Pomnik, który zaczyna pękać
Jakub Nowak: Przez ostatnie lata patrzyłem na Zełenskiego bardziej jak na weterana niż polityka. Ostatnie wydarzenia i lektura twojej książki zaburzyły ten obraz. W jakim stopniu Zełenski-żołnierz to efekt wojny i jego osobowości, a jak bardzo świadomie wykreowana rola, którą pomogły zbudować aktorskie umiejętności?
Zbigniew Parafianowicz: Te elementy, nazwijmy je umownie sakralnymi, są częścią jego osobowości. To człowiek o wielu twarzach. Przede wszystkim jednak jest aktorem – jego pracą jest odgrywanie ról. Najpierw scenicznych, potem kabaretowych, a w końcu tej najważniejszej: przywódcy czasu wojny. Mam wrażenie, że właśnie zdolności aktorskie sprawiają, iż ten wizerunek jest tak trwały. Zełenski stworzył swoją pomnikową osobowość. Kilka dni temu w Mackiewiczówce w Czarnym Borze pod Wilnem odbyła się litewska premiera mojej książki. Spotkałem tam jednego z jego przyjaciół. Stwierdził, że ten krytyczny opis Zełenskiego i tak jest łagodny. Krótko mówiąc, uznał, że prezydent Ukrainy jest jeszcze gorszy. Taką opinię usłyszałem od osoby, która zna go od lat i z nim współpracowała. Nie ma jednak co specjalnie załamywać z tego powodu rąk. Przykre może być, że bohater, w którego wierzyliśmy, okazał się cynicznym politykiem w postsowieckim stylu. Dobrze świadczy to jednak o jego umiejętnościach, skoro przez tyle lat potrafił utrzymać wizerunek ojca narodu walczącego i cierpiącego za miliony. Granie obrońcy całego świata przed barbarzyńskimi hordami, przy jednoczesnym prowadzeniu brutalnej, wyrachowanej i cynicznej polityki, to trudna sztuka. W pewnym momencie iluzja musi jednak pęknąć. Tak po prostu dzieje się w polityce.
JN: Z jednej strony Zełenski jest aktorem, z drugiej od lat pełni funkcję przywódcy walczącego państwa. Takie doświadczenia zmieniają ludzi. Czy nie uważasz, że sam padł ich ofiarą? Czy po zakończeniu działań zbrojnych Ukraińcy będą musieli wybrać kogoś innego? Mam wrażenie, że do polityki czasu pokoju może już się nie nadawać.
ZP: Tak bywa. Spójrz na Lecha Wałęsę. Był dobrym przywódcą ruchu, który doprowadził do upadku komunizmu. Natomiast prezydentem był, najdelikatniej mówiąc, średnim. Czasami przywódcy okresu historycznego przełomu niekoniecznie sprawdzają się w takiej prozie życia. Ukraińcy po wojnie wybiorą swojego lidera. Wierzę w mechanizm demokratyczny. Bliscy współpracownicy Zełenskiego zwrócili mi uwagę, że z epidemią COVID-19 sobie kompletnie nie poradził. Gdyby standardy jego przedwojennej prezydentury trwały, to doprowadziłyby do całkowitej erozji jego poparcia.
Zełenski wszedł w wojnę jak fachowiec, bardzo pewnym krokiem. Dziś nadal stosuje ten sam styl przywództwa. Polityka jest jednak obarczona zbyt wieloma zmiennymi, by przesądzać, czy odnajdzie się w czasach pokoju. Stan wojny daje mu za to możliwość przygotowania sobie przedpola pod przyszłą batalię wyborczą. Może eliminować przeciwników, stosować kompromaty, wysyłać ludzi do więzienia. Ma takie kompetencje jako przywódca państwa. Jako prezydent może choćby nakładać sankcje na polityków czy biznesmenów. Jest równocześnie sędzią, prokuratorem i oficerem. Buduje sobie polityczne przedpole, ale na koniec dnia to Ukraińcy podejmą decyzję, komu powierzą stery.
UPA jako narzędzie polityki
JN: Skąd jednak ta decyzja o nadaniu jednostce wojskowej nazwy „Bohaterów UPA” i budowaniu panteonu, w którym zapewne znajdą się Szuchewycz czy Bandera? To wyłącznie gra pod prawicowy elektorat, czy także próba budowania morale w państwie wycieńczonym wojną, które ma dziś niewielu bohaterów mogących jednoczyć społeczeństwo?
