Wirus to najgorszy biznesplan w historii kapitalizmu

Koncepcja „wypuszczono zarazę, żeby zarobić na lekach”. To hipoteza równie sensowna, co podpalenie własnej kamienicy, by zarobić dwieście złotych na sprzedaży powerbanków gapiom, chcącym nagrywać pożar.

Wirus to najgorszy biznesplan w historii kapitalizmu
fot. Getty Images, Sprawdzam to

Grudzień 2019 r., targowisko owoców morza Huanan w Wuhan. Tysiące sprzedawców i kupujących stłoczonych na 50 tys. m² jednego z największych hurtowych targów żywności w centralnych Chinach. Powietrze ma gęstość kisielu i zapach parującego moczu, rozkładających się wnętrzności, patroszonych ryb i chloru, którym bezskutecznie próbuje się zdezynfekować tę mikrobiologiczną zupę.

Wciśnięty między plastikowe klatki handlarz w gumowcach ściera przedramieniem pot z czoła, po czym rzeźnickim tasakiem przecina gardło kolejnego zwierzęcia. W piętrzących się pod blaszany dach klatkach tłoczą się dzikie zwierzęta. Krew, ślina i odchody mieszają się w wilgotnym zaduchu. Wirus nie potrzebuje pozwolenia. Potrzebuje tylko okazji i pechowca, którego organizm pozwoli mu się namnożyć.

Niewiele kilometrów dalej szumią turbiny wentylacyjne Instytutu Wirusologii w Wuhan (WIV). W sterylnych laboratoriach badacze zajmują się koronawirusami nietoperzy, próbując zrozumieć, jak patogeny pokonują bariery międzygatunkowe.

Dwa światy, dwie zupełnie różne opowieści o tym, jak nasza cywilizacja dostała po twarzy od wirusa mierzącego około stu nanometrów. Pierwsza wersja to święty ogień ewolucji, który przeskoczył z dzikiego rezerwuaru wprost do ludzkiego gardła. Druga to koszmar laboratoryjnego wycieku, ponura farsa o zaniechanych procedurach, zmęczonym techniku i badaniach nad zwiększaniem funkcji patogenów.

Obie hipotezy stoją dziś naprzeciw siebie na barykadzie usypanej z nieudostępnionych danych, raportów wywiadu i politycznej histerii. Według przywołanego badania 84,1 proc. ankietowanych naukowców uznało naturalne pochodzenie wirusa za najbardziej prawdopodobne, a 15,9 proc. wskazało na możliwość wycieku z laboratorium. Ścieżka ewolucyjna wygrywa, ale niepewność pozostaje. Do dziś nie odnaleziono bowiem zwierzęcia zakażonego wirusem będącym bezpośrednim przodkiem SARS-CoV-2.

Probówka Pana Boga

Współczesny człowiek woli wierzyć, że koniec jego świata zaplanowano przy lśniącym szkle stołu laboratoryjnego, niż przyjąć do wiadomości, że upokorzył go ślepy traf lepiący mikroskopijne kawałki kwasu nukleinowego w jelicie nietoperza. Wolimy widzieć w epidemii biznesplan, bo alternatywa – bezduszna, ślepa ruletka ewolucji – odbiera nam resztki iluzji, że w ogóle trzymamy rękę na czymkolwiek.

Wierzymy, że farmaceutyczne korporacje dysponują sztabem geniuszy zła pokroju doktora No, którzy na polecenie zarządu wypuszczają na rynek patogen idealny. Mikroba, który napędzi panikę, ale nie zabije zbyt wielu klientów.

Tymczasem natura nie potrzebuje grantów, klimatyzowanych laboratoriów ani zgody komisji bioetycznej. Dysponuje największym reaktorem mutagennym we wszechświecie – miliardami lat prób, błędów i niezliczoną biomasą nosicieli. Według szacunków Global Virome Project w organizmach dzikich ptaków i ssaków może krążyć od 1,6 do 1,8 mln nieznanych jeszcze wirusów, z których setki tysięcy mogą mieć potencjał zakażania ludzi.

Ludzki umysł odczuwa organiczny wstręt do przypadku. Ewolucja ukształtowała nas jako mistrzów rozpoznawania wzorców. Nasi przodkowie na sawannie woleli wziąć szelest suchej trawy za czającego się drapieżnika niż zbagatelizować powiew wiatru. Koszt błędu był wysoki – życie. Ta sama ewolucyjna maszyneria, która ocaliła nasz gatunek przed kłami kotów szablozębnych, we współczesnym świecie globalnych kryzysów płata nam figle.

