W 1910 r. oczekiwana długość życia przy urodzeniu wynosiła w Stanach Zjednoczonych około 50 lat. Nie oznaczało to jednak, że większość ludzi padała trupem około pięćdziesiątki. Statystykę znacząco zaniżała wysoka śmiertelność niemowląt i małych dzieci. Właśnie z tego okresu wywodzi się jedna z najpopularniejszych teorii spiskowych dotyczących współczesnej medycyny.
Według niej John D. Rockefeller, który dorobił się fortuny na przemyśle naftowym, przejął za pośrednictwem Abrahama Flexnera kontrolę nad szkolnictwem medycznym. Miał doprowadzić do zamknięcia szkół uczących zielarstwa i „naturalnych metod leczenia”, zastępując je systemem opartym na opatentowanych lekach wytwarzanych z surowców petrochemicznych. Od tego momentu – jak twierdzą zwolennicy tej narracji – lekarze mieli już nie leczyć przyczyn chorób, lecz utrzymywać pacjentów przy życiu, by koncerny farmaceutyczne mogły stale zarabiać.
To popularny mit rozpowszechniany w mediach społecznościowych. Rzeczywistość wyglądała inaczej. W 2024 r. oczekiwana długość życia w Stanach Zjednoczonych wynosiła około 79 lat. Oczywiście nie jest to wyłącznie zasługa reform edukacji medycznej – ogromne znaczenie miały także antybiotyki, szczepienia, poprawa warunków sanitarnych i dostęp do czystej wody. Trudno jednak uznać, że przejście na medycynę opartą na dowodach naukowych pogorszyło skuteczność leczenia.
Dlaczego amerykańska medycyna wymagała reformy?
Na początku XX w. amerykańskie szkolnictwo medyczne było bardzo nierówne. Choć większość stanów wprowadziła już licencje lekarskie, standardy nauczania pozostawały niskie i słabo egzekwowane. Szkoły medyczne różniły się poziomem, a część z nich działała bardziej jak komercyjne przedsiębiorstwa niż uczelnie.
Cztery lata później CME zleciła Fundacji Carnegie ocenę jakości szkół medycznych. To ważne, ponieważ wbrew popularnej teorii spiskowej raportu nie zamówili ani nie finansowali Rockefellerowie. Za jego przygotowanie odpowiadała Fundacja Carnegie, kierowana przez Henry'ego Smitha Pritchetta, który powierzył to zadanie Abrahamowi Flexnerowi. Instytucje finansowane przez Rockefellerów włączyły się dopiero później, pomagając wdrażać reformy.
Wnioski Flexnera były miażdżące.
„Nierzadko reklama kosztuje więcej niż laboratoria. Katalogi szkół pełne są przesady, nieścisłości i półprawd” – pisał w raporcie.
Po ocenie 155 szkół medycznych w USA i Kanadzie Flexner za wzór uznał Szkołę Medyczną Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa i zaproponował gruntowną reformę systemu.
W kolejnych dekadach większość zaleceń wprowadzono. Reforma podniosła poziom i ujednoliciła kształcenie lekarzy, a model łączący nauki podstawowe z praktyką kliniczną stał się wzorem także poza Ameryką Północną. Nie była to jednak wyłącznie zasługa jednego raportu – Flexner przyspieszył proces zmian, który rozpoczął się już wcześniej.
Reforma miała również ciemniejszą stronę. Wyższe koszty kształcenia i zamykanie słabiej finansowanych uczelni ograniczyły dostęp do studiów medycznych kobietom i czarnym Amerykanom. W ciągu 15 lat zamknięto 89 z 155 ocenianych szkół, w tym pięć z siedmiu uczelni kształcących czarnych lekarzy. Nie oznacza to jednak, że likwidowano je z powodów rasowych – wiele było po prostu źle wyposażonymi, komercyjnymi placówkami o bardzo niskim poziomie nauczania.
Gdzie tu spisek?
Zwolennicy teorii spiskowych mają jednak swoją wersję tej historii. Flexner wprowadził zmiany w edukacji lekarzy i zlikwidował ziołolecznictwo i homeopatię, po to, żeby zasilać kiesę Rockefellera. Naturalna medycyna miała ustąpić miejsca farmaceutykom opartym na produktach przemysłu naftowego. A słynny multimiliarder swoją fortunę zawdzięczał właśnie m.in. ropie.