ZP: To przede wszystkim decyzja polityczna. W każdym państwie jest grupa prawicowych wyborców, którzy lubią, gdy prezydent występuje w roli patrioty. Zełenski po prostu gra na ten elektorat.
Jednocześnie UPA jest dla części Ukraińców mitem założycielskim współczesnego narodu. Zełenski, jako aktor i polityk, doskonale rozumie siłę takich emocji. Wykorzystuje je świadomie i bardzo pragmatycznie, bo przynoszą polityczne korzyści. Z jego perspektywy to ważny element budowania tożsamości państwa. Problem polega na tym, że ten kult powstaje w sposób typowo postsowiecki. To kolejna rzecz, która upodabnia go do Rosji.
Rosjanie swój mit założycielski budują wokół wielkiego Związku Sowieckiego, czyli imperium kontrolującego piętnaście republik. Nie ma w nim miejsca na drugą stronę tej historii – Gułag i fakt, że ZSRR było gigantycznym więzieniem narodów. Podobnie część ukraińskich elit odwołujących się do UPA pomija niewygodne elementy własnego mitu: kolaborację z III Rzeszą i ludobójstwo około 100 tys. Polaków.
Nie da się jednocześnie być Europejczykiem i czcić sprawców ludobójstwa. To po prostu nie mieści się w dorobku cywilizacyjnym współczesnej Europy.
W relacjach z Polską Szuchewycz i Kłym Sawur odgrywają dodatkowo rolę kija, którym Zełenski przeciąga po prętach klatki. Gdy chce pokazać, że Polska jest państwem emocjonalnym i skupionym wyłącznie na historii, wyciąga z kieszeni tych zbrodniarzy i zapowiada, że za chwilę trafią do narodowego panteonu. W Polsce wywołuje to moralne oburzenie — i właśnie o to mu chodzi.
Reakcje po naszej stronie są mu potrzebne także po to, by przekonać Ukraińców, dlaczego integracja z Unią Europejską się nie powiodła. Trafiają przecież do ukraińskich mediów tradycyjnych i społecznościowych. Dzięki temu może powiedzieć swojemu elektoratowi: „Proszę bardzo, 40-milionowa Polska nie chce Ukrainy w Unii Europejskiej”. I nie chodzi tu o małe czy łatwe do zlekceważenia Węgry, lecz o jedno z największych państw regionu. W jego narracji brzmi to tak: „Duże europejskie państwo nie chce Ukrainy w Europie, a ja nic nie mogę z tym zrobić”. Temu właśnie służy polityka historyczna prowadzona na arenie międzynarodowej.
To metoda dobrze znana z postsowieckiej polityki. Zełenski bardzo przypomina pod tym względem Rosjan. Przed 2014 r., gdy na Zachodzie wciąż zakładano, że z Rosją można robić interesy, Polska ostrzegała przed jej agresywną polityką. W odpowiedzi słyszeliśmy, że kieruje nami rusofobią. Przedstawiano nas jako państwo nieracjonalne i uprzedzone.
Mam wrażenie, że Zełenski próbuje dziś uruchomić bardzo podobny mechanizm. Chce przykleić Polakom łatkę ukrainofobów i wysłać światu sygnał, że z naszym stanowiskiem nie należy się liczyć, bo wynika z emocji i historycznych resentymentów, a nie z racjonalnej oceny sytuacji. To cyniczne i bardzo wyrachowane. Jestem jednak przekonany, że polska dyplomacja bierze taki scenariusz pod uwagę.
JN: Co sądzisz o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego? Czy to potrzebny gest? A może to już gra Karola Nawrockiego na polski nacjonalizm?
ZP: Jeśli ktokolwiek gra dziś na nacjonalizmie, to właśnie Zełenski. To on rozpoczął tę grę. Otwiera się na prawe skrzydło sceny politycznej i uruchamia mechanizm konsolidacji Galicji – tej części Ukrainy, która w dużej mierze kształtuje tożsamość współczesnego państwa. Nawrocki odpowiedział gestem nieproporcjonalnym, ale przede wszystkim symbolicznym i relatywnie mało bolesnym dla strony ukraińskiej.
Uważam jednak, że Polska powinna zrobić więcej. Ma do tego odpowiednie narzędzia w procesie integracji Ukrainy z Unią Europejską. Należy blokować kolejne klastry negocjacyjne. Celem powinno być zniechęcenie ukraińskich władz do budowania tożsamości narodowej na tradycji ludobójstwa i kolaboracji z III Rzeszą.
