Powstanie wybuchło dwa razy. Za drugim razem w pamięci Polaków

Powstanie Warszawskie przez lata pozostawało tematem tabu, by z czasem stać się jednym z najważniejszych mitów współczesnej Polski. O tym, jak zmieniała się pamięć o tym narodowym zrywie, opowiada historyk i socjolog prof. Marcin Zaremba.

Powstanie wybuchło dwa razy. Za drugim razem w pamięci Polaków
fot: PAP, Sprawdzam to

Jakub Nowak: Jaką rolę na samym początku po wojnie odgrywało Powstanie Warszawskie?

Marcin Zaremba: Przyjeżdżając do Warszawy, trudno sobie było nie zdawać sprawy, że tu dokonała się hekatomba. Na każdym kroku widać było tragedię.

Stolica Polski, utożsamiana z sercem narodu, została zburzona, a ludność przepędzona. Zwłaszcza po lewej stronie Wisły została ruina i wielki cmentarz. Latem 1945 r. w Warszawie ponoć tak cuchnęło, że ludzie zastanawiali się, czy nie należy uciekać z miasta. Zwłoki leżały w bardzo płytkich grobach, dosłownie wszędzie.

Referat Ekshumacyjny oceniał liczbę ciał wymagających ekshumacji i pochówku na 200 tys.

Ludzie byli w realnym lęku przed epidemią tyfusu i cholery, która przenosi się przez skażoną wodę. Wszyscy szukali swoich bliskich i ich ciał. Pół biedy, gdy ktoś zostawił przy zwłokach kartę z danymi, na przykład w butelce. Jednak nie była to aż tak powszechna praktyka. Elementem krajobrazu miasta stały się ogłoszenia: „Czy ktoś widział, czy ktoś słyszał?”. Rodziny liczyły, że doprowadzi je to do zaginionych. Programy o takiej misji nadawało również Polskie Radio. To samo można było przeczytać w stołecznej prasie.
To jest obraz powojennej stolicy. Warszawa jak wielka rana.

Powstanie skazane na milczenie

JN: Jak na to zareagowali komuniści?

MZ: Stosunek komunistów do Powstania trzeba zacząć od pewnego paradoksu. Powszechnie uważa się, że byli antynarodowi. Tymczasem propaganda Polskiej Partii Robotniczej była silnie nasycona treściami narodowymi. W 1946 r. promowano referendum hasłem: „3 razy TAK – to Polska bez mniejszości narodowych”.

Bierut i Gomułka przekonywali, że Polska Partia Robotnicza, Rząd Tymczasowy, a wcześniej PKWN, są uosobieniem dążeń narodu i gwarantem jego jedności. Eksponowano ideę Ziem Odzyskanych oraz piastowską wizję nowego państwa. W latach 1945–1947 komuniści akcentowali wątki narodowe do tego stopnia, że obchodzili nawet rocznice Powstania Styczniowego. Był jednak jeden wyjątek.

JN: Powstanie Warszawskie?

MZ: Właśnie tak. Na ulicach można było zobaczyć materiały propagandowe nawiązujące do walki z Niemcami i polskiego prawa do Ziem Odzyskanych. O rządzie londyńskim zaś, Armii Krajowej i Borze-Komorowskim, jeśli w ogóle się mówiło, to wyłącznie negatywnie. O Powstaniu się milczało.

To dawało wrażenie swoistej schizofrenii – ludzie żyją pośród ruin, szukają i chowają swoich zmarłych, chodzą na cmentarze i palą lampki. Otoczeni są nacjonalistyczną propagandą polskich komunistów, a o sierpniu 1944 r. – cisza. 

Powstanie Warszawskie po prostu było dla komunistów niewygodne. Po pierwsze pokazywało, że przywództwo polityczne w czasie wojny nie należało do nich. Po drugie, to Armia Krajowa, a nie Armia Ludowa, była uosobieniem nadziei i mobilizacji społeczeństwa polskiego do walki.

JN: Ważnym czynnikiem było chyba też to, że Powstanie, mimo iż militarnie uderzało w Niemcy, politycznie było wycelowane w Związek Radziecki.

