Audio voodoo kontra Ton Składowy. Rozmowa z Marcinem Marcinkiewiczem

Producenci sprzętu audio mogą co prawda sprzedawać swoje urządzenia niczym drogie zegarki, budując wokół nich aurę prestiżu, jednak nie powinni promować ich za pomocą nieistniejących właściwości. Nie da się przecież obronić tezy, że jakość zapisanej cyfrowo muzyki poprawi się dzięki wymianie dysku twardego czy kabla USB – mówi portalowi Sprawdzamto.pl Marcin Marcinkiewicz z Tonu Składowego.

Audio voodoo kontra Ton Składowy. Rozmowa z Marcinem Marcinkiewiczem
fot. Archiwum prywatne

Znany jest z bezlitosnego, ale i humorystycznego przy tym piętnowania tzw. audio voodoo. W swoich materiałach obnaża pseudonaukowe teorie, absurdalnie drogie gadżety, grające kable zasilające czy polepszający dźwięk podstawki do przewodów za kilkanaście tysięcy złotych. Do tego wskazuje na dezinformacje i manipulacje producentów sprzętu audio.

Tomasz Jakubowski: Wiele osób z branży cię nienawidzi?

Marcin Marcinkiewicz: Mam stałe grono swoich antyfanów, to prawda.

TJ: A jak wkroczyłeś na ścieżkę walki z tzw. audio voodoo? Co cię skłoniło?

MM: Wiesz, to było gdzieś na studiach, a studiowałem dziennikarstwo muzyczne, skończyłem w 2015 r. Zainteresowałem się sprzętem audio. Mieliśmy tam taką salę odsłuchową, która była fajnie przystosowana akustycznie i nawet mieliśmy tam sprzęt odtwarzający, taki z wyższej półki. Mogliśmy sobie te sale wynajmować i jako studenci urządzaliśmy takie odsłuchy. Przynosiliśmy swoje płyty. Stwierdziłem, że fajnie by było mieć coś takiego, lepszego do słuchania, w domu. Zainteresowałem się sprzętem audio, chciałem też posłuchać muzyki z płyt winylowych. Kupiłem sobie głośniki aktywne, na jakie pozwalał mi wtedy budżet, i przedwzmacniacz gramofonowy. Podłączałem do niego jeszcze komputer, z którego słuchałem muzyki. A wówczas słuchanie muzyki z komputera w świecie audio to było coś nielegalnego, jako źródło było to traktowane niezbyt poważnie. Zapisałem się później na różne fora internetowe, żeby uczyć się od ludzi mądrzejszych od siebie, czytać jakieś rady i oczywiście by zadawać pytania. Pamiętam, że pewnego dnia po prostu zadałem pytanie: „co mógłbym poprawić u siebie w swoim systemie?”. Padła odpowiedź: kable. Więc kupiłem sobie lepsze kable głośnikowe. Naszej polskiej rodzimej „Melodiki”.

TJ: Co, jak rozumiem, natychmiast poprawiło dźwięk.

MM: [Śmiech]. Kupiłem też lepsze interkonekty (przewody – red.), podłączyłem… i nic. Więc zapytałem na forum: „co ja robię nie tak?”. I zaczęły się argumenty, które po latach nadal stale się pojawiają: „Może masz zbyt mało rozdzielczy sprzęt?”, „A może nie było synergii kabli z resztą systemu?” czy „Te kable są zbyt tanie, interkonekty za 70 zł? Człowieku, co ty chcesz tym poprawić?”. I ktoś te komentarze podsumował: „Znowu ci od audio voodoo”. Nie znałem tego słowa, więc wyszukałem tę frazę i trafiłem na stronę o audio voodoo, prowadzoną przez osobę, nazwiska już nie pamiętam. Pisał o różnego rodzaju pastach na tranzystory, co mnie wciągnęło, zacząłem szperać, a potem czytać prasę, HighFidelity, Soundrebels, i to był kompletnie inny świat. Taka bańka, która żyje sobie troszkę poza... rozsądkiem, może tak to określę.