Kiedy wybucha hekatomba, paraliżująca gospodarkę, zamykająca nas w domach i odbierająca bliskich, opowieść o ślepym kaprysie natury wydaje się obraźliwa. O ileż bardziej znośna staje się wizja złoczyńców, których można wskazać palcem i obarczyć winą. Teoria o laboratoryjnym spisku Big Pharmy nie jest w istocie owocem dociekliwości, lecz mechanizmem obronnym. Tym bardziej że podczas kryzysów zdrowotnych niektóre korporacje biotechnologiczne rzeczywiście zarabiają gigantyczne pieniądze. Tyle że wirusy nie grają na giełdzie. Rządzi nimi czysty imperatyw kopiowania własnego genomu w celu przetrwania i transmisji.

Ruletka w tropikalnym lesie

Prawdziwa fabryka pandemii działa non stop, na otwartej przestrzeni, w pełnym słońcu i w tropikalnym błocie, na powierzchni milionów kilometrów kwadratowych. To zjawisko, które biolodzy ewolucyjni nazywają odzwierzęcym przeskokiem patogenu. Zanim wirus dotrze do człowieka, przez tysiąclecia żyje w idealnej równowadze ze swoim naturalnym gospodarzem – w organizmach dzikich ptaków, gryzoni czy nietoperzy. Te ostatnie są zresztą biologicznym fenomenem – ich układ odpornościowy, przystosowany do radzenia sobie z ogromnym stresem metabolicznym podczas aktywnego lotu, potrafi tolerować obecność patogenów, które dla każdego innego ssaka oznaczałyby natychmiastową śmierć.

Dopóki dzika przyroda pozostawała oddzielona od cywilizacji buforem gęstych lasów i niedostępnych mokradeł, wirusowe rezerwuary żyły własnym życiem. My jednak postanowiliśmy ten bufor zlikwidować. Wylesianie dorzecza Amazonki, wycinka lasów deszczowych w Azji Południowo-Wschodniej pod uprawy palmy olejowej, ekspansja wielkich miast w głąb dotychczas dziewiczych terenów – to wszystko sprawia, że wkraczamy z buciorami w świat, z którym nasi przodkowie nie mieli kontaktu. Każde wycięte drzewo zmusza nietoperze do szukania schronienia w pobliżu podmiejskich domów, upraw czy w chlewni.

W 1994 r. w jednej ze stajni w Hendra, na przedmieściach Brisbane w Australii, zaczęły chorować konie. Puchły im głowy, a z chrap wylewała się krwawa piana. Wiele z nich padło. Nikt nie wiedział, dlaczego. W tym czasie jeden z pracowników stajni, Vic Rail, zapadł na chorobę, którą uznano za grypę. Niestety, jego płuca wypełniły się płynem i Vic zmarł. We wszystkich incydentach związanych z wirusem padło ponad 100 koni i zmarły cztery osoby, które miały z nimi kontakt.

Australijczycy znaleźli winnego. Były nim wielkie roślinożerne nietoperze z rodziny rudawkowatych (Pteropodidae) zwane kalongami lub latającymi lisami. To z nich wirus przeskoczył na konie, a później na człowieka.

Wielkie nietoperze żyją w tej części Australii od ponad 20 mln lat. Ich naturalnym siedliskiem są lasy deszczowe, które zostały rozdrobnione przez drogi, wyrąb i gospodarstwa rolne; ich źródła pożywienia stawały się coraz trudniejsze do zlokalizowania, także z powodu zmieniającego się klimatu. W konsekwencji nietoperze, szukając znikających drzew owocowych, zbliżyły się do cywilizacji i zamieszkały w pobliżu gospodarstw rolnych. Tam zanieczyszczają roślinność odchodami i śliną, a w nich patogenem, znanym dzisiaj jako wirus Hendra, który zaatakował konie, a w następnej kolejności – człowieka.