MZ: Tak. Komuniści interpretowali jego wybuch jako działanie antyradzieckie. Skierowane przeciwko nowej władzy – PKWN. Do odwilży w 1956 r., powstanie było tematem tabu. Pojawiały się pojedyncze wyjątki, książka Stanisława Podlewskiego „Przemarsz przez piekło” ukazała się po raz pierwszy w 1949 r.

Nie zajmowałem się dokumentami cenzury z tego czasu, ale mogę się założyć, że temat Powstania miał swój zapis.

JN: Zapis?

MZ: Obowiązywała niepisana zasada, że Powstanie Warszawskie nie mogło pojawiać się w literaturze ani prasie, nie wolno go było też publicznie upamiętniać. W okresie stalinowskim w ogóle unikano opowieści o drugiej wojnie światowej. Mówimy przecież o społeczeństwie głęboko straumatyzowanym. Jeśli w propagandzie pojawiała się wojna, to koreańska, a nie ta, której Polacy właśnie doświadczyli. Milczano o okupacji, cierpieniach i martyrologii. 

Tymczasem Warszawa odradzała się na oczach swoich mieszkańców. Nie sposób było zapomnieć, dlaczego leżała w ruinach. Każdy mieszkaniec nosił w sobie doświadczenie sierpnia i września 1944 r. To właśnie z tego doświadczenia rodziła się pamięć, która z czasem nabrała wymiaru mitu, niosąc ze sobą kod oporu i współdziałania.

źródło PAP
źródło PAP

JN: Dlaczego ten mit był ważny?

MZ: Bo był z natury antysowiecki. Trochę to przypomina opowieść o Katyniu.

O Katyniu nie można było mówić – temat był zakazany, podobnie jak Powstanie Warszawskie w okresie stalinizmu. Oba wydarzenia, również za sprawą cenzury, stały się do pewnego stopnia mitami założycielskimi oporu wobec PRL. Nie można było jednocześnie czcić Powstania Warszawskiego i popierać komunizmu czy partii. To się po prostu wykluczało. Opowieść o powstaniu stawała się więc deklaracją polityczną i miała fundamentalne znaczenie dla ducha oporu oraz współdziałania, szczególnie w latach 70. i 80.

Odwilż przełamuje tabu

JN: Co zmienia odwilż?

MZ: Po pierwsze, 30 lipca 1956 r. Stołeczna Rada Narodowa decyduje się na wybudowanie pomnika. Ogłasza konkurs, który wygrywa Marian Konieczny z pracą „Nike Warszawy”. 21 lipca 1964 roku stanęła na Placu Teatralnym. Na jej cokole widać napis: „Bohaterom Warszawy 1939–1945”. Oczywiście nie zaspokajała ona oczekiwań kombatantów, weteranów, żołnierzy Armii Krajowej, a także ludności Warszawy i społeczeństwa polskiego jako całości. Pierwsze lata odwilży pozwoliły na publikacje różnych wydawnictw, przede wszystkim Naszej Księgarni i Instytutu Wydawniczego PAX. Aleksander Kamiński napisał „Zośkę i Parasol”, wydaną przez Iskry w 1957 r. W 1958 r. ukazało się też drugie wydanie „Przemarszu przez piekło”, poświęconego walkom na Starówce.

W ogóle między 1956 a 1958 r. pojawiło się mnóstwo książek wspomnieniowych. To był taki krótki okres, kiedy w warszawskich – i w ogóle polskich – księgarniach można było kupić pozycje dotyczące Powstania. Były one głównie martyrologiczne, przede wszystkim żołnierskie. Właściwie nie było takich, które by dotyczyły życia cywilów. Niemniej stanowiły wyłom w dotychczasowym tabu. Wznowiono na przykład „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego z 1943 r. Później książka ta ukazywała się w olbrzymich nakładach i stała się bardzo ważną opowieścią o młodych bohaterach. Trochę ckliwą, trochę romantyczną, ale jednak ważną.

JN: Też bohaterską i sensacyjną.

