Mit: Polska kawaleria szarżowała na niemieckie czołgi
Jakub Nowak: Kiedy myślimy o kampanii wrześniowej, często przed oczami staje obraz polskich ułanów z szablami szarżujących na niemieckie czołgi. Choć mit ten wielokrotnie obalano, wciąż pokutuje przekonanie, że polska armia tkwiła w XIX wieku i ruszyła konno przeciwko nowoczesnym, świetnie wyposażonym wojskom niemieckim.
Jan Błachnio: Zacząłbym od tego, że moim zdaniem należy unikać terminu „kampania wrześniowa”, podobnie jak coraz rzadziej używanego określenia „wojna obronna”. Kampania polska trwała nie tylko we wrześniu, ale również na początku października 1939 r. Nie była też wyłącznie wojną obronną. Wojsko Polskie podejmowało działania zaczepne na terytorium przeciwnika – Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” wkroczyła do Prus Wschodnich, a polski plan wojny zakładał również możliwość opanowania terytorium przeciwnika lub terytorium spornego. Armia „Pomorze” miała opanować Gdańsk.
Określenie „kampania polska” jest więc najbardziej jednoznaczne i uniwersalne. Wpisuje ją też w ciąg innych kampanii II wojny światowej – francuskiej, norweskiej czy bałkańskiej – zamiast przedstawiać jako oddzielne starcie.
Odcinanie kampanii polskiej od całości II wojny światowej leży również w propagandowym interesie Rosji. Pozwala podtrzymywać narrację, w której agresja ZSRR na Polskę i Finlandię czy aneksja krajów bałtyckich i Besarabii nie są traktowane jako części tego konfliktu. W rosyjskiej narracji jego kluczowym początkiem pozostaje niemiecka agresja na ZSRR 22 czerwca 1941 r.
JN: Wracając do kwestii ułanów nacierających na czołgi z szablami w rękach – czy dysproporcja sił była naprawdę tak ogromna?
JB: Ten krzywdzący obraz zawdzięczamy przede wszystkim filmowcom. Już w latach 1939–1940 w kinie włoskim pojawia się polska kawaleria szarżująca na czołgi. Ten sam obraz podtrzymał Andrzej Wajda w filmie „Lotna”, gdzie polscy ułani szarżują na niemieckie wozy pancerne, grane przez radzieckie T-34. Problem w tym, że 1939 r. istniały one jeszcze tylko na papierze. Prawie wszystkie pojazdy pancerne używane w kampanii polskiej nie były ani tak duże, ani tak silnie opancerzone i uzbrojone jak T-34. Ten anachronizm tylko wzmacnia wrażenie dysproporcji sił.
Polska armia nie była supernowoczesna na skalę Europy okresu międzywojennego, ale nie można też powiedzieć, że była w ogonie.
Polska planowała utworzenie trzech brygad pancerno-motorowych, choć w pełni udało się uzbroić jedną. Był to ogromny wydatek dla relatywnie biednego państwa. Problemem był nie tylko koszt zakupu sprzętu, ale też stosunkowo niski poziom rozwoju przemysłu ciężkiego i samochodowego oraz dostęp do paliwa.
Nie oznacza to również, że siły niemieckie wykorzystywały wyłącznie czołgi i pojazdy silnikowe. Do 1945 r. konie wykorzystywały wszystkie wojska. Mit polskiej XIX-wiecznej armii jest więc krzywdzący. Polska kawaleria była szkolona w nowoczesnym sposobie prowadzenia działań – koń służył przede wszystkim do przemieszczania żołnierzy, natomiast kawaleria, poza specyficznymi wyjątkami, walczyła pieszo. Gdy brakowało jednostek zmechanizowanych, szybkość armii zapewniał koń. W ówczesnej polskiej rzeczywistości łatwiej było też o siano niż o benzynę.
Mit: Niemcy zniszczyli polskie lotnictwo pierwszego dnia wojny
JN: Kolejnym silnie zmitologizowanym obszarem jest polskie lotnictwo. Czy rzeczywiście zostało zniszczone pierwszego dnia wojny i nie brało udziału w dalszych walkach?
JB: Niestety był to skansen. Polskie lotnictwo było przestarzałe, choć nie do tego stopnia, by latały w nim dwupłatowce z I wojny światowej. Nasze konstrukcje miały jednak korzenie w latach 20. XX w. Przed wybuchem II wojny światowej nie udało się wyprodukować ani wdrożyć nowoczesnego myśliwca, nie udało się też kupić takich maszyn za granicą.
