Wywiad Kristen Welker z Donaldem Trumpem został wyemitowany w stacji NBC w niedzielę 7 czerwca i bardzo szybko obiegł światowe media – głównie z powodu zachowania amerykańskiego prezydenta. Naciskany przez dziennikarkę, by pokazał dowody na rzekome fałszerstwa podczas prawyborów w Kalifornii, nie zdołał opanować swoich emocji. Najpierw zarzucił jej, że jest skorumpowana, a następnie nazwał „głupią”. Po ostrej wymianie zdań odpiął słuchawkę, podziękował za rozmowę i opuścił prowizoryczne studio. Rozmowa odbyła się na farmie w Wisconsin.
Headline: 🚨 Trump Walks Out After Being Challenged Over Election Claims.
— Alice Williams (@afreegirlll) June 7, 2026
Thank you, Kristen. pic.twitter.com/baSFLzcVtj
Obietnica, której nie było?
Duża część wywiadu była poświęcona wojnie z Iranem. Welker dopytywała jednak w szerszym kontekście o obietnice wyborcze Donalda Trumpa, które składał jeszcze podczas pierwszej kampanii w 2015 roku i podtrzymywał przed ostatnimi wyborami.
– Jedną z Pana stałych obietnic wyborczych, sięgających 2015 roku, było niewszczynanie nowych wojen. Czy złamał Pan tę obietnicę złożoną Amerykanom? – pytała dziennikarka.
Trump bez wahania odparł, że nie, ale po chwili dodał, że musiał „powstrzymać kraj, bardzo potężny, bardzo niebezpieczny kraj, przed posiadaniem broni jądrowej, ponieważ by jej użyli. Wysadziliby świat. Wysadziliby Bliski Wschód. Wysadziliby Izrael. Przybyliby tutaj. Wysadziliby Europę”.
– To szaleńcy. (...) Nie chcesz, żeby mieli broń jądrową. I robię światu przysługę, ale robię też przysługę naszemu krajowi – wyjaśniał.
Taka odpowiedź nie usatysfakcjonowała dziennikarki. Choć w praktyce stanowiła potwierdzenie „rozpoczęcia nowej wojny”, amerykański prezydent usilnie próbował unikać takiego określenia.
– Po pierwsze, nie gwarantowałem braku wojny. Po co miałbym budować najsilniejszą armię na świecie? (...) Odziedziczyłem fatalną armię. Nie mieliśmy sprzętu. Nie mieliśmy niczego – tłumaczył. I powtarzał, że robi przysługę światu oraz Ameryce.
Przyłapany na kłamstwie
W tym miejscu wypowiedź Trumpa pozostawała w sprzeczności z jego wcześniejszymi deklaracjami. Faktem jest, że podczas pierwszej kadencji w latach 2017–2021 nie doszło do żadnego konfliktu zbrojnego zapoczątkowanego przez Stany Zjednoczone. Od początku drugiego pobytu w Białym Domu prezydent USA zaczął jednak prowadzić bardziej agresywną politykę zagraniczną.
Na przełomie 2025 i 2026 roku na rozkaz Trumpa amerykańskie służby schwytały na terenie Wenezueli byłego prezydenta tego kraju Nicolasa Maduro, oskarżając go m.in. o kierowanie kartelem narkotykowym. Głośno było też o możliwym siłowym przejęciu Grenlandii. Do tego jednak nie doszło.
Pod koniec lutego Stany Zjednoczone i Izrael zaatakowały Iran. Teheran odpowiedział inwazją na amerykańskie bazy wojskowe na Bliskim Wschodzie. To było jawne złamanie obietnic wygłaszanych wielokrotnie podczas drugiej kampanii prezydenckiej. Przykładów jest co najmniej kilka.
Te same hasła wygłaszał w Karolinie Północnej, w wywiadzie udzielonym Adinowi Rossowi oraz we wpisach na portalu X. Wielokrotnie powoływał się też na rzekome słowa byłego premiera Węgier Victora Orbana, który miał przekonywać do głosowania na Trumpa, argumentując to „brakiem wojen”. Co ciekawe, prezydent USA nie zrezygnował ze swoich obietnic nawet po zwycięstwie.
– Przez cztery lata nie mieliśmy żadnych wojen, z wyjątkiem pokonania ISIS. (...) Mówili: «On rozpocznie wojnę». Nie zamierzam rozpoczynać wojny, zamierzam powstrzymać wojny – podkreślał podczas przemowy po ogłoszeniu wyników wyborów.
Trump: "I didn't guarantee no war."
— The Bulwark (@BulwarkOnline) June 7, 2026
Trump guaranteeing no more wars: https://t.co/R9w7QSCPEX pic.twitter.com/VkGPpWHdOM
W niektórych momentach kampanii prezydenckiej Trump tracił jednak pewność odnośnie swoich twierdzeń. Zapewniał, że „nie dopuści do wybuchu III wojny światowej” i „położy kres wojnom”. Zaznaczał ponadto, że „będzie starał się być rozjemcą” i że „świat nie potrzebuje wojen”. Nie jest to jednak równoznaczne z „niewszczynaniem nowych wojen”.