MZ: Właśnie dlatego była tak wzorotwórcza. Osiągała ogromne nakłady. Podobnie było z powieścią Romana Bratnego „Kolumbowie. Rocznik 20”, wydaną w 1957 r. Tylko w latach 70. sprzedano około 200 tys. egzemplarzy. Odwilż sprawiła, że ludzie znów mogli czytać o Powstaniu Warszawskim.

Przypomnę, że wcześniej, w okresie stalinizmu, 1 sierpnia nie upamiętniały żadne polskie media. O rocznicy przypominały jedynie Radio Wolna Europa i Głos Ameryki. Po 1956 r. zmieniła się także prasa. Nadal unikano eksponowania dowódców Armii Krajowej, takich jak Bór-Komorowski czy Okulicki, ale samo Powstanie Warszawskie przestało być tematem całkowicie przemilczanym.

źródło reprodukcja PAP
źródło reprodukcja PAP

JN: A kino?

MZ: Chyba największy wpływ na utrwalenie mitu Powstania Warszawskiego miały filmy Andrzeja Wajdy. Przede wszystkim „Kanał” z 1957 r. To dramatyczna opowieść o oddziale schodzącym do kanałów. Przejmująca, ale też zmuszająca do refleksji. W finałowej scenie bohaterowie patrzą przez kraty kanału na drugi brzeg Wisły. Nasuwa się niewypowiedziane pytanie: gdzie jest pomoc? Dlaczego druga strona nic nie zrobiła?

Rok później Wajda nakręcił „Popiół i diament” z wybitną rolą Zbigniewa Cybulskiego. Jego bohater walczył w Powstaniu Warszawskim i wspominał kanały. Jest tam jedna z najbardziej znanych scen w historii polskiego kina – bohaterowie zapalają kieliszki z alkoholem, oddając hołd poległym podczas wojny.

JN: A później przyszli „Kolumbowie”.

MZ: Tak. To kolejny niezwykle ważny obraz. Pięcioodcinkowy serial Janusza Morgensterna z 1970 r., z wybitną obsadą i przejmującą muzyką Jerzego Matuszkiewicza. Większość bohaterów ginie w Powstaniu Warszawskim.

Mam hipotezę, której nie potrafię udowodnić. Nieco ponad trzy miesiące po premierze pierwszego odcinka wybuchły protesty Grudnia '70. Manifestujący  rzucali butelkami z benzyną. Butelki z benzyną były używane także w Szczecinie. W Gdańsku demonstranci zdobyli transporter opancerzony i jeździli nim z zawieszoną biało-czerwoną flagą. To obrazy niezwykle podobne do tych z Powstania Warszawskiego. Zastanawiam się, czy tak ogromnie popularny serial nie wpłynął na repertuar działań protestujących.

źródło reprodukcja PAP
źródło reprodukcja PAP

JN: Po 1956 roku przyszło kilka lat większej swobody, ale później władza znów zaczęła zaostrzać kurs.

MZ: W latach 60. stosunek do Powstania Warszawskiego rzeczywiście się zmienił. Można było mówić o nim więcej, ale cenzura nadal działała. Istniały zarówno formalne zapisy, jak i nieformalne ograniczenia narzucane przez urząd przy ul. Mysiej (Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk – przyp. red.). Powstanie wróciło do przestrzeni publicznej, jednak nie w takim zakresie, jak oczekiwało społeczeństwo. W kulturze nadal pojawiało się stosunkowo rzadko. Znam dokumenty cenzury nakazujące ograniczać obchody rocznic do kilku oficjalnych uroczystości i nie poświęcać im więcej miejsca.

Lata 60. miały jednak swój wyraźny motyw przewodni – antyniemieckość. Władze budowały narrację o zagrożeniu ze strony Niemiec, odwołując się zarówno do historii, czego przykładem byli „Krzyżacy”, jak i do współczesności, strasząc remilitaryzacją RFN oraz niemieckim rewizjonizmem.

Jednocześnie władza wyciąga rękę do kombatantów. Robi to za pośrednictwem  ZBoWiD-u, czyli Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Jego szefem zostaje Mieczysław Moczar, od 1964 r. również minister spraw wewnętrznych. 

Pamięć pod kontrolą władzy

JN: Jak brzmiała ta opowieść?