TJ: Miałeś już wtedy swój blog Ton Składowy?

MM: Tak, chciałem na nim mówić o muzyce, jakichś płytach, które słucham i tak dalej, ale postanowiłem się nie ograniczać i zacząłem tworzyć tam treści na temat audio voodoo. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, która mnie tak zdziwiła, że ją opisałem, była tzw. cegła shakti (tzw. shakti stone, słynne akcesorium audiofilskie, podręcznikowy przykład tzw. audio voodoo – przyp. redakcja). To taka płaska cegła, która ma w środku kamyczki będące odwzorowaniem piramidy Cheopsa. To się stawia na urządzeniach elektronicznych typu wzmacniacze, przedwzmacniacze i tak dalej i to ma redukować zakłócenia elektromagnetyczne wychodzące z transformatora, tym samym poprawiać brzmienie, ale to też było reklamowane jako tzw. dociążenie do elektroniki. Zacząłem myśleć: jakie dociążenie, co to w ogóle może dać? Że obudowa nie będzie rezonować? I okazało się, że nie. W jakiś magiczny sposób przy jej użyciu miały się pojawić nowe dźwięki. Więc nagrałem wtedy pierwszy film, właśnie o tym.

TJ: Ta cegła kosztuje do dziś ponad tysiąc złotych.

MM: Właśnie. Ja zrobiłem też na filmie taki eksperyment: położyłem talerze na swoim sprzęcie i stwierdziłem, że efekt będzie ten sam. Ten materiał trafił później na grupy hobbystyczne, które, jak się okazało, pełne były ludzi wierzących w to audio voodoo. Reakcje były takie, że zaczęto tam nabijać się z... mojego wyglądu. Także śmiać się z mojego braku doświadczenia. Z tego, że nie mam profesjonalnego stolika antywibracyjnego pod mój sprzęt grający i w ogóle ze sprzętu, na którym słucham muzyki („za mało rozdzielczy sprzęt”). Jak się później dowiedziałem, niektóre z tych osób to były naprawdę wpływowe osoby ze środowiska audiofilskiego.

TJ: Dawno to było?

MM: Chyba 2017 rok. Prawie 10 lat temu.

TJ: No dobra, to jest ten moment, kiedy stwierdzasz, że to całe audio voodoo to pic. A kiedy stwierdziłeś, że to jest pic, na którym niektórzy zarabiają koszmarne wręcz pieniądze?

MM: Im bardziej zagłębiałem się w to, jak to działa, tym bardziej dostrzegałem, jaka to jest potężna maszyna, a do tego naczynia połączone. Bo choć to przede wszystkim producenci, którzy tworzą te całe bajki o grających bezpiecznikach czy jakichś przełącznikach sieciowych, to potem wchodzą sprzedawcy, którzy robią pokazy. I nie chodzi o pokazy typu Audio Video Show, bo tam w sumie przychodzą bardzo różni ludzie, w różnym stopniu zainteresowani sprzętem audio, niekoniecznie tacy, którzy wierzą w gadżety audio voodoo. Chodzi o pokazy w małym gronie, dla wybranych, co trochę przypomina takie – przepraszam za porównanie – pokazy garnków, które gotują bigos w 10 minut.

TJ: Jak to wygląda?

MM: Będąc w gronie osób przekonanych, że słyszą efekty działania tych gadżetów, trudno jest się wyłamać i powiedzieć, że tej różnicy nie ma. Na tym to polega. Tych osób jeszcze nieprzekonanych, ale chcących zagłębić tę pasję na takich pokazach jest zawsze najmniej. Na taką osobę jest wtedy wywierana silna presja społeczna ze strony środowiska, w którym chce się być akceptowanym. Zacząłem wtedy zauważać, jak sprzedawcy to wykorzystują – te mechanizmy społeczne, psychologiczne. Po to, by przekonywać ludzi do rzeczy wręcz absurdalnych. Bo to nie jest tak, że się wejdzie z ulicy do sklepu ze sprzętem audio i powie się „poproszę bezpiecznik za 5 tys. zł”. Trzeba być przekonanym.