Sam raport nie potępiał ziołolecznictwa ani wszystkich metod niekonwencjonalnych. Flexner odrzucał przede wszystkim systemy oparte na dogmatach, a nie na dowodach naukowych, takie jak homeopatia. „Nie można jednocześnie głosić nauki i dogmatu” – pisał. Nie oznacza to jednak, że homeopatia nie odegrała żadnej roli w historii medycyny. Jej popularność była w dużej mierze reakcją na agresywne i często szkodliwe praktyki XIX-wiecznej medycyny, takie jak upuszczanie krwi, silne środki przeczyszczające czy przypalanie.
Podobne zastrzeżenia Flexner miał wobec medycyny eklektycznej, czyli takiej w której metoda tereputyczna miała by być dostosowana do potrzeb pacjenta. W takim podejściu szeroko wykorzystywano preparaty roślinne. Problemem nie było jednak ich pochodzenie, lecz sposób nauczania. Jego zdaniem słabo finansowane uczelnie nie były w stanie rzetelnie uczyć nauk podstawowych, diagnostyki, farmakologii ani oceny skuteczności leczenia. Szkoły eklektyczne opisywał jako pozbawione odpowiednich laboratoriów, wyposażenia i zaplecza klinicznego. Podkreślał, że każdą terapię – niezależnie od tego, czy opiera się na substancjach naturalnych, czy syntetycznych – należy oceniać według tych samych naukowych kryteriów.
Znacznie ostrzej oceniał chiropraktyków i mechanoterapeutów. Określał ich mianem „pozbawionych skrupułów szarlatanów”, twierdząc, że właściwymi organami do zajęcia się nimi są prokurator i ława przysięgłych.
Spoglądając na to szerzej, Flexner na pewno nie był zwolennikiem medycyny alternatywnej, jednak nie z powodu złowrogiego spisku elit mającego służyć sprzedaży ropy naftowej do produkcji leków. Domagał się, aby niezależnie od stosowanej terapii lekarze byli kształceni w naukach podstawowych, umieli rozpoznawać stany kliniczne i obserwowali skutki leczenia u pacjentów. Nie prowadził krucjaty przeciwko ziołom jako substancjom leczniczym, lecz przeciwko zwalnianiu części terapii z obowiązku naukowej weryfikacji ze względu na wiarę w ich skuteczność.
Medyczna nafta
Rockefeller dorobił się fortuny dzięki Standard Oil, przede wszystkim na sprzedaży nafty oświetleniowej i innych produktów rafineryjnych, a nie leków. Sam raport Flexnera nie zawiera żadnych postulatów zastąpienia ziołolecznictwa „lekami z ropy”. Instytucje finansowane przez Rockefellerów rzeczywiście później wspierały reformę szkolnictwa medycznego, ale nie ma dowodów, że ich celem było zwiększenie sprzedaży produktów naftowych.
To prawda, że wiele współczesnych leków powstaje z wykorzystaniem surowców petrochemicznych. Nie oznacza to jednak, że są one „ropą w tabletce”. Surowce te stanowią jedynie punkt wyjścia wieloetapowej syntezy chemicznej, podobnie jak piasek jest punktem wyjścia do produkcji paneli fotowoltaicznych.
O bezpieczeństwie leku nie decyduje źródło surowca, lecz jego substancja czynna, sposób wytworzenia i oczyszczenia. Dobrym przykładem jest digoksyna – skuteczny lek pozyskiwany z naparstnicy. Mimo naturalnego pochodzenia jej przedawkowanie może prowadzić do ciężkich zaburzeń rytmu serca. „Naturalny” nie zawsze oznacza więc „bezpieczny”, podobnie jak petrochemiczne pochodzenie nie czyni leku szkodliwym.
Rozwój medycyny
Mit o wrogich siłach, które celowo ograniczają skuteczność medycyny, pozwala łatwo wyjaśnić, dlaczego mimo ogromnego postępu nauki nie wszystkich udaje się uratować. Trudno pogodzić się z faktem, że rozwój medycyny jest stopniowy, a część chorób wciąż pozostaje nieuleczalna. Psychologicznie łatwiej uwierzyć, że skuteczne terapie już istnieją, lecz ktoś ukrywa je dla własnych korzyści. Za takim myśleniem stoi potrzeba kontroli, skłonność do doszukiwania się ukrytych intencji oraz przekonanie, że wielkie tragedie muszą mieć równie wielką i celową przyczynę. Gdy ukochana babcia umiera na raka, łatwiej uznać, że odebrano jej dostęp do skutecznego leczenia w imię zysku, niż zaakceptować, że nawet współczesna medycyna ma swoje ograniczenia.