MZ: Oficjalny przekaz wojska, MSW i partii był prosty: można spotykać się przy ogniskach, opowiadać młodzieży o wojnie, publikować wspomnienia z Powstania, konspiracji czy partyzantki. Dla wielu kombatantów, zwłaszcza byłych żołnierzy Armii Krajowej, było to istotne, tym bardziej że członkostwo w ZBoWiD wiązało się z przywilejami socjalnymi. Władza w ten sposób budowała własną legitymizację, kreując obraz narodowej zgody.

Brzmiało to mniej więcej tak: podczas wojny byliśmy w różnych obozach, ale dziś nie ma to już znaczenia. Jest jedno państwo polskie i jest w nim miejsce zarówno dla żołnierzy Armii Krajowej, jak i Armii Ludowej.

źródło reprodukcja PAP
źródło reprodukcja PAP

JN: Czy Gierek poszedł dalej w tym kierunku?

MZ: Lata 70. zaczynają się – jak ja to nazywam – małą odwilżą. Wychodzi wtedy szereg książek związanych z pamięcią o II wojnie światowej i Armii Krajowej, przede wszystkim wspomnień. Trwa to jednak stosunkowo krótko, mniej więcej do 1972 r. Pamiętam na przykład, że później „Kolumbów” już w telewizji nie pokazywano. Pod koniec dekady powstała natomiast „Akcja pod Arsenałem”. Film nakręcono w 1977 r., a jego premiera odbyła się rok później. Wyreżyserował go Jan Łomnicki, zagrali znakomici młodzi aktorzy tamtego czasu. To opowieść o „Zośce”, „Rudym” i „Alku”. Zgoda władz na realizację takiego filmu z pewnością była jakimś ukłonem w stronę tradycji Armii Krajowej i tej opowieści o pokoleniu, które później walczyło w powstaniu warszawskim. W 1979 r. na Placu Powstańców Warszawy stanął Pomnik Powstańców Warszawskich.

JN: Czy to coś zmieniło?

Niewiele. Samo Powstanie Warszawskie przez cały czas pozostawało trochę tematem trefnym, izolowanym, niedostatecznie upamiętnionym. W latach 80. środowiska kombatanckie i miłośnicy Warszawy podjęli starania o wybudowanie Pomnika Powstania Warszawskiego. Przygotowania trwały bardzo długo. Toczyły się dyskusje o tym, gdzie powinien stanąć, jak ma wyglądać, co właściwie ma przedstawiać i tak dalej. Ostatecznie został odsłonięty przy Placu Krasińskich dopiero 1 sierpnia 1989 r.

Bez wątpienia należy to wiązać z wojskową i narodową, niekiedy wręcz nacjonalistyczną propagandą tamtych lat. Wojciech Jaruzelski konsekwentnie kreował swój wizerunek przede wszystkim jako żołnierza.

Przekaz był prosty: przelana krew ma taką samą wartość bez względu na to, w jakiej formacji służył poległy – czy walczył w Powstaniu Warszawskim, w Wojsku Polskim na Wschodzie, czy w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie.

MZ: Chodziło o pokazanie, że władza stanu wojennego jest władzą narodową z ducha, a nie sowiecką. Że szanuje i upamiętnia heroiczne wydarzenia z historii Polski. O Powstaniu Warszawskim wiele pisano w drugim obiegu, ale coraz więcej można było przeczytać także w oficjalnej prasie i legalnie wydawanych książkach. Z taką właśnie opowieścią wchodzimy w okres transformacji ustrojowej.

Transformacja i nowe spory

JN: To wtedy Powstanie Warszawskie na dobre wróciło do debaty publicznej?

MZ: Tak. Po 1989 roku stało się jednym z jej najważniejszych tematów. Nie mówiono jeszcze o polityce historycznej, bo samo pojęcie właściwie nie funkcjonowało, ale dyskusja była bardzo intensywna. Dobrym przykładem jest głośny spór wokół tekstu Michała Cichego „Polacy – Żydzi: czarne karty powstania”, opublikowanego w „Gazecie Wyborczej” w styczniu 1994 r. Artykuł dotyczył zbrodni popełnionych na Żydach przez część żołnierzy polskiego podziemia, w tym Armii Krajowej i NSZ. Później prawica ostro krytykowała Adama Michnika i redakcję za decyzję o jego publikacji.

