziło o to, że być może któryś z czytelników rozpozna charakter pisma i pomoże ująć przestępcę. Publikacja sprawiła jednak, że pseudonim „Jack the Ripper” na zawsze przylgnął do Rozpruwacza.
„Jack” to nie Jacek ani Jankiel. To tradycyjne, familiarnie brzmiące imię brytyjskie. Typowe aż do przesady. Historycznie było to określenie zwykłego przeciętnego człowieka. Nie brzmiało polsko, rosyjsko ani żydowsko. Utrudniało to przedstawianie winnego wyłącznie jako kogoś spoza angielskiej społeczności, jednak nie sprawiło, że obcość sprawcy przestała być kuszącym wyobrażeniem. Chęć widzenia winy w obcym jest wciąż żywa.
Taka opowieść pozwala odsunąć bardziej przerażającą myśl: drapieżnikiem może być ktoś z naszej społeczności, kogo nie da się łatwo wyczuć i zauważyć. Ktoś, kto wygląda zwyczajnie. Dlatego tak łatwo szukamy winnych wśród obcych.
W zupełnie innym kontekście podobną funkcję symbolicznego przywracania porządku pełniły lincze czarnych Amerykanów w Stanach Zjednoczonych. Nie były jednak tylko metodą oczyszczenia społeczności z wzajemnych podejrzeń. Ofiarami bywali ludzie oskarżani bez rzetelnych dowodów i procesu, a ich publiczna, często skrajnie brutalna śmierć wysyłała ostrzeżenie całej czarnej społeczności. Był to również rytuał władzy.
Europejski przegląd badań nad medialnym przedstawianiem migracji wskazuje, że częsta ekspozycja na negatywne i konfliktowe przekazy o migrantach sprzyja bardziej negatywnym postawom, aktywizuje stereotypy i może wpływać na wybory polityczne. Nie jest to jednak mechanizm prosty ani zawsze jednokierunkowy: inne badania wskazują, że zwiększona obecność tematu migracji w mediach może przede wszystkim polaryzować odbiorców i reaktywować ich wcześniejsze przekonania.
W 1888 r. „The Star” nie musiał dowieść, że „Leather Apron” zabijał. Wystarczyło wielokrotnie połączyć żydowskość, nóż, ulicę nocą i przemoc. Potem podejrzani pojawiali się sami, gdy przypadkiem byli podobni do zbudowanej narracji. Przypisanie całej grupie cech kojarzonych z zagrożeniem odbiera jej członkom indywidualność, ułatwia dehumanizację i może obniżać opór wobec ich krzywdzenia.
Społeczne przekonanie o związku migracji z przestępczością nie jest prostym odbiciem statystyk. Badania pokazują, że lęk przed przestępczością może rosnąć mimo braku odpowiadającego mu wzrostu wiktymizacji, a nieproporcjonalne nagłaśnianie przestępstw popełnianych przez migrantów może powiększać tę rozbieżność.
Kuby Rozpruwacza nigdy nie schwytano. Historia Whitechapel pokazuje, że kiedy brakuje sprawcy, społeczeństwa często nie szukają dowodów, lecz twarzy odpowiadającej ich lękom. Ponad sto trzydzieści lat później ten mechanizm wciąż pozostaje zaskakująco aktualny.