Jeszcze kilka lat temu fałszywe informacje o zdrowiu kojarzyły się głównie z niszowymi teoriami spiskowymi krążącymi po internetowych forach. Dziś problem wygląda zupełnie inaczej. Dezinformacja medyczna stała się częścią głównego obiegu informacji i coraz częściej wpływa na decyzje podejmowane przez pacjentów.
Z marginesu na salony
Potwierdza to raport „Dezinformacja medyczna”, przygotowany przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i firmę Mediaboard.
W okresie od 1 stycznia 2025 roku do 14 maja 2026 roku badacze przeanalizowali przekazy dotyczące zdrowia, profilaktyki, leczenia, szczepień, medycyny alternatywnej oraz wykorzystania sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia.
Wnioski są jednoznaczne: dezinformacja nie funkcjonuje już wyłącznie na marginesie debaty publicznej. Przeniknęła do głównych mediów, mediów społecznościowych, marketingu, polityki i codziennych wyborów zdrowotnych.
– Jako lekarz, ale też jako naukowiec, nie mam wątpliwości, że wiedza to dziś za mało. Kluczowe staje się to, czy umiemy ją przekazać – podkreśla prof. Piotr Ponikowski, rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Jego zdaniem problem ma wymiar znacznie szerszy niż komunikacja. – Dezinformacja medyczna faktycznie zagraża życiu, a tym samym uderza w bezpieczeństwo państwa. Trzeba zacząć o tym mówić głośno i wyraźnie – dodaje.
Miliardy kontaktów z przekazem
Najbardziej uderzające są dane pokazujące skalę zjawiska.
W badanym okresie odnotowano ponad 32 tys. publikacji dotyczących zdrowia w portalach internetowych, prasie, radiu i telewizji. Wygenerowały one ponad 2,6 miliarda kontaktów z odbiorcami. Szacunkowa wartość reklamowa tych publikacji przekroczyła 3,45 miliarda złotych.
Jeszcze większe wrażenie robi aktywność w mediach społecznościowych. Badacze zidentyfikowali 347 377 wpisów, które osiągnęły łącznie ponad 850 milionów kontaktów.
Raport nie obejmuje wyłącznie treści dezinformacyjnych. Analizie poddano także publikacje eksperckie, dziennikarskie oraz fact-checkingowe, które prostowały fałszywe informacje. Pokazuje to jednak, jak ogromną część debaty publicznej zajmuje dziś temat dezinformacji zdrowotnej.
Fałszywe treści zmieniają formę
Jednym z najważniejszych ustaleń raportu jest zmiana charakteru dezinformacji.
Największy udział nadal mają narracje antyszczepionkowe, odpowiadające za 54 proc. analizowanych treści. Jednak drugie miejsce zajmują już teorie związane ze zdrowym stylem życia, dietą i suplementacją, które stanowią 23 proc. przekazu. Kolejne 16 proc. przypada na narracje związane m.in. z chemtrails (teorią według której białe ślady pozostawiane na niebie przez samoloty są toksycznymi substancjami rozpylanymi w celu depopulacji, kontroli populacji lub manipulacji pogodą), technologią 5G, sieciami Wi-Fi czy fluoryzacją.
Coraz częściej fałszywe treści nie zaczynają się od ataku na naukę czy lekarzy – zaczynają się od porad zdrowotnych.
Półprawdy są groźniejsze niż kłamstwa
Autorzy raportu zwracają uwagę, że współczesna dezinformacja rzadko opiera się na całkowicie wymyślonych informacjach.
Znacznie częściej wykorzystuje elementy prawdziwej wiedzy medycznej. Dieta rzeczywiście ma wpływ na zdrowie. Aktywność fizyczna poprawia kondycję organizmu. Mikrobiota jelitowa jest przedmiotem intensywnych badań naukowych.
Problem zaczyna się wtedy, gdy na podstawie tych faktów budowane są nieuprawnione wnioski. W sieci pojawiają się obietnice, że odpowiednia dieta zastąpi leczenie nowotworów, głodówka „zresetuje organizm”, a suplementacja wyeliminuje poważne choroby.
To właśnie mieszanie prawdziwych informacji z fałszywymi wnioskami sprawia, że dezinformacja staje się trudna do rozpoznania.
Podobne obserwacje znajdują się również w raporcie NASK i CEDMO. Więcej o tym raporcie pisaliśmy TUTAJ.
Eksperci podkreślają, że współczesne fałszywe narracje coraz częściej wykorzystują pojedyncze badania naukowe, wyrwane z kontekstu wypowiedzi ekspertów lub prawdziwe dane przedstawiane w sposób prowadzący do błędnych wniosków.