JN: Miała rację?
Sam moment publikacji z pewnością był niefortunny. Ukazała się w roku obchodów 50. rocznicy Powstania Warszawskiego, więc dyskusja siłą rzeczy była bardzo emocjonalna. Trudno się jednak dziwić decyzji o wydrukowaniu tego materiału – był to pierwszy i długo wyczekiwaniu moment, gdy o Powstaniu można było otwarcie rozmawiać w mediach, także o jego mniej heroicznych i znacznie trudniejszych aspektach.

W tamtym czasie ukazało się mnóstwo programów telewizyjnych, filmów dokumentalnych i książek poświęconych stołecznemu zrywowi. Oczywiście publikowano je także wcześniej, ale dopiero po 1989 r. ich liczba wzrosła na niespotykaną wcześniej skalę.

Muzeum zmienia opowieść

JN: Dużo takiego powstańczego kiczu też wtedy się pojawiło.

MZ: To prawda, ale było też sporo dobrej jakości popkultury. Lao Che w 2005 r. śpiewał o powstaniu.

Najważniejsza była decyzja Lecha Kaczyńskiego o budowie Muzeum Powstania Warszawskiego. Jako prezydent Warszawy doprowadził do jego otwarcia 31 lipca 2004 r. Był to element nowego nurtu w polskiej polityce, w którym pamięć historyczna zaczęła odgrywać ważną rolę w budowaniu tożsamości i legitymizacji środowisk prawicowych.

warszawa.wyborcza.pl
warszawa.wyborcza.pl

Mimo tej politycznej otoczki i sporu wokół Muzeum Powstania Warszawskiego należy uznać jego budowę za duży sukces. Zarówno wystawienniczy, jak i mierzony liczbą zwiedzających. Zresztą mniej więcej wtedy, kiedy powstało, rozpoczęła się fala zainteresowania muzeami w ogóle, a także zmiana sposobu ekspozycji w wielu muzeach.

JN: Pamiętam, że pierwszy raz byłem tam jeszcze w podstawówce, tuż po otwarciu muzeum. Ogromne wrażenie robiły Liberator B-24J i kanały. Nawet z perspektywy dziecka czuło się, że to muzeum na światowym poziomie.

MZ: Powiedziałbym nawet, że wyprzedzało swoją epokę. Było jednym z pierwszych nowoczesnych muzeów narracyjnych w Europie. Bez wątpienia okazało się ogromnym sukcesem i do dziś pozostaje jedną z najważniejszych instytucji muzealnych w Warszawie.

Czy Powstanie było potrzebne?

JN: Kiedy zaczęto publicznie dyskutować o sensie Powstania Warszawskiego?

MZ: Niemal natychmiast po jego upadku. Środowiska opozycyjne i emigracyjne zazwyczaj nie podważały bohaterstwa mieszkańców Warszawy ani żołnierzy Armii Krajowej, a także samej decyzji o rozpoczęciu walk. Nie oznacza to jednak, że nie było sporów. Jednym z najostrzejszych krytyków był Stefan Kisielewski, który uważał wybuch Powstania za niepotrzebny i tragiczny w skutkach błąd.

źródło PAP
źródło PAP

Czyje jest Powstanie?

JN: Jak dziś odbiera pan Powstanie Warszawskie jako element polityki historycznej? Czy ten mit należy bardziej do jednej strony sporu politycznego, czy pozostaje wspólnym punktem odniesienia?

MZ: W Warszawie wciąż widać, jak silnie ta pamięć jest obecna. Wiele samochodów ma naklejki z kotwicą Polski Walczącej i napisem „Pamiętamy”. To oczywiście tylko hipoteza, ale dla wielu starszych Warszawiaków, zwłaszcza mieszkających tu od pokoleń, Powstanie nadal pozostaje ważnym elementem tożsamości. Miasto jednak nieustannie się zmienia. Napływają nowi mieszkańcy, dla których ten mit może mieć już mniejsze znaczenie.