TJ: A później dochodzą do tego specjalistyczne media.

MM: Media, które pełnią konkretną funkcję, by podbudować całość takim filarem merytorycznym. Istnieje prasa profesjonalna, która jest merytoryczna, bo na przykład w magazynie Audio są porównania różnych produktów, na przykład kolumn do 5 tys. zł. I przede wszystkim są pomiary. Więc można powiedzieć, że to jest prasa merytoryczna. Są magazyny, które testują wyłącznie jakieś akcesoria albo sprzęt grający, też wyłącznie okrutnie drogi, luksusowy, urządzenia, które są po prostu drogie, a nie lepsze. Towar luksusowy.

TJ: Nie grają lepiej, ale każdy bogacz powinien je mieć. To uderzanie w snobizm?

MM: Są akcesoria, których producenci chcą, by stały się towarem luksusowym, ale dopisują do tego jakąś bajkę. Jak się kupuje bardzo drogi zegarek, to sprzedawca nie przekonuje nas, że on czas mierzy lepiej. Co najwyżej, że ten czas leci nam przyjemniej z tym zegarkiem na nadgarstku. Co może być prawdą, ale jest to tylko subiektywne odczucie. Natomiast te media od audio voodoo i cała branża tak robią. Tam już właściwie nie ma hamulców. Tam wszystko, ale absolutnie wszystko może wpłynąć na brzmienie i zawsze w sposób pozytywny. A to jest po prostu niedorzeczne.

TJ: Jednym z najczęstszych komentarzy u ciebie jest: „Jakby cię było stać, to byś usłyszał”, „to byś poczuł”. De facto jest przecież tak, że większości z nas nie będzie stać na ten sprzęt za 200 czy 300 tys. dolarów, jak nie lepiej. Ostatnio opisywałeś u siebie zasilacz do routera za 56 tys. Czy ty masz często możliwość, żeby sprawdzić ten superdrogi sprzęt? Bierzesz go do ręki, rozkręcasz, rozbrajasz i mówisz: „Popatrzcie, to jest »pic na wodę, fotomontaż«”?

MM: Staram się, ale to jest trudne właśnie ze względu na barierę cenową, bo tak jak powiedziałeś, ten zasilacz kosztuje 56 tys. zł. Ale w sumie ważniejsze jest to, że producent napisał, że jak się go otworzy, to on „ulega samozniszczeniu”. Cokolwiek to znaczy. Co tam jest? Kwas, materiały wybuchowe?

TJ: I czy to jest bezpieczne dla człowieka tak w ogóle?

MM: Miałem taką sytuację, że czytelnik podesłał mi kabel zasilający. Miałem okazję go rozebrać i okazało się, że tam w ogóle były przewody, które nigdy nie powinny być wykorzystywane w przewodach zasilających. Kolejnym hitem są tzw. rezonatory fal Schumanna (sprzedawane m.in. przez firmy takie jak Acoustic Revive). Mają one rzekomo poprawiać samopoczucie i brzmienie sprzętu poprzez emisję naturalnego dla Ziemi rezonansu o częstotliwości ok. 7,83 Hz. Te pudełeczka mają jednak jedną, gigantyczną wadę konstrukcyjną: nie mają prawa działać. W środku takiego urządzenia znajduje się mała, zwinięta w spiralę ścieżka na płytce, która ma pełnić funkcję anteny. Problem w tym, że fizyka jest nieubłagana: fala o częstotliwości 7,83 Hz ma długość około 38 tys. kilometrów (zbliżoną do obwodu Ziemi!). Żeby skutecznie wyemitować falę elektromagnetyczną, antena musi mieć długość będącą konkretnym ułamkiem tej fali (np. jej połową lub jedną czwartą). Pudełko z kilkunastocentymetrową ścieżką na płytce nie ma fizycznej możliwości wyemitowania takiej fali. Do tego potrzebna byłaby albo gigantyczna, wielokilometrowa instalacja, albo nadajnik o kosmicznej mocy.