W efekcie Polska posiadała bardzo nowoczesne samoloty bombowe. PZL.37 Łoś to bardzo udany samolot bombowy. Do tego stopnia, że ich zakupem byli zainteresowani nawet Brytyjczycy. Jednocześnie Polska nie posiadała nowoczesnych myśliwców. To jest o tyle dziwne, że w warunkach polskich można było przewidzieć, że przyszła wojna będzie starciem raczej obronnym niż zaczepnym. Bombowce są bronią ofensywną, myśliwce są bronią defensywną. Państwo znajdujące się między III Rzeszą a Związkiem Sowieckim powinno więc raczej rozwijać flotę myśliwców.
Nie jest jednak prawdą, że całe polskie lotnictwo zostało zniszczone pierwszego dnia wojny. Samoloty walczyły nawet w Samodzielnej Grupie Operacyjnej „Polesie”, tworzonej pod koniec września w dużej mierze z rozbitków innych jednostek. Pojedyncze maszyny wycofywały się na wschód wraz z pilotami, którzy nimi latali.
JN: Skąd jest ta opowieść o tej wielkiej skuteczności walki z polskim lotnictwem? To jest jakoś z propagandy niemieckiej?
JB: W dużej mierze tak, ale również sowieckiej. Sowieci, a dziś Rosjanie, twierdzą, że lotnictwo państw zachodnich walczących z hitlerowską agresją nie zdążyło poderwać się do walki i zostało zniszczone na ziemi. W narracji Kremla tylko sowieckie lotnictwo nie zostało zniszczone na ziemi i walczyło. To pocieszanie samych siebie, bo Sowieci tracą większość swoich samolotów na lotniskach w niemieckiej ofensywie w 1941 r.
Mit: Polska w ogóle nie była przygotowana do wojny z Niemcami
JN: Jak wyglądały polskie przygotowania do wojny? Czy było wystarczająco dużo czasu, by przygotować się do konfliktu z Niemcami?
JB: Polska od dawna spodziewała się wojny, jednak przede wszystkim ze Związkiem Radzieckim. Plan wojny przeciwko Niemcom zaczęto opracowywać bardzo późno, w latach 1938–1939, gdy konflikt był już u progu. Przygotowania prowadzono więc w dużym pośpiechu. Sztab Generalny w 1938 r. był już przekonany, że do wojny z Niemcami dojdzie, ale nie spodziewano się jej tak szybko. Zakładano raczej, że wybuchnie w latach 1940–1942, a być może nawet dopiero w 1945 r.
Europa Zachodnia myśli zaś, że w trakcie konferencji w Monachium udało się kupić więcej czasu. Nie wierzy w eskalację konfliktu.
Mit: Wehrmacht bez problemu rozbił zacofaną polską armię
JN: Jak wyglądało to z perspektywy Niemiec? Wehrmacht przedstawiany jest jako doskonale przygotowana, nowoczesna armia, która błyskawicznie pokonała Polskę. Czy rzeczywiście tak było?
JB: Wcześniejsze działania Wehrmachtu trudno było uznać za sprawdzian jego możliwości. Austria została zajęta bez jednego wystrzału, a zajęcie Czechosłowacji było niewiele więcej niż spacerem wojskowym – nie napotkano tam zdecydowanego oporu.
Atak na Polskę był więc w pewnym wymiarze działaniem doświadczalnym. Niemcy mieli na przykład trzy różne typy dywizji pancernych, by ocenić, który jest najskuteczniejszy. Późniejsze kampanie pokazują jednak ich przewagę – między 1939 a czerwcem 1941 r. upadają niemal wszystkie zaatakowane przez nich państwa Europy.
Nie powiedziałbym jednak, że kampania polska była dla Wehrmachtu spacerem. Zdarzały się przypadki niezadowalającej obrony, jak w przypadku dowodzonej przez Rómmla Armii „Łódź”, a jednostki niemieckie jeszcze przed końcem pierwszej dekady września znalazły się pod Warszawą. Polska obrona zadawała jednak Niemcom straty i osłabiała ich siły.
O tym, że kampania polska nie była dla Wehrmachtu spacerem wojskowym, świadczy bitwa nad Bzurą. Gdy Niemcy znajdowali się już pod Warszawą, dowódca Armii „Poznań” gen. Tadeusz Kutrzeba zaproponował uderzenie na skrzydło i tyły niemieckiej 8. Armii. 9 września polskie oddziały przeszły do działań zaczepnych i w pierwszej fazie bitwy (9–12 września) przejęły inicjatywę. Mogło to doprowadzić do załamania niemieckiego natarcia na Warszawę.