Pamięć o Powstaniu jest jednak stale obecna w przestrzeni miejskiej. Miejsca związane z rzezią Woli czy innymi wydarzeniami są oznaczone tablicami, instalacjami i wystawami. Szczególnie wyraźnie widać to przed 1 sierpnia.

Oczywiście Powstanie było i jest wykorzystywane politycznie. Dobrym przykładem są obchody 66. rocznicy, podczas których na Powązkach wygwizdano Władysława Bartoszewskiego. Polska prawica przez lata przedstawiała się jako spadkobierczyni heroicznej tradycji niepodległościowej – zarówno Powstania Warszawskiego, jak i żołnierzy wyklętych. Za jedno ze swoich osiągnięć słusznie uznawała także stworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego.

JN: Jak będzie w tym roku?

MZ: Przekonamy się w najbliższych dniach. Mam jednak wrażenie, że w cieniu wojny w Ukrainie i ekshumacji na Wołyniu Powstanie Warszawskie nie będzie tak silnie wykorzystywane w bieżącej walce politycznej.

Z Powstaniem Warszawskim wiąże się wyobrażenie narodu zjednoczonego w walce – heroicznego i gotowego do poświęceń. To bardzo plastyczny mit, który można wpisywać w różne narracje polityczne.

JN: Czy polska pamięć o Powstaniu Warszawskim nie jest zbyt warszawocentryczna? Mam wrażenie, że dla wielu osób spoza stolicy nie jest ono aż tak ważnym elementem rodzinnej pamięci. Czy ten mit został w pewnym sensie narzucony całemu krajowi?

MZ: Jasne, że jest to w jakimś sensie warszawocentryczne. Jednak Warszawa także przed wojną była stolicą kraju, prawda? Miastem znaczącym, siedzibą najważniejszych władz. Choćby z powodów administracyjnych zawsze była ważna. A już pomijam los ludności i skalę zbrodni, do których doszło podczas Powstania Warszawskiego.

Po pierwsze, po 1945 r. Warszawiacy rozproszyli się po całym kraju. Wielu osiedliło się w Gdańsku, Szczecinie, Wrocławiu czy Łodzi. Dlatego pamięć o Powstaniu Warszawskim i okupacji stolicy nie pozostała wyłącznie doświadczeniem mieszkańców Warszawy – została przeniesiona do wielu innych regionów Polski.

Po drugie, ze względu na skalę wydarzenia i miejsce, w którym się rozegrało, przez długi czas była to opowieść o znaczeniu ogólnopolskim. Jak już mówiłem, miała też wymiar opozycyjny, dlatego była przyswajana i odczytywana w różnych częściach kraju.

Po trzecie, od wielu lat coraz większą rolę odgrywają pamięć lokalna i regionalne tożsamości. Samorządy, organizacje społeczne, pasjonaci historii i muzealnicy coraz częściej przypominają wydarzenia ważne dla własnych regionów. Wraz z oddalaniem się od II wojny światowej oraz słabnięciem sporów o pamięć z czasów PRL Powstanie Warszawskie stopniowo traci rolę symbolu jednoczącego cały kraj.

Dla mieszkańców Górnego Śląska znacznie ważniejszym doświadczeniem historycznym może być Tragedia Górnośląska – wywózki około 46,2 tys. Ślązaków do Donbasu i innych regionów Związku Sowieckiego w 1945 r., a także towarzyszące im prześladowania, gwałty, grabieże i przemoc.

JN: Jaka jest przyszłość mitu Powstania Warszawskiego?

MZ: Znaczenie Powstania siłą rzeczy będzie słabło. Nie tylko dlatego, że nie jest już tak nośne politycznie jak kiedyś. Po 1989 r. nastąpił także powrót do tożsamości lokalnych i upamiętniania wydarzeń związanych z historią poszczególnych regionów. Powstanie Warszawskie pozostanie ważnym punktem odniesienia, ale już nie jedynym, wokół którego budowana jest pamięć historyczna.

Dr hab. Marcin Zaremba, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, badacz historii społecznej Polski Ludowej, autor m.in. książek „Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys” i „Wielkie rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności”. 

Nasi autorzy