TJ: Za to pewnie kosztuje?

MM: Tak, ale wydaje mi się, że ta cena nie jest wyznacznikiem prestiżu, ale raczej pewnym takim bezpiecznikiem. Dystrybutorzy bardzo niechętnie wypożyczają to do testów, takie niezależne testy nie są im na rękę, więc mówią, że drogo. A czasem sami wiedzą, że to nie działa.

TJ: W tym miejscu otworzyliśmy nowy rozdział, mianowicie o tym, że ty punktujesz ich i mówisz: „To jest nieprawda”, a oni? Jakie są reakcje? Przecież to firmy, które mają sprzęt po milion złotych, a tu jakiś bloger mówi: „To nie działa i nie warto tego kupować”. Są groźby, próby przekupstwa?

MM: Zwykle  w ogóle nie reagują.

TJ: Nic a nic?

MM: Bywały zaproszenia na odsłuchy, że „pan przyjedzie, pan posłucha i pan usłyszy”. Co ciekawe, bardzo często te zaproszenia na odsłuchy występują po „wiązankach” jakichś w moją stronę, np. w komentarzu. To niesamowite, ale najczęściej tak właśnie jest.

TJ: Najpierw obrażają, potem zapraszają na testy?

MM: Tak, to są raczej ludzie z branży, ale tacy mniejsi, na przykład jakiś sprzedawca. Natomiast dystrybucja nie – oni zachowują ciszę. I to chyba jest ich największa broń. Brałem udział w tzw. testach ślepych kabli głośnikowych. To były testy przeprowadzone... nie będę mówił przez kogo. To są ludzie, którzy też żyją ze sprzedaży tego sprzętu i oni zrobili taki niezależny test z Politechniką Wrocławską.

Wyglądało to tak, że do wzmacniacza mieliśmy podłączonych kilka zestawów identycznych kolumn głośnikowych, połączonych różnymi kablami. W tym takimi kosztującymi kilkadziesiąt złotych i takimi po kilkadziesiąt tysięcy. I tu jest taka ciekawostka: we wzmacniaczu był mechaniczny przełącznik, który wydawał dźwięk – ciche kliknięcie podczas przełączania. Dopóki ten dźwięk był słyszalny, podświadomie wiedziałem, że coś się zmienia i słyszałem różnicę. Oczekiwałem tej zmiany, być może podświadomie czułem, że mogę się mylić w tej kwestii. Organizator tego testu, osoba z Politechniki Wrocławskiej, powiedziała do mnie wtedy: „Słyszę różnicę, ale wiem, że jej tam nie powinno być”. Nie wiem, co organizatorzy potem zrobili, ale wyeliminowali to kliknięcie mechanicznego przełącznika i nagle przestałem słyszeć różnicę między różnymi kablami. To pokazało mi, jak potężna jest nasza podświadomość, nawet jeśli jesteśmy sceptyczni.

TJ: Gdzie ten test? Czytałbym jak szalony.

MM: W teście udział brały osoby profesjonalnie zajmujące się dźwiękiem. To byli młodzi producenci muzyczni, realizatorzy dźwięku i tak dalej. Dostaliśmy karty oceny dźwięku według ustandaryzowanych kryteriów, które wcześniej wyjaśnił nam organizator. Następnie puszczano nam próbki i według zadanej skali mieliśmy oceniać, czy któryś z parametrów dźwięku uległ zmianie, a następnie te dane były obrabiane metodami statystycznymi. Wyniki były bezlitosne – różnicy nikt nie usłyszał. Chciałem zrobić na ten temat materiał, podobnie zresztą jak organizator tego testu. Dowiedział się o tym jednak dystrybutor kabli, które zostały wykorzystane w teście, i zagroził, że jeśli wyniki wyjdą gdzieś szerzej, to dystrybutor wycofa cały asortyment z oferty sklepu, który dostarczył kable do tego testu.