Gloryfikowanie ugrupowania, które chciało budować państwo w sojuszu z Hitlerem, a którego żołnierze – UPA – wymordowali około 100 tys. Polaków, jest ślepym zaułkiem. Dlatego uważam, że gest Nawrockiego i wywrócenie stolika były potrzebne. To może być ostatni moment, by uświadomić stronie ukraińskiej, że zmierza w bardzo niebezpiecznym kierunku.
Czy wejście do Unii leży dziś w interesie Zełenskiego?
JN: Skoro tak, to dlaczego Zełenski idzie tą drogą?
ZP: Bo myśli krótkoterminowo. Uprawia politykę podporządkowaną najbliższym dwóm–trzem latom i własnej reelekcji. Jest jeszcze druga możliwość. Być może w Kijowie zakłada się, że Ukraina i tak nie stanie się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. W takiej sytuacji trzeba budować wewnętrzną legitymizację, własne mity i własny model rozwoju. Być może w tym sposobie myślenia nie ma sprzeczności między odgrywaniem roli militarnej „Siczy” na obrzeżach Europy, oferującej usługi wojskowe, a jednoczesnym kultem sprawców ludobójstwa.
JN: Z tego, co mówisz, wynika, że pełne członkostwo w Unii Europejskiej wcale nie leży dziś w interesie Zełenskiego.
ZP: Nie wierzę, że leży. Bo i po co?
On i jego skorumpowane otoczenie nie chcą przyjmować na siebie całego bagażu rozwiązań praworządnościowych i antykorupcyjnych. Bo nie mogliby dalej kraść.
Pełne członkostwo oznaczałoby nie tylko dostęp do wspólnego rynku, lecz także obowiązek przestrzegania unijnych standardów praworządności i kontroli instytucjonalnej. Tego Zełenski i jego otoczenie mogą nie chcieć.
W ich interesie jest przede wszystkim przystąpienie do jednolitego rynku europejskiego. Gospodarka ukraińska po wojnie będzie musiała znaleźć własny model rozwoju, a dostęp do rynku bez barier oznacza możliwość zarabiania pieniędzy. Jednocześnie trzeba będzie przekonać społeczeństwo, dlaczego Ukraina pozostanie poza Unią.
JN: Dlaczego więc Zełenski robi z Polski głównego winnego, a nie z państw, które rzeczywiście mają największy wpływ na rozszerzenie Unii, czyli Niemiec czy Francji?
ZP: Zełenski doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że największymi przeciwnikami rozszerzenia Unii na wschód będą przede wszystkim Francja i inne bogate gospodarki Europy Zachodniej. Nie może jednak atakować politycznego i ekonomicznego centrum Europy, dopóki trwa wojna. To tam zapadają decyzje o pieniądzach i pomocy dla Ukrainy.
Może natomiast grać przeciwko Polsce, bo uważa, że nie mamy już wiele do zaoferowania poza tym, że jesteśmy schronieniem dla milionów Ukraińców, którzy korzystają między innymi z programu 800+. Jednocześnie wie, że polskie władze nie zdecydują się wykorzystać ukraińskiej diaspory jako narzędzia nacisku z powodów humanitarnych i cywilizacyjnych.
W jego rozumieniu polityki Polska jest państwem drugoplanowym. Nie dysponuje pieniędzmi porównywalnymi z Niemcami, nie jest centrum decyzyjnym jak Berlin czy Paryż, nie ma też możliwości dostarczania Ukrainie takiej skali uzbrojenia. To dlatego nie ma nas w grupie E3 decydującej o kształcie rozmów pokojowych. Z jego perspektywy możemy być chłopcem do bicia, bo uważa, że nie mamy mu nic istotnego do zaoferowania.
Zełenski patrzy na Polskę oczami Rosjan
JN: A naprawdę nie mamy? Czy to jedynie sposób, w jaki Zełenski postrzega Polskę?
ZP: Bardzo głęboko się myli. Wojna kiedyś się skończy, a wtedy relacje w Europie znów będą kształtowane przez grę między państwami. Oczywiście Polska nie jest mocarstwem – ani finansowym, ani militarnym. Mamy jednak prawo głosu w instytucjach unijnych. Możemy współdecydować choćby o kształcie umowy o pogłębionej strefie wolnego handlu. To właśnie ona określi, na jakich zasadach Ukraina będzie handlować z Europą po wojnie. Od tego w dużej mierze zależy jej model rozwoju.