Związek wirusa Hendra z nietoperzami zaniepokoił epidemiologów. Alarm zaświecił się na czerwono w 1998 r. w Malezji, gdzie pojawił się wirus Nipah, bliski krewny wirusa Hendra. Mniej więcej w tym czasie w Azji i Australii odkryto dwa kolejne wirusy pochodzące od nietoperzy. Wirus Nipah był szczególnie przerażający. Został zidentyfikowany i wyizolowany w 1999 r. wśród świń i ich hodowców. Wywołuje on stosunkowo łagodną chorobę u świń, które zarażają się zainfekowanymi owocami strącanymi z drzew przez nietoperze. U ludzi wygląda to gorzej. Dochodzi do zapalenia mózgu. Choroba odpowiada za 75-procentową śmiertelność, a co trzeci z tych, którzy przeżyją, ma deficyty neurologiczne. W 1999 r. zmarło około 110 osób i aby przerwać łańcuch zakażeń dokonano uboju ponad miliona świń.

Do tego włącza się współczesna machina rolnictwa przemysłowego. Tysiące genetycznie identycznych świń lub kurczaków, stłoczonych w zamkniętych halach na fermach wielkoprzemysłowych, to dla wirusa wymarzony plac zabaw. Jeśli w takim stadzie pojawi się patogen, nie trafia na żadne zróżnicowanie genetyczne, które mogłoby zatrzymać transmisję. Działa jak zapałka rzucona w suchą trawę.

Na drugim biegunie mamy targowiska dzikich zwierząt, gdzie w klatkach ustawionych piętrowo jedna na drugiej trzyma się obok siebie gatunki, które w naturze nigdy by się nie spotkały: cywety, łuskowce, węże, kaczki... Krew, ślina i odchody z górnych klatek kapią bezpośrednio na zwierzęta umieszczone niżej. W takich warunkach ewolucja nie potrzebuje milionów lat. Dostaje idealne laboratorium mieszania genów, w którym wirusy wymieniają się fragmentami kodu z prędkością, o jakiej żaden inżynier genetyk nie mógłby marzyć.

„Wkroczyliśmy w epokę pandemii”, napisał w swojej pracy dr Anthony Fauci z National Institute of Allergy and Infectious Diseases (NIAID). Badanie maluje obraz przyszłości, w której zarazy stają się coraz liczniejsze. Wydaje się, że epidemia hiszpanki z 1918 r., która zabiła co najmniej 50 mln ludzi na świecie, powinna być sygnałem ostrzegawczym. Fauci w swoim artykule wymienia także AIDS z 37 mln ofiar i nie pomija epidemii z ostatnich lat. Śmiertelna lista zawiera świńską grypę z 2009 r., chikungunyę z 2014 r. i zikę z 2015 r. Do tego dochodzi Ebola od lat obecna w Afryce i koronawirusy: SARS-CoV z lat 2002–2003, który na szczęście zniknął, i MERS z 2012, pochodzący od wielbłądów – ten nie znalazł metody na skuteczne rozprzestrzenianie się wśród ludzi. Natura ma w rękawie setki tysięcy biologicznych asów i tasuje tę talię każdego dnia, przy każdym kęsie mięsa niewiadomego pochodzenia, przy każdym drzewie ściętym w tropikalnym lesie. Sugestia, że w obliczu takiego oceanu zagrożeń potrzebujemy dopiero laboratoryjnych spiskowców, by stworzyć zarazę, brzmi jak komplement pod adresem ludzkiej zarozumiałości.

fot. Getty Images
fot. Getty Images

Syndrom Frankensteina

Inżynieria genetyczna zostawia w kwasie nukleinowym pewne ślady. Gdy zespół Kristiana Andersena ze Scripps Research Institute publikował w marcu 2020 r. na łamach „Nature Medicine” głośną pracę The proximal origin of SARS-CoV-2, bioinformatycy na całym globie mieli już na monitorach pełne sekwencje genomowe koronawirusa. Gdyby patogen projektował sztab biostatystyków i biochemików pracujących na zlecenie koncernu, użyliby modeli komputerowych wskazujących na zupełnie inne podstawienia aminokwasów. Natura podjęła odmienną decyzję i przez dekady budowała wirusa w jaskiniach prowincji Junnan w rezerwuarze małych i średnich nietoperzy – podkowców (Rhinolophus). Patogen powstał w odchodach, wilgoci i ciągłej wymianie fragmentów genetycznych między zakażonymi zwierzętami. Twierdzenie, że tysiące niezależnych laboratoriów uniwersyteckich podjęło decyzję o zachowaniu zasady omerty, by ukryć korporacyjne „znaki wodne” w genomie, zakłada poziom globalnej lojalności, jakiej ludzkość nie widziała nawet przy budowie wieży Babel.