TJ: Nazwałbym takie działanie zwykłą łobuzerką.

MM: Mają taką broń. Finanse to potężna presja w branży. A to są sklepy, salony audio, a na końcu zwykli ludzie.

TJ: Jakbyś miał wymienić trzy czy tam cztery takie przykłady, gdzie spotkałeś się z największym absurdem – takim audiołubudubu, jeśli chodzi o cenę i to, co proponuje producent?

MM: To przede wszystkim popularny ostatnio sprzęt sieciowy do słuchania muzyki ze streamingów.

Sprzedaje się przełączniki sieciowe, kable Ethernet i do tych przełączników sieciowych jest cała masa akcesoriów. Można wydać naprawdę setki tysięcy, żeby... nie poprawić nic. No bo ten sygnał jest przecież zakodowany i żaden przełącznik go nie odkodowuje, a on nie wie, jaki sygnał tak naprawdę leci. Czy to jest tekst, czy to jest wideo, czy to jest muzyka. Więc on nie ma co tam poprawiać. I to jest właśnie jeden z takich największych absurdów, czyli właśnie te przełączniki sieciowe. A jeszcze niektórzy reklamują, żeby łączyć je kilka naraz, że w rodzaj pętli, generalnie, żeby ich kupić więcej. I jeszcze bardziej poprawić to brzmienie.

TJ: Co sensu nie ma.

MM: Ani logicznego sensu, ani uzasadnienia fizycznego nie ma żadnego.

TJ: Na wiarę trzeba, na kolanach.

MM: Są też akcesoria, które wprost odwołują się właśnie do ezoteryki, czyli generują fale, które nie są fizycznie potwierdzone, jak na przykład fale skalarne albo pole tachionowe. Producenci wykorzystują właśnie takie mądre słowa, a nawet zagadnienia z dziedziny fizyki, tak żeby uwiarygodnić w oczach odbiorcy swój przekaz.

TJ: Pole tachionowe?

MM: Pole tachionowe to teoretyczny koncept matematyczny z dziedziny kwantowej teorii pola. Ułatwia on opis konkretnych mechanizmów w fizyce cząstek elementarnych. Generowanie takiego pola jest niemożliwe. O tachionach mówi się, że są to cząstki poruszające się szybciej od światła, dlatego taki generator pola tachionowego był wykorzystany m.in. w filmie „Powrót do przyszłości” jako właśnie ten element, który pozwalał na przeniesienie bohaterów w czasie. Tachiony nigdy nie zostały jednak zaobserwowane. Zgodnie ze Szczególną Teorią Względności ich istnienie i oddziaływanie z materią łamałoby zasadę przyczynowości – skutek mógłby poprzedzać przyczynę. Wrzucanie tego do opisów urządzeń audio służy wyłącznie temu, by opis brzmiał tajemniczo, „naukowo” i ekskluzywnie.

TJ: Ekskluzywna bzdura.

MM: A jednak i one doczekują się recenzji w zagranicznej prasie. Ale szczytem absurdu, według mnie, to są różnego rodzaju audio-naklejki, kwantowe wahadła, które mają „poszerzać scenę dźwiękową” albo nawet „ograniczać scenę dźwiękową”. Są takie krążki drewniane, które się stawia na specjalnych stojakach i one mają ograniczać pole akustyczne. Oczywiście każdy element w pokoju będzie w jakiś tam sposób, nawet mierzalny, wpływał na akustykę tego pomieszczenia. Natomiast nie można powiedzieć, że przed tym stojakiem scena będzie super ekstra, a za tym stojakiem w ogóle nie będzie słychać muzyki. A takie urządzenia, gadżety, są w taki sposób reklamowane.