Szczepienia nadal na celowniku
Choć dezinformacja zdrowotna ewoluuje, szczepienia pozostają jej najważniejszym celem.
Szczególne miejsce w obu raportach zajmuje temat szczepień przeciwko wirusowi HPV, będący elementem profilaktyki nowotworowej. W części przekazów internetowych szczepienia te przeniesiono na grunt konfliktu ideologicznego w związku z tym, że są one zalecane już nastolatkom.
Pojawiały się narracje mówiące o rzekomej „seksualizacji dzieci”, ograniczaniu praw rodziców czy prowadzeniu „eksperymentów” na najmłodszych.
– Szczepienia przeciw HPV są jednymi z najlepiej przebadanych szczepień, a mimo to stały się celem dezinformacji realnie zwiększającej liczbę nowotworów i zgonów – podkreśla dr Kamila Ludwikowska z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Raport NASK pokazuje, że podobne narracje są często wzmacniane przez środowiska antyszczepionkowe oraz influencerów promujących alternatywne podejście do zdrowia.
Nowi „eksperci” od zdrowia
Jednym z najciekawszych wątków raportu jest opis zmieniających się autorytetów.
Jeszcze kilkanaście lat temu wiedza medyczna była kojarzona przede wszystkim z lekarzami, uczelniami medycznymi i instytucjami zdrowia publicznego. Dziś coraz większą rolę odgrywają influencerzy, twórcy internetowi i samozwańczy eksperci.
W przekazach pseudomedycznych ogromne znaczenie ma personalizacja. Twórca pokazuje twarz, opowiada własną historię, prezentuje rzekome przypadki pacjentów i obiecuje konkretne rozwiązania. Buduje relację z odbiorcami, a tym samym zaufanie.
YouTube zamiast gabinetu
Raport pokazuje również, jaką rolę odgrywają platformy społecznościowe.
Największy udział w rozpowszechnianiu analizowanych treści miał YouTube, odpowiadający za ponad 54 proc. wpisów dotyczących dezinformacji medycznej.
To nie przypadek. Format wideo pozwala budować wiarygodność znacznie skuteczniej niż krótki wpis tekstowy. Odbiorca widzi twarz mówiącej osoby, słyszy ton jej głosu, obserwuje emocje i ma wrażenie bezpośredniego kontaktu.
W efekcie przekaz może wydawać się bardziej autentyczny niż komunikaty publikowane przez instytucje publiczne czy środowisko naukowe.
AI, deepfejki i „cyfrowi lekarze”
Autorzy raportu zwracają również uwagę na nowe zagrożenie związane z rozwojem sztucznej inteligencji.
Coraz częściej wykorzystywane są materiały generowane przez AI, w tym deepfejki oraz reklamy przedstawiające fikcyjnych ekspertów medycznych. Fałszywi lekarze występują w profesjonalnie wyglądających nagraniach, prezentują rzekome metody leczenia i zachęcają do zakupu suplementów.
Dla przeciętnego odbiorcy odróżnienie takiego materiału od autentycznego przekazu eksperckiego może być bardzo trudne.
Technologia obniża koszty produkcji treści i pozwala tworzyć przekazy, które wyglądają wiarygodnie, choć nie mają żadnego związku z medycyną opartą na dowodach naukowych.
„Zombie papers” i fałszywy autorytet nauki
Raport opisuje również zjawisko określane jako „zombie papers”.
Chodzi o publikacje naukowe, które zostały wycofane, zdyskredytowane lub obalone przez późniejsze badania, ale nadal funkcjonują w internecie jako rzekome dowody.
To jeden z powodów, dla których odbiorcy mogą mieć trudności z oceną wiarygodności informacji. Dezinformatorzy chętnie powołują się na wykresy, przypisy, specjalistyczne terminy i tytuły naukowe.
Tworzy to wrażenie profesjonalizmu, nawet jeśli przedstawiane argumenty nie mają już żadnej wartości naukowej.
Problem zdrowia publicznego
Wnioski płynące z obu raportów są zbieżne. Dezinformacja medyczna nie jest wyłącznie problemem internetu ani medialnej debaty. Wpływa na decyzje podejmowane przez pacjentów, kształtuje poziom zaufania do lekarzy i instytucji publicznych oraz może oddziaływać na skuteczność działań profilaktycznych.
Dlatego autorzy raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu podkreślają, że zjawisko należy traktować jako problem zdrowia publicznego.
Jeżeli fałszywe informacje wpływają na decyzje dotyczące leczenia, szczepień czy diagnostyki, stają się zagrożeniem porównywalnym z innymi czynnikami wpływającymi na bezpieczeństwo zdrowotne społeczeństwa.