Pierwsze godziny po zamachu podczas berlińskiej Parady Równości pokazały mechanizm dobrze znany z wcześniejszych ataków terrorystycznych i katastrof. Gdy policja zabezpiecza miejsce zdarzenia, pomaga rannym i ustala okoliczności, w mediach społecznościowych błyskawicznie pojawiają się niepotwierdzone informacje.
W takich sytuacjach powstaje luka informacyjna. Odbiorcy chcą jak najszybciej poznać odpowiedzi, dlatego emocjonalne i sensacyjne wpisy często rozchodzą się szybciej niż oficjalne komunikaty. To właśnie w pierwszych godzinach po kryzysie najłatwiej o rozpowszechnianie fałszywych informacji.
Nie było wielu napastników
Jedną z pierwszych fałszywych narracji były doniesienia o kilku sprawcach. W mediach społecznościowych pojawiały się wpisy sugerujące, że atak był częścią większej operacji, a policja prowadzi obławę na kolejne osoby.
Niemieckie służby nie potwierdziły tych informacji. Według ustaleń sprawca działał sam, a policja nie informowała o wspólnikach ani równoległych atakach. Podobne plotki pojawiają się jednak niemal po każdym dużym zamachu. Często wynikają z chaosu na miejscu zdarzenia, błędnych interpretacji nagrań lub są celowo rozpowszechniane, aby zwiększyć poczucie zagrożenia.
Plotki o bombie i kolejnych atakach
Kolejna fala dezinformacji dotyczyła rzekomych dodatkowych zagrożeń. W sieci pojawiały się doniesienia o podłożonych ładunkach wybuchowych, strzelaninach i kolejnych atakach w różnych częściach Berlina.
Żadne z nich nie zostało potwierdzone przez policję. Niemieckie media i organizacje fact-checkingowe wskazywały, że większość wpisów opierała się na anonimowych relacjach lub nagraniach wyrwanych z kontekstu.
Takie fałszywe alarmy mają wspólny cel – wywołanie przekonania, że sytuacja jest znacznie bardziej dramatyczna, niż wynika z ustaleń służb.
Fałszywy sprawca i realne konsekwencje
Jednym z najbardziej niebezpiecznych przykładów dezinformacji było rozpowszechnianie nagrania przedstawiającego zatrzymanie mężczyzny, którego błędnie przedstawiano jako sprawcę zamachu.
Analiza Euronews wykazała, że materiał był kopiowany przez kolejne konta i trafiał do coraz większych sieci rozpowszechniających treści polityczne. Pojawił się również na kanałach Telegrama powiązanych z siecią Pravda, którą badacze operacji wpływu wiążą z rosyjskim ekosystemem informacyjnym.
Fałszywe wskazywanie sprawców należy do najgroźniejszych form dezinformacji. Niewinne osoby mogą stać się celem nękania, gróźb lub internetowych kampanii oszczerstw tylko dlatego, że ich zdjęcie lub nagranie zostało błędnie opisane.
Fake newsy rozchodzą się szybko
Fałszywe informacje po zamachach mają zwykle kilka wspólnych cech. Pojawiają się bardzo szybko, odwołują się do silnych emocji i często zawierają element pozornej wiarygodności – zdjęcie, film, nazwisko albo dokładną liczbę ofiar. Dzięki temu wyglądają bardziej przekonująco niż ostrożne komunikaty służb.
Problem polega na tym, że wielu użytkowników udostępnia takie materiały jeszcze przed ich zweryfikowaniem. To sprawia, że plotki zyskują ogromne zasięgi, a sprostowania docierają do odbiorców znacznie później.