Współczesna nauka nie jest ślepa. Genom wirusa nie jest abstrakcyjnym pojęciem – to bardzo konkretny ciąg liter, nukleotydów, który dziś potrafimy odczytać w kilka godzin i prześwietlić na wylot w poszukiwaniu jakichkolwiek anomalii. Jeśli chcemy zmodyfikować wirusa w laboratorium, musimy użyć określonych narzędzi: plazmidów, wektorów molekularnych, enzymów restrykcyjnych, które działają jak chemiczne nożyce i klej. Te narzędzia zostawiają w genomie bardzo specyficzne i łatwo rozpoznawalne sygnatury. Po prostu są one zbyt idealne. Wyglądają jak fabryczne szwy i nity, na których nie odcisnęło się żadne piętno ewolucyjnego chaosu. Do stworzenia syntetycznego patogenu człowiek musi użyć tzw. wektora – szkieletu genetycznego wirusa. SARS-CoV-2 nie miał żadnego znanego szkieletu laboratoryjnego. Co więcej, jego domena wiążąca receptor odpowiedzialny za przyleganie do ludzkiego białka ACE2 była skonstruowana w sposób ewolucyjnie optymalny, ale dla bioinżyniera nielogiczny. Gdy na początku 2020 r. opublikowano pierwszy pełny genom koronawirusa odpowiedzialnego za pandemię, rzuciły się na niego setki niezależnych laboratoriów bioinformatycznych z całego świata.

Okazało się, że wirus rozwiązał problem przyczepiania się do naszych komórek w sposób sprytny, ale dalece odbiegający od podręcznikowych zasad ludzkiej inżynierii białek – rozwiązał go drogą chaotycznych, ewolucyjnych prób i błędów, na które żaden projektant przy zdrowych zmysłach by nie wpadł.

Kiedy wirus replikuje się w żywym organizmie, popełnia drobne, przypadkowe błędy – mutacje, które pojawiają się ze statystycznie stałą częstotliwością. Obserwując te drobne zmiany na osi czasu, bioinformatycy potrafią cofnąć się i narysować precyzyjne drzewo genealogiczne patogenu, zupełnie jak detektyw, który bada szczątkowe informacje, by znaleźć sprawcę. Drzewo naturalnych wirusów jest rozgałęzione, pełne ślepych zaułków, ciemnych przejść i ukrytych zakamarków. Syntetyczny wirus, stworzony w laboratorium na skróty, wyglądałby przy tym schemacie jak gałąź pozbawiona pnia, która nagle pojawia się znikąd.

fot. Getty Images
fot. Getty Images

Ekonomia katastrofy

Narracja o Big Pharmie kreującej popyt na swoje produkty opiera się na prostym, intuicyjnym założeniu – jeśli sprzedajesz kalosze, zyskujesz na deszczu; jeśli zorganizujesz powódź, zbijesz fortunę. Tyle że globalna korporacja farmaceutyczna nie jest lokalnym producentem kaloszy. Jest potężnym, zdywersyfikowanym konglomeratem, którego rentowność jest nierozerwalnie spleciona z ogólną kondycją światowej gospodarki. Kiedy wybucha globalny kryzys epidemiczny, rynkowy krajobraz ulega gwałtownemu załamaniu.

Owszem, wąski wycinek branży – zaledwie kilka firm, które w danym momencie miały gotową technologię produkcji szczepionek lub leków przeciwwirusowych – odnotowuje spektakularne, idące w dziesiątki miliardów dolarów zyski. To o ich sukcesach trąbią nagłówki gazet, przesłaniając ogólny obraz całej reszty gigantycznego sektora, która w tym samym czasie liczy straty. W głowach ludzi rodzą się jednak podejrzenia.

