Władza, pieniądze i polityka. Jak działa leśne imperium?

Sezon grzybowy w pełni. Polacy weszli we włości jednego z najbardziej zakulisowych graczy polskiej sceny politycznej – Lasów Państwowych. O tym, jak działa układ kontrolujący ćwierć Polski i czy rzeczywiście dba on o polską przyrodę, rozmawiam z Aleksandrem Gurgulem, dziennikarzem śledczym.

Władza, pieniądze i polityka. Jak działa leśne imperium?
fot. Unsplash, Sprawdzam To

Jakub Nowak: Czy Lasy Państwowe (LP) można określić mianem państwa w państwie?

Aleksander Gurgul: Moim zdaniem oczywiście można.

JN: Jak zbudowały taką pozycję?

AG: To zarządca olbrzymiego kawałka majątku Skarbu Państwa, czyli czegoś, co należy do nas wszystkich. Łącznie to około jednej czwartej Polski.

To małe imperium, z którego zyski powinno głównie czerpać państwo i społeczeństwo, a tymczasem na funkcjonowaniu LP korzyści odnoszą w dużej mierze sami leśnicy, jedna z najlepiej opłacanych grup zawodowych w Polsce.

Źródło: PAP
Źródło: PAP

Podwaliną do tego jest zasada, że LP się samofinansują. Co to oznacza? Po przemianach w 1989 r. w Polsce zapadła decyzja, że lasy nie zostaną sprywatyzowane (i dobrze!), ale leśnicy będą się sami utrzymywać z pieniędzy, które wypracują. Na początku było im ciężko, pensje były niskie, ale z biegiem lat LP zamieniły się w coś, co można dziś nazwać instytucją dobrobytu. To wyraźnie widać po pensjach leśników. W pewnym momencie zacząłem tworzyć „ranking leśnych krezusów”, bo znaczna grupa leśników na wysokich stanowiskach zarabiała już po kilkanaście, a niekiedy ponad 25 tys. zł miesięcznie (dyrektor generalny Józef Kubica za czasów PiS miesięcznie inkasował 42 tys. zł). Do niedawna leśnicy mieli też sporo przywilejów, np. tani wykup leśniczówek z bonifikatą sięgającą nawet 95 proc.

JN: Jaka jest realna siła Lasów Państwowych? Na czym konkretnie polegają ich wpływy?

AG: Lokalnie leśnicy to ważne postacie, często decydują o lokalnym rynku pracy (sami dają pracę w LP, ale także poprzez zlecenia na wykonanie prac leśnych decydują, ile pracy będzie w danym roku w gminie), o tym, gdzie powstaną albo zostaną wyremontowane drogi etc. Jeśli leśnik jest ponadto np. radnym gminnym, powiatowym lub wojewódzkim, to jego pozycja jest jeszcze mocniejsza.

Leśnicy na wyższych stanowiskach, np. dyrektorów regionalnych, to już naprawdę wpływowe figury polityczne. Zresztą za rządów PiS-u można było odnieść wrażenie, że dyrektorów regionalnych i generalnego mianuje się z klucza partyjnego. A ponieważ Lasy Państwowe dysponują olbrzymimi środkami z wycinki lasów, służą politykom także jako skarbonka wyborcza.

Za czasów PiS na hojności leśników korzystał m.in. Kościół katolicki (postacią, która obrosła już legendą, był ksiądz Tomasz Duszkiewicz) czy koła gospodyń wiejskich, ale olbrzymie pieniądze pompowano także w drogi w okręgach, z których wywodzili się politycy prawicy. Miliony zostały wydane także na kampanie quasi-polityczne.

JN: A kto właściwie kontroluje Lasy Państwowe?

AG: W teorii nadzoruje je minister ds. środowiska, ale to czasem brzmi jak żart, bo sami leśnicy mówili mi, że oni las bardziej traktują jak rolnicy zboże. Chodzi o to, żeby zebrać i spieniężyć plon, tyle że pracuje się na roślinach, które rosną dłużej niż jeden sezon. Niektórzy uważają więc, że LP powinny podlegać resortowi rolnictwa.

W związku z tym, że LP się samofinansują, mają sporą dowolność w wydawaniu pieniędzy. Ale ta niezależność może być złudna. W LP panuje bowiem silna hierarchia i np. taki nadleśniczy może w jeden dzień stracić stanowisko. A ponieważ zarabia pokaźną pensję, będzie robił wszystko, żeby nie stracić „stołka”. Niestety rodzi to ryzyko, że zacznie wykonywać polecenia dyktowane z partii, która akurat jest u władzy.

JN: Czy po zmianie władzy w 2023 r. w Lasach Państwowych coś się zmieniło?

AG: Wprowadzono kilka kosmetycznych zmian, zahamowano m.in. wyprzedaż leśniczówek. Dziś młodzi ludzie za metr kwadratowy mieszkania płacą w miastach po kilkanaście tysięcy złotych i zaciągają na to kredyty na lata, a tymczasem leśnik mógł wykupić sobie nieruchomość od pracodawcy za kilka tysięcy.