Mit: Francja i Wielka Brytania zdradziły Polskę
JN: Czy jednak polski plan obronny nie zakładał, że Francja i Wielka Brytania przyjdą nam z pomocą i zaatakują Niemcy od zachodu?
JB: Tak. Polska była związana traktatami sojuszniczymi z Francją i Wielką Brytanią. Francuzi mieli rozpocząć ograniczone działania ofensywne około trzeciego dnia mobilizacji, a głównymi siłami – od piętnastego dnia. Dlatego Wojsko Polskie broniło się wzdłuż granicy. Chodziło o to, żeby stawić opór natychmiast i wymusić działanie sojuszników.
JN: Jak to się ma do często powtarzanego hasła o „zdradzie Zachodu”?
JB: Francja i Wielka Brytania 3 września wypowiedziały Niemcom wojnę, ale za tym poszły bardzo ograniczone działania. Francuzi wkroczyli do Saary, a później się wycofali. Brytyjczycy zrzucali nad Zagłębiem Ruhry ulotki.
Nie powiedziałbym więc, że Zachód nic nie zrobił. Wielka Brytania pozostała w wojnie, a po upadku Francji była jedynym europejskim mocarstwem nadal walczącym z Niemcami. Faktem jest jednak, że sojusznicy nie zrobili wystarczająco dużo, by nie dopuścić do upadku Polski.
Kampania polska trwała około pięciu tygodni, więc czasu na zmobilizowanie, wyposażenie i skoncentrowanie wojsk było niewiele. Jednak nawet gdy sytuacja Polski była już katastrofalna, znaczna część niemieckich sił pozostawała zaangażowana na wschodzie. Francja mogła więc podjąć na zachodzie znacznie poważniejsze działania.
JN: Dlaczego tego nie zrobiła?
JB: Francuska doktryna była bardzo mocno ukształtowana przez doświadczenia I wojny światowej. Zakładano, że umocnienia pozwolą zatrzymać przeciwnika i doprowadzić do wojny pozycyjnej. Niemcy przyjęli inną koncepcję, opartą na głębokich działaniach związków pancernych współpracujących z piechotą zmotoryzowaną, artylerią i lotnictwem. Francuzi dużą część czołgów traktowali natomiast przede wszystkim jako wsparcie piechoty. Polska zresztą również wiele czerpała z francuskiej doktryny.
Prawda: Polacy nie spodziewali się szybkiej klęski
JN: Jak społeczeństwo polskie przyjęło wojnę? Czy wspomnienia I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej były nadal żywe i miały wpływ na to, jak Polacy przyjęli wybuch kolejnego konfliktu?
JB: Częściowo tak. Jednak bardzo duży wpływ na postawy społeczeństwa polskiego miała też propaganda sanacyjna, która zakładała, że nie oddamy Niemcom ani jednego guzika od munduru. Wojsko Polskie jest potężne, będzie ofiarnie walczyć przeciwko Niemcom i na pewno zwycięży.
Dla tych ludzi armia była świętością i chwałą państwa. Zwłaszcza dla młodego pokolenia wychowywanego w sanacyjnej szkole.
Dla tych ludzi armia była świętością i chwałą państwa. Zwłaszcza dla młodego pokolenia wychowywanego w sanacyjnej szkole. Byli bombardowani obrazem potężnej polskiej armii: czy to w placówkach edukacyjnych, czy w lekturach, na plakatach, czy przez różnego rodzaju organizacje młodzieżowe – harcerstwo, organizacje strzeleckie czy sportowe.
JN: Czy wychowanie patriotyczne w II RP sprzyjało więc późniejszemu rozwojowi Polskiego Państwa Podziemnego?
JB: Tak, choć byłoby zbyt dużym uproszczeniem uznanie go za bezpośrednią przyczynę. Starsze pokolenie miało doświadczenia konspiracyjne jeszcze z czasów I wojny światowej i działalności organizacji niepodległościowych, a młodsze wychowywano w przywiązaniu do państwa. Sprzyjało to powstaniu jednego z najbardziej rozbudowanych systemów państwa podziemnego w okupowanej Europie, obejmującego nie tylko wojsko, ale również na przykład podziemne sądy.
To pokolenie szczerze wierzyło, że ta wojna będzie wygrana. Kiedy stało się inaczej, młodzi ludzie nie rezygnowali z walki, a swój zapał przenieśli do konspiracji. Wiara w zwycięstwo przerodziła się w opór, który stał się fundamentem rozbudowanych struktur polskiego podziemia.