W tej całej „ekologii” najbardziej zastanawia mnie jeden paradoks. Od 30 lat słyszymy: kupujcie energooszczędne pralki, lodówki i żarówki, wymieniajcie sprzęt na coraz bardziej „eko”, zużywajcie mniej energii. I co? Rachunki za prąd zamiast maleć, rosną. Każą nam segregować śmieci, wykonując część pracy za system. Segregujemy — płacimy więcej za ich odbiór.
Obywatel ma być coraz bardziej „eko”, a jego rachunki coraz mniej ekonomiczne. Ekologia? Można więc zapytać: kto właściwie korzysta finansowo na tej zielonej rewolucji? Bo jeśli po trzech dekadach oszczędzania energii i segregowania odpadów przeciętny człowiek płaci coraz więcej, to trudno dziwić się ludziom, którzy zamiast „eko” zaczynają widzieć w tym po prostu eko-wał. – napisał w sieci Tomasz Zieliński, poseł PiS.
Po pierwsze: czy rachunki rosną?
Tak. Rachunki za energię elektryczną w Polsce rosną. W ciągu ostatnich 30 lat wzrosły wielokrotnie. Gdy jednak uwzględnimy inflację oraz wzrost wynagrodzeń, obraz nie jest już tak jednoznaczny. Choć za 1 kWh płacimy dziś nominalnie znacznie więcej niż w latach 90. i na początku XXI w., przeciętne wynagrodzenia rosły jeszcze szybciej. W efekcie za przeciętną pensję można obecnie kupić więcej kilowatogodzin energii niż w 1996 r.
Po drugie: dlaczego rosną?
Odpowiedzi jest kilka, ale najistotniejsza jest taka, że statystyczne gospodarstwo domowe ma dziś po prostu więcej sprzętu elektrycznego niż jeszcze trzy dekady temu. W 1996 r. dominowały telefony stacjonarne, dziś niemal każdy dom ma smartfony, laptopy, router Wi-Fi, tablety, smartwatche, telewizory, konsole czy głośniki strumieniowe, z których wiele pozostaje stale podłączonych do prądu. Do tego dochodzą nowoczesne urządzenia AGD, takie jak roboty sprzątające, frytkownice beztłuszczowe, multicookery czy inteligentne roboty kuchenne, a także klimatyzatory i dziesiątki ładowarek.
Po trzecie: czy byłyby dużo wyższe
Przed jeszcze wyższymi rachunkami ratuje nasz energooszczędny sprzęt i segregacja śmieci. Gdyby poseł Zieliński nie zmienił lodówki od lat 90., to przy obecnych cenach energii za sam prąd płaciłby wielokrotność tego, co prawdopodobnie widzi dzisiaj na swoim rachunku.
Podobnie jest z opłatami za odpady. Zgodnie z ustawą stawka za odpady niesegregowane jest wyższa od opłaty za odpady segregowane, często nawet dwukrotnie. Jednocześnie od lat 90. wyraźnie wzrosła ilość wytwarzanych odpadów – przeciętny Polak produkuje dziś znacznie więcej śmieci niż trzy dekady temu. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) wynika, że w 1996 r. obywatel naszego kraju produkował około 230–250 kg odpadów rocznie. Dziś generuje już 381,6 kg śmieci.
W dużym skrócie: działania „eko” nie sprawiły, że żyjemy taniej, ale uchroniły nas przed jeszcze brutalniejszymi podwyżkami.
Po czwarte: doszły opłaty, na które nie mamy wpływu
Dziś dużą część rachunku stanowią koszty niezależne od faktycznego zużycia energii. Należą do nich opłaty dystrybucyjne – stałe i zmienne, związane z utrzymaniem i modernizacją sieci – a także abonament oraz opłata mocowa, odpowiadająca za około 8 proc. rachunku. Choć cena samej energii w taryfach na 2026 r. spadła, wzrost kosztów dystrybucji sprawił, że końcowe rachunki wzrosły.
Polska energetyka w dużej mierze opiera się na węglu, a każda elektrownia węglowa musi kupować uprawnienia do emisji CO2 w unijnym systemie ETS. Koszt tych uprawnień jest wliczany w hurtową cenę prądu. Im wyższy koszt emisji, tym droższa staje się produkcja energii. Choć mniejsze zużycie prądu pozwala obniżyć rachunek, nie decyduje o jego ostatecznej wysokości. Znaczną część stanowią bowiem opłaty stałe, niezależne od liczby zużytych kilowatogodzin.
Po piąte: czy poseł ma wpływ na ich wysokość
Z badania IPSOS przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej” w 2021 roku wynikało, że zdaniem 63 proc. badanych za wysokie ceny energii odpowiada rząd PiS (wówczas tzw. Zjednoczona Prawica). Winę Unii Europejskiej wskazało znacznie mniej, bo 28 proc. badanych. Jeszcze mniej, bo 19 proc. ankietowanych, za wysokie ceny wini firmy produkujące energię. Kontrolowane przez ówczesny rząd grupy energetyczne były obsadzone działaczami partii Jarosława Kaczyńskiego.
Posłowie Prawa i Sprawiedliwości, w tym poseł Zieliński, w ciągu swoich ośmiu lat rządów mieli i nadal mają realny wpływ na to, jak ostatecznie wyglądają nasze rachunki za prąd. To ich wieloletnie decyzje ukształtowały obecną strukturę kosztów produkcji energii w Polsce.
Po szóste: „EKO-wał” i „OZE-sroze”
Niedawne określenie Przemysława Czarnka „OZE-sroze” kontrastuje z polityką prowadzoną przez rządy PiS. To właśnie w tym okresie nastąpił gwałtowny rozwój fotowoltaiki, napędzany m.in. programem „Mój Prąd” oraz środkami unijnymi. Miliony Polaków mogły uzyskać dofinansowanie instalacji paneli fotowoltaicznych, a udział odnawialnych źródeł energii systematycznie rósł. W 2025 r. OZE odpowiadały już za około 31 proc. produkcji energii elektrycznej w Polsce – był to najwyższy wynik w historii.
Dlaczego poseł Zieliński to napisał?
Zrzucanie odpowiedzialności za rachunki na Unię Europejską jest wielkim uproszczeniem, które ignoruje fakt, że rząd Prawa i Sprawiedliwości (którego poseł jest członkiem) przez 8 lat aktywnie uczestniczył w tworzeniu i wdrażaniu tych przepisów, czerpiąc z nich jednocześnie gigantyczne zyski do budżetu państwa. Dlaczego więc poseł Zieliński to robi?
1. Budowanie narracji antyunijnej. Przerzucanie winy na „tę złą Unię” to stały element strategii politycznej Prawa i Sprawiedliwości.
2. Polityczna gra na emocjach. Rosnące rachunki za prąd i wywóz śmieci uderzają w portfele każdego, więc politycy wykorzystują frustrację społeczną do budowania kapitału wyborczego.
3. Przekaz partyjny dotyczący kampanii. PiS przygotowuje się do powrotu do władzy. Krytyka obecnego systemu oraz stawianie się na równi ze zwykłymi „poszkodowanymi” ma pokazać PiS jako jedyną alternatywę chroniącą „zwykłego obywatela”.
Przeczytajcie też: Minister cyfryzacji potwierdza cyberatak. „Może dotyczyć 19 mln Polaków”