Z punktu widzenia korporacyjnych finansów pandemia to podręcznikowy koszmar. Kiedy systemy ochrony zdrowia na całym świecie zostają sparaliżowane przez napływ zakażonych pacjentów, szpitale natychmiast odwołują planowe zabiegi chirurgiczne, diagnozy onkologiczne i terapie przewlekłe. Sektor farmaceutyczny to gigantyczna, ociężała machina, której główną żyłą złota nie są jednorazowe, histeryczne kampanie szczepionkowe, lecz stabilny, nudny do bólu rynek chorób przewlekłych: kardiologii, onkologii, cukrzycy i reumatologii. To statyny, inhibitory pompy protonowej i insulina zapewniają przewidywalny cash flow przez dziesięciolecia.

Co gorsza, globalny paraliż uderza w samo serce biznesu – badania kliniczne. Wprowadzenie na rynek nowego leku to proces trwający średnio dekadę i kosztujący od jednego do dwóch miliardów dolarów. Podczas kryzysu epidemicznego tysiące prowadzonych na całym świecie badań klinicznych nad nowymi cząsteczkami zostaje zamrożonych, opóźnionych lub bezpowrotnie straconych, bo pacjenci nie mogą dotrzeć do ośrodków badawczych. Zegary patentowe jednak nie stoją – każdy miesiąc opóźnienia we wdrażaniu leku onkologicznego to setki milionów dolarów utraconych bezpowrotnie wraz z gasnącą ochroną patentową. Do tego dochodzi przerwanie globalnych łańcuchów dostaw substancji czynnych z Indii czy Chin, drastyczny wzrost kosztów logistyki oraz fluktuacje walutowe.

Według raportów International Monetary Fund (IMF) globalna gospodarka w wyniku kryzysu pandemicznego utraciła biliony dolarów. Zestawienie bilionowych strat światowego PKB z jednorazowym zyskiem garstki producentów, wynoszącym w porywach kilkadziesiąt miliardów dolarów, obnaża fundamentalną niedorzeczność hipotezy o zmowie branży. Przecież żaden prezes firmy nie podpisałby się pod planem, który w zamian za krótkotrwały, jednorazowy zastrzyk gotówki w jednym segmencie spaliłby pozostałe dziewięćdziesiąt procent własnego imperium. W gospodarce rynkowej nie zabija się dojnej krowy, by sprzedać jej skórę na rzemienie.

Grzech zaniechania

Prawdziwym grzechem Big Pharmy nie jest nadaktywność w tworzeniu nowych patogenów, lecz skrajna bierność tam, gdzie patogeny rozwijają się same. Wolny rynek w medycynie ma strukturalną wadę – nagradza terapie przewlekłe, leki przyjmowane przez dekady na nadciśnienie czy obniżenie cholesterolu, a karze inwestycje w preparaty stosowane doraźnie.

Z punktu widzenia czystej stopy zwrotu opracowanie nowego antybiotyku to finansowe samobójstwo. Koncern wydaje miliard dolarów na badania nad nową substancją, po czym świat medyczny wprowadza ją na listę tak zwanych leków ostatniej szansy. Trzyma się taki lek w rezerwie, w zamkniętej szafie, by bakterie nie wykształciły oporności i podaje zaledwie garstce pacjentów przez dwa tygodnie. Zanim lek przyniesie jakikolwiek zysk, wygasa patent i każdy może produkować jego generyczną podróbkę zawierającą tę samą substancję czynną.

Z tego powodu wielkie koncerny od lat niemal całkowicie wycofują się z badań nad nowymi antybiotykami, zostawiając ludzkość bezbronną w obliczu narastającej fali lekooporności. Podobnie rzecz ma się z chorobami tropikalnymi czy malarią – skoro umierają na nie głównie ubodzy mieszkańcy Globalnego Południa (dawniej Trzeci Świat), rynkowy mechanizm wyceny uznaje te badania za nieopłacalne. Prawdziwym problemem sektora nie jest więc kreowanie sztucznego zagrożenia, lecz brak rentowności w ratowaniu przed zagrożeniem realnym.

Po co produkować szczepionki na dengę, malarię, leiszmaniozę, skoro nędzarze z Sahelu i faweli nie są w stanie wygenerować „rynku zbytu”? Wolny rynek farmaceutyczny nie tworzy nowych wirusów; on ignoruje te, na których nie da się zarobić.

Druga ciemna strona współczesnej wirusologii dotyczy badań naukowych i kwestii bezpieczeństwa biologicznego. Istnieje kategoria eksperymentów określana mianem gain-of-function, czyli badań nad zwiększaniem funkcji patogenów. Naukowcy, próbując przewidzieć, jak naturalny wirus może zmutować w przyszłości; w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych sztucznie modyfikują go, sprawdzając, dajmy na to, zdolność do przenoszenia.