Druga sprawa to kwestia rezerwatów przyrody, które zaczęły powstawać na terenach, którymi zarządzają Lasy Państwowe. Rezerwaty powstają po latach zaniedbań, wciąż jest ich mało i nowe powstają powoli, ale leśnicy przynajmniej współpracują z władzą przy ich tworzeniu. Przestali być zawalidrogą.

Nie słyszałem też, żeby za pieniądze z wycinki lasów robiono leśnikom albo politykom kampanie wyborcze. Kiedy rządził PiS, leśnicy w mundurach jeździli na spotkania wyborcze prawicowych polityków. Od 2023 r. nie przypominam sobie, żeby mundur leśnika był tłem dla wiecu partyjnego, ale może coś przeoczyłem.

JN: Jaka jest wizja polskich lasów w wykonaniu Lasów Państwowych?

AG: Lasy w Polsce mają przede wszystkim dostarczać na rynek surowiec. Branża drzewna pewnie jeszcze by dodała w tym miejscu, że ten surowiec powinien być jak najtańszy. Z kolei sami leśnicy, z którymi rozmawiałem przy okazji pisania książki, mówili mi, że w pracy czasem wręcz się nudzą, muszą wypełniać stosy papierów, tabelki w Excelu etc. Niekiedy tygodniami nie wchodzą nawet do lasu.

Jeśli ktoś z nas ma wizję gajowego, który wędruje między drzewami i przyjaźni się z dzikimi zwierzętami, to ma romantyczną wizję tego zawodu. Leśnicy sami podkreślają, że chcą, aby społeczeństwo widziało w nich menadżerów z laptopami i tabletami w dłoniach, którzy sprawnie zarządzają naszym wspólnym majątkiem.

JN: W jakim stopniu Lasy Państwowe chronią polską przyrodę?

AG: Chronią przyrodę, bo mają taki obowiązek. Leśnicy nie robią nam żadnej łaski, mówiąc, że np. tworzą strefy ochronne dla rzadkich ptaków na terenach podmokłych albo dla niedźwiedzi w górach. Oni po prostu mają przestrzegać prawa.

Jak jednak w książce mówi mi jeden z byłych strażników leśnych, który z zamiłowania jest też ptasiarzem, w nadleśnictwach często ochronę przyrody traktuje się jak kwiatek do kożucha, jak coś, co ma ocieplić wizerunek leśników.

JN: Kim są „zulowcy” i jak działa ten system?

AG: Zakłady Usług Leśnych działają w całej Polsce. Czasem mogą to być małe firmy rodzinne, innym razem spore przedsiębiorstwa, które mają harvestery za kilkaset tysięcy złotych i zgarniają kontrakty za miliony złotych na prace w lasach. Problem robi się wtedy, gdy na lokalnym rynku działa tylko jeden ZUL, który nie ma konkurencji i może w dużej mierze dyktować ceny usług. Leśnicy, z którymi rozmawiałem na Podlasiu, często narzekali w rozmowach ze mną, używając sformułowań „mój ZUL to” albo „mój ZUL tamto”. Nie mieli alternatywy i często słono płacili za wycinkę drzew, choć wiedzieli, że mogliby znacznie mniej, widząc ceny tych samych usług w innych częściach Polski.

JN: Jak wygląda sytuacja pracowników ZUL-i?

AG: Najgorzej mają ci, którzy pracują w regionach, gdzie nie ma alternatyw dla pracy w lesie. Skazani są na to, co dyktują im z jednej strony leśnicy, a z drugiej właściciele przedsiębiorstw. Trzeba pamiętać, że praca w lesie jest niebezpieczna – co roku w wypadkach przy wycince ginie kilka–kilkanaście osób. Powstała nawet mapa takich wypadków.

JN: A jak właściwie zostaje się dziś leśnikiem w Lasach Państwowych? Na ile jest to środowisko otwarte dla ludzi z zewnątrz, a na ile hermetyczne?

AG: Leśników kształcą głównie trzy uczelnie: w Warszawie, Poznaniu i Krakowie. Znam przyrodnika, który nie tylko pochodzi z leśnej rodziny, ale jeszcze studiował leśnictwo na jednej z tych uczelni. Nie pracuje jednak w LP, bo za dobrze zna to środowisko. Wolał przyrodę chronić przed wyrębem, robi to zresztą do dziś. W książce opowiada bardzo interesująco, jak jego koledzy ze studiów najpierw mieli poglądy podobne do niego, potem poszli do pracy w LP i tam nasiąkali inną retoryką.

JN: Wokół Lasów Państwowych często pojawia się temat rodzinnych i osobistych powiązań. Jak to wygląda w rzeczywistości? Jak duże znaczenie mają znajomości i układy?

AG: Kiedy pisałem książkę, pojawiał się temat „leśnych rodów”, które wygodnie miały umościć się w niektórych regionach Polski na pracy w LP. Temat badałem tylko pobieżnie, ale faktycznie pojawiały się sytuacje, gdy mąż i żona albo rodzeństwo pracowali w strukturach LP, np. w sąsiednich nadleśnictwach. Leśnicy często podkreślali też w rozmowach ze mną, że to zawód przekazywany z ojca na syna. Co to dla nich oznaczało? Mniej więcej tyle, że jak ojciec sadził gdzieś las, to zetnie go dopiero syn albo wręcz wnuk.

Nasi autorzy