Jeżeli Polska zacznie prowadzić bardziej aktywną politykę bezpieczeństwa, będzie odgrywać ważną rolę w regionie. To nie zniszczona wojną Ukraina stanie się najbardziej atrakcyjnym partnerem dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, lecz Polska. Mamy największą armię na wschodniej flance NATO. Kijów liczy na to, że zdoła nas ominąć, oferując choćby gwarancje bezpieczeństwa państwom bałtyckim. Może przedstawiać się jako państwo zaprawione w boju, dysponujące dużą armią i zdolne świadczyć usługi wojskowe tym, którzy obawiają się Rosji. Uważam jednak, że Zełenski radykalnie nie docenia potencjału Polski, naszej pozycji w Europie, relacji ze Stanami Zjednoczonymi ani możliwości, jakie z tego wynikają.
JN: Polska pozostaje jednak najbardziej proamerykańskim państwem Unii.
ZP: Tak, tylko że dla Zełenskiego jest to argument przeciwko Polsce.
Uważa nas za sługusów Ameryki. Pod tym względem bardzo przypomina Rosjan. Oni przez lata mówili o naszej rusofobii i przedstawiali nas jako „pieska Ameryki”. Zełenski używa podobnych określeń – zarówno w nieoficjalnych rozmowach, jak i w dyplomacji. W jego ocenie zbyt często idziemy ręka w rękę ze Stanami Zjednoczonymi i bezrefleksyjnie realizujemy ich oczekiwania.
To oczywiście uproszczony i niesprawiedliwy obraz, ale bardzo podobny do tego, który przez lata budowała rosyjska propaganda.
JN: Czyli, parafrazując Nietzschego: „Jeśli długo spoglądasz w otchłań, otchłań również spogląda w ciebie”. Czy Zełenski zaczyna przejmować rosyjski sposób patrzenia na Polskę?
ZP: Zdecydowanie. Zaskakuje mnie liczba podobieństw między tym, jak Polskę postrzegała Rosja przed 2022 r., a tym, jak patrzy na nią dziś część ukraińskich elit. Budowanie tożsamości wokół rzekomej polskiej ukrainofobii czy przedstawianie Polski jako podporządkowanego Ameryce przyczółka to niemal kalka rosyjskiej narracji.
Klucz do deeskalacji jest w rękach Zełenskiego
JN: Obawiam się, że ten konflikt będzie narastał. Polska opinia publiczna nie odpuści kwestii UPA. Widać to choćby po rosnącym poparciu dla Grzegorza Brauna. Jaka jest przyszłość tego sporu? Poczta wozi koperty z orderami, ale co dalej? W ten sposób nie da się prowadzić polityki sąsiedzkiej. Ktoś będzie musiał ustąpić. Tylko kto?
ZP: Ustąpić powinna strona, która ten konflikt wywołała, czyli Zełenski i jego otoczenie. Nie spodziewam się jednak, że tak się stanie. W postsowieckiej kulturze politycznej nie ma miejsca na wycofywanie się z raz obranej drogi. Klucz do deeskalacji leży dziś po stronie prezydenta Ukrainy.
Polska wykazała dobrą wolę. Nawrocki dał Zełenskiemu dwa tygodnie na przemyślenie decyzji. Pojawiły się propozycje kompromisowe dotyczące nazwy jednostki wojskowej. Na stole leżało kilka scenariuszy rozwiązania kryzysu. Zełenski nie skorzystał z żadnego z nich.
Zamiast tego przekonywał, że to Polska odrzuciła możliwość kompromisu. To nieprawda. Być może uznał, że relacje z sąsiadem, z którym dzieli ponad 500 km granicy, nie mają dziś większego znaczenia. A może naprawdę wierzy, że powojenna odbudowa Ukrainy będzie mogła odbywać się z pominięciem Polski. Jeśli tak, to jest to bardzo niebezpieczna iluzja.
Zbigniew Parafianowicz – dziennikarz i reporter specjalizujący się w tematyce bezpieczeństwa, Europy Wschodniej oraz wojny rosyjsko-ukraińskiej. Były korespondent w Iraku i Afganistanie, autor książek Polska na wojnie, Śniadanie pachnie trupem i Kłopot z Zełenskim. Obecnie związany z Wirtualną Polską, gdzie publikuje materiały poświęcone polityce międzynarodowej i bezpieczeństwu oraz współprowadzi podcast „Bez Doktryny”.