To nie są operacje komercyjne finansowane przez koncerny farmaceutyczne w poszukiwaniu rynków zbytu – to badania akademickie, opłacane niemal wyłącznie z grantów rządowych, agencji bezpieczeństwa czy funduszy wojskowych, mające w teorii służyć obronie biologicznej. Eksperymenty te prowadzi się w placówkach o najwyższym stopniu hermetyczności, gdzie ciśnienie powietrza, systemy filtrów HEPA i skafandry kosmiczne mają uniemożliwić wydostanie się czegokolwiek na zewnątrz. Ryzyko tkwi jednak w czynniku ludzkim. Historia medycyny zna przypadki laboratoryjnych incydentów, nieszczelności czy błędów proceduralnych – przecież to możliwe wypadki przy pracy.

W kontekst zwiększania funkcji patogenów wpisuje się analogia do SARS-CoV-2 z wypowiedzi Scotta Weavera, dyrektora Galveston National Laboratory w Teksasie, opublikowana w magazynie „Rolling Stone”: „A jednak mamy szczęście. Mogło być znacznie gorzej” – mówi. Specjalista ocenia SARS-CoV-2 jako łatwo przenoszący się, powodujący znacznie większą śmiertelność niż grypa, ale stosunkowo potulny. Według niego mógłby to być równie zakaźny wirus, ale innego typu, na przykład typu Ebola, który zabija w 75 procentach przypadków. „To mogłoby zagrozić egzystencji ludzkości” – mówi Weaver. Wystarczyłoby tylko laboratoryjnie podkręcić jego agresję.

Debata nad tym, czy korzyści poznawcze płynące ze sztucznego wzmacniania patogenów przewyższają ryzyko katastrofalnego w skutkach wypadku, jest jedną z najpoważniejszych, najbardziej zażartych dyskusji we współczesnej nauce. To realny problem bioetyki i bezpieczeństwa międzynarodowego, wymagający ścisłej kontroli społecznej i politycznej. Kiedy jednak debatę publiczną zalewa infantylna narracja o korporacjach wypuszczających zarazki dla zysku, ten autentyczny, systemowy problem znika w szumie sensacyjnych mitów.

fot. Getty Images
fot. Getty Images

Pycha w lateksowych rękawiczkach

Mity o „zarazach z probówki” mają jedno zasadnicze źródło: antropocentryczną pychę. Trudno nam zaakceptować, że cywilizacja dysponująca sztuczną inteligencją może zostać rzucona na kolana przez bezmózgi łańcuch RNA.

Wolimy wierzyć, że za każdą tragedią stoi jakiś człowiek, jakaś rada nadzorcza, jakiś Bill Gates czy tajemnicza loża. Bo jeśli za zarazą stoi człowiek, można go wskazać palcem, postawić przed trybunałem, obalić, zmienić prawo. Można zachować złudzenie kontroli.

Nie potrzebujemy spisku korporacji, by sprowadzić na siebie kolejną zarazę. Sami codziennie wystawiamy jej zaproszenie, płacąc za nie w supermarkecie przy kasie z tanią wieprzowiną. Paradoks polega na tym, że podczas gdy miliony ludzi fantazjują o spisku chciwych prezesów koncernów, rzeczywisty rynek leków na realne zarazy leży odłogiem. A natura, w przeciwieństwie do korporacyjnych prawników, nie negocjuje kontraktów i nie bierze jeńców.

Źródła

  1. Carroll, D. et al. (2018) - The Global Virome Project, Expanded viral discovery can improve mitigation

    Afolabi, C.O. et al. (2026) - COVID-19 Origins: A Mixed-Methods Meta-Analysis of Scientific Consensus and Political Narratives

    Scientific Advisory Group for the Origins of Novel Pathogens (SAGO) - Report 2025.

    Andersen, K.G. et al. (2020) - The proximal origin of SARS-CoV-2

    JAMA 23 stycznia 2020 - Anthony Fauci - Coronavirus Infections — More Than Just the Common Cold.

    WHO Scientific advisory group issues report on origins of COVID-19.

    Rolling Stone 7 grudnia 2020 - How Climate Change Is Ushering in a New Pandemic Era.

Nasi autorzy