TJ: Hm, mnie na to nie stać. Ja odwróciłem ostatnio kolumny w stronę półki z książkami. Muzyka gra lepiej. Regały z książkami działają jak darmowy, profesjonalny ustrój akustyczny, ponieważ łączą w sobie dyfuzję i absorpcję fal dźwiękowych.

MM: Ale to jest właśnie to. Bardzo mało uwagi w tym profesjonalnym świecie high-endu zwraca się na to, jak sprzęt jest ustawiony, w jakim pomieszczeniu, na te wszystkie rzeczy, które naprawdę mają znaczenie.

TJ: A co z oszukiwaniem klienta? Te ich reklamy, opisy – one są zgodne z prawem, z przepisami dotyczącymi reklamy? Wiem, że zwracałeś się w tej sprawie do UOKiK-u.

MM: No i właśnie tu jest problem. O ile sprzedawać taki sprzęt mogą, tak jak się sprzedaje drogie gadżety, jak biżuterię i tak dalej, to jednak nie mogą reklamować tego ze względu na cechy, których taki produkt nie posiada. Nie można powiedzieć, że dysk twardy poprawi jakość muzyki, która jest na nim zapisana. Czy że zrobi to kabel USB. To jest niezgodne z aktualną wiedzą techniczną i nie można tego robić. Natomiast UOKiK jest instytucją... bardzo zajętą. Tych zgłoszeń mają naprawdę mnóstwo i do tego obsługują wszystkie branże – bankowość, meblarską i inne, gdzie dochodzi do podobnych absurdów. Muszą działać w szerokim zakresie, stawiać sobie priorytety: którą branżą się zająć, a którą odłożyć na później.

TJ: Czyli nie zajęto się twoimi zgłoszeniami?

MM: Wszystkie moje zgłoszenia dotychczasowe do UOKiK-u zakończyły się w zasadzie taką samą odpowiedzią: urząd nie jest w stanie skontrolować wszystkich przedsiębiorców. Miałem też zgłoszenie do Państwowej Inspekcji Handlowej i tutaj jestem już całkowicie zawiedziony tym, jak ta maszyneria (nie) zadziałała. Od czasu zgłoszenia do kontroli minął ponad rok. Chodziło o kabel zasilający. Miałem go w ręku, rozebrałem go i okazało się, że oprócz tego, że był owinięty liną wspinaczkową, żeby wydawało się, że jest grubszy, to był wykonany z przewodów, które nie powinny być wykorzystywane w ten sposób, a wtyczka była tak zrobiona, że mogło dojść do zwarcia, a w konsekwencji np. do pożaru. Więc to są już kwestie bezpieczeństwa. Zgłosiłem to do PIH, bo to jest akurat ich działka, specjalizacja i oni mogą w takiej sytuacji dokonać zakupu kontrolowanego, wysłać to do laboratorium akredytowanego, żeby sprawdzić, czy ta deklaracja zgodności jest prawidłowa, czy produkt faktycznie spełnia unijne normy bezpieczeństwa. A oni po roku wlepili producentowi karę za to, że w instrukcji obsługi czy na opakowaniu nie było podanego adresu podmiotu odpowiedzialnego.

TJ: To jednak trochę smutne.

MM: Trzeba też zwrócić uwagę na inną sprawę.

Taki sprzęt kosztuje potężne pieniądze. Żeby kupić i skontrolować taki kabel, musimy go jako urząd kupić. Zapłacić pełną cenę. Więc rodzi się pytanie, czy ta cena nie jest pewną barierą dla urzędów, które miałyby wydać na kabel np. 10 tys. zł z pieniędzy podatnika, żeby jakiemuś drobnemu przedsiębiorcy udowodnić, że produkuje rzeczy niebezpieczne.

TJ: Do tego nasze prawo i przepisy też chyba nie nadążają za zmianami?

MM: Akurat wydaje mi się, że my prawo mamy dobre, tylko kwestia jest z jego przestrzeganiem i właśnie z tym, że skala tej działalności nie jest taka, żeby ktoś się mógł tym na poważniej zainteresować.

