Mariusz Błaszczak skrytykował MON, MSWiA oraz wojsko za brak odpowiednich działań oraz niezestrzelenie rosyjskiej rakiety, która spadła na Lubelszczyźnie.
Do zarzutów swojego poprzednika i innych polityków opozycji w Sejmie odniósł się wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Szef resortu obrony wyjaśnił, jak krok po kroku wyglądały działania polskich służb. Oskarżył również opozycję o hipokryzję.
– Nagrywaliście wczoraj o 10:00 filmiki z pytaniem „gdzie jest Kosiniak, gdzie jest Tusk?”. Byliśmy na miejscu zdarzenia. A kiedy pan minister Błaszczak pojechał do Bydgoszczy? Do dzisiaj tam nie dotarł – mówił, dodając, że opozycja jest bezczelna i po zdarzeniach w Bydgoszczy w ogóle nie powinna zabierać głosu.
Sprawa, o której wspomniał wicepremier Kosiniak-Kamysz miała miejsce w 2022 i 2023 roku, gdy ministrem obrony narodowej był Mariusz Błaszczak. Według ustaleń służb rakieta spadła w Bydgoszczy 16 grudnia 2022 roku, a została odnaleziona przez przypadkową osobę 23 kwietnia 2023 roku.
Systemy obrony powietrznej w stanie najwyższej gotowości
Minister Kosiniak-Kamysz wskazał, że w wypadku wydarzeń na Lubelszczyźnie sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Gdy tylko pojawiły się informacje o kolejnym zmasowanym nalocie rosyjskim na Ukrainę – mówił minister – wojsko podniosło naziemne systemy obrony powietrznej do stanu najwyższej gotowości, a z bazy lotniczej w Łasku wystartowały dwa myśliwce F-16 do zabezpieczenia granicy.
Szef resortu obrony przypomniał też, że Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych podczas rosyjskich nalotów na Ukrainę na bieżąco wydaje komunikaty o poderwaniu polskich myśliwców czy wykrytych zagrożeniach dla polskiej przestrzeni.
Wojskowy ostrzega przed „konsekwencjami niszczenia”
Do sprawy w rozmowie w TVP Info odniósł się również pułkownik Mariusz Czeczko, któremu podlega trzy tysiące żołnierzy wojsk rakietowych obrony powietrznej.
Wojskowy odniósł się do zarzutów dotyczących tego, że polskie wojsko nie zestrzeliło rosyjskiej rakiety CH-101 nad terytorium Polski. Zarzuty te nazwał „bardzo krzywdzącymi”.
– Niepotrzebnie naciągamy gumę, która może pęknąć i doprowadzi do nieszczęścia – podkreślił, wyjaśniając, że jest to niepotrzebne wywoływanie presji na wojskowych.
–Musimy pamiętać, że przez taką presję możemy być zmuszeni, żeby nacisnąć spust, kiedy tego nie potrzeba – wskazał, dodając, że w takich sytuacjach „niezbędne jest rozpoznanie, świadomość zagrożenia, które mamy przed sobą”. To wymaga – argumentował wojskowy – dogłębnej analizy zagrożenia.
Jak mówił, „w przypadku rakiety musimy znać jej dokładne parametry, jakie zagrożenie stwarza, jakie może spowodować zniszczenia. Musimy dokładnie określić co się może zdarzyć”. Pułkownik Czeczko wspomniał również o „konsekwencjach niszczenia”.
– Nasze defensywne rakiety są również niebezpieczne, bo one też posiadają głowicę bojową. Jeżeli rakieta, która wleciała przez naszą granicę nie stwarza realnego zagrożenia, to my nie musimy tego zagrożenia sztucznie wywoływać – podkreślił zwierzchnik wojsk rakietowych obrony powietrznej.
– Możemy doprowadzić do tego, że zagrożenie może zostać zniszczone nad terenami zurbanizowanymi i doprowadzić do dużych zniszczeń – wskazał.
Podał także przykład izraelskich sił zbrojnych, które nie strzelają do wszystkich pocisków przelatujących nad ich terytorium. – Oni strzelają do tego, co jest realnym zagrożeniem – powiedział wojskowy.