TJ: To co robić w tej sytuacji?

MM: Moim przepisem na to jest po prostu humor. Pokazuję, że są tego typu absurdy. A nawet czasem widzę, że ci ludzie, którzy kiedyś gdzieś tam się poobrażali, mówią: „Tutaj masz rację, to jest faktycznie jakiś tam absurd”. Każdy ma swoją granicę szaleństwa, co jest przecież niezwykle ciekawe, i moim zdaniem właśnie sposobem na to, żeby z tym walczyć i nie zwariować, jest wyśmiewanie, obnażanie i zwiększanie świadomości tego, że takie nieuczciwe praktyki się dzieją. I ja widzę efekty tej mojej „pracy”, że tak to nazwę doniośle.

TJ: To znaczy?

MM: Widzę, że niektórzy dystrybutorzy czy właśnie jakieś sieci, sklepy i tak dalej kładą mniejszy nacisk na reklamowanie np. właśnie kabli czy akcesoriów, które nie mogą wpływać w taki mierzalny, weryfikowalny, obiektywny sposób na brzmienie sprzętu. To dalej gdzieś tam jest w ich ofercie i oczywiście nie jest to nic złego, a ta komunikacja nadal jest niezbyt uczciwa, ale widzę, że niektóre sieci postanowiły ją ograniczać.

TJ: Jeśli chodzi o obnażanie dezinformacji czy kłamstw, tematu ci pewnie długo nie zabraknie.

MM: Czasami aż przeraża mnie skala wiary w te absurdy i wykorzystywanie tego przez producentów, bo wśród fanów audio voodoo panuje wiara, a z nią także dogmaty, z którymi się już nie dyskutuje.

To ma jakby pewne stopnie wtajemniczenia i im głębiej się w ten las idzie, tym bardziej można zajść w takie miejsce, z którego nie ma powrotu. A sprzedawcy, producenci chcą, byśmy jako konsumenci przestali myśleć krytycznie. Żebyśmy kupili kable od tego człowieka, który nam sprzedał świetne kolumny głośnikowe. Skoro on mówi, że to ma znaczenie, to powinniśmy porzucić zdrowy rozsądek i pieniądze wydać.

A te procesy w głowie nie dzieją się z dnia na dzień, to często trwa latami. Ja bardzo często też się spotykam z taką reakcją, że ktoś mi mówi: „Ja kiedyś też nie wierzyłem w grające bezpieczniki, ale dziś wierzę”. I właśnie to mnie czasem przeraża, że te historie brzmią jakby pisane przez jedną osobę. Zawsze zaczyna się od sceptycyzmu, od ciekawości, a potem przychodzi: „Mój kolega mi pokazał, ktoś tam mi powiedział, sprawdziłem u siebie tak i w końcu usłyszałem różnicę, której wcześniej nie słyszałem”.

TJ: Moja była dziewczyna, gdy kupiła bardzo drogą sukienkę, mówiła: „Patrz, jaka ładna”, „Dużo ładniej w niej wyglądam niż w innych”, „To była super okazja”. Chciała usprawiedliwić zakup.

MM: To jest mechanizm obronny, żeby potem mówić np.: „Ty nie masz słuchu wyrobionego, bo masz zbyt słaby sprzęt”. Pan, który kupił kabel za 50 tys. złotych, też powie: „Posłuchaj, ciebie na taki nie stać, więc nie słyszysz różnicy, a przecież brzmi dużo lepiej”. To jest ten mechanizm.

Marcin Marcinkiewicz to polski twórca internetowy, bloger i recenzent, znany w sieci jako twórca popularnego projektu Ton Składowy i pogromca audiofilskich mitów. Zawodowo zajmuje się także obszarem digital marketingu i content marketingu.

Kanał w Youtube
Facebook
Strona

Przeczytajcie też: USA. Badacze manipulowali wynikami badań na temat wiarygodności AI

Źródła

  1. Sprawdzamto.pl

Nasi autorzy