„Fere libenter homines id quod volunt credunt”, czyli „ludzie na ogół chętnie wierzą w to, w co chcą wierzyć” – pisał w swoim dziele „Commentarii de bello Gallico” Juliusz Cezar. Powstało ono najpewniej ok. 50 roku p.n.e. Od prawie 2700 lat nic się w tej kwestii nie zmieniło – prawda nie ma już większego znaczenia, liczy się tylko własne przekonanie, że tak właśnie jest. Doskonale oddaje to nastroje panujące w mediach społecznościowych po wydarzeniach, które nie miały miejsca w Bielsku-Białej.
Miejscowy MZK, policja oraz prokuratura w oficjalnych komunikatach zapewniają, że 11-letnie dziewczynki nie prowokowały 54-letniego mężczyzny. Owszem, jedna z nich miała wyciągnięte nogi w kierunku siedzącej naprzeciwko koleżanki, ale pozytywnie zareagowała na wezwanie starszego pasażera i zdjęła obuwie z fotela, przesiadając się obok drugiej z dziewczynek. Agresor po chwili „przyglądania się” zwyzywał jednak nastolatkę – nie tylko wulgaryzmami, ale przede wszystkim niewybrednymi uwagami dot. jej ukraińskiego pochodzenia. „Wiem, gdzie mieszkasz” – groził dziewczynce, która nagrywała całe zajście, a które później obiegło media.
Osoby znane z antyukraińskiej fobii lub próbujące zbijać polityczny kapitał na budowaniu nienawiści do migrantów nie przyjęły jednak tych tłumaczeń do wiadomości i zafiksowały się na swojej wersji wydarzeń. Chwytają się wszystkich możliwości, by udowodnić, że to dziewczynki były agresorami, a mężczyzna stał się ofiarą.
Córka aktywisty? To dwie różne sprawy
„Ukraiński aktywista nagłośnił atak w autobusie. Pisze, co spotkało jego córkę” – tekst z takim tytułem ukazał się 14 lipca w Onecie. Przytoczono w nim wpis Michała Strelnikova, Ukraińca, który w Polsce działa na rzecz odkłamywania dezinformacji.
„Po tym, jak moja córka, która ma 13 lat, obejrzała ten film, przyznała się nam, że zarówno ona, jak i jej koleżanki znalazły się w podobnej sytuacji, ale nie opowiadała nam o tym, żeby nas nie zasmucać. To była dla nas nieprzyjemna niespodzianka. Uczyliśmy ją, że zawsze znajdą się idioci i nie należy zwracać na nich uwagi. I tak właśnie ją wychowaliśmy, że dopiero dzisiaj się o tym dowiedzieliśmy” – informował na profilu na Facebooku i tego dotyczył materiał Onetu.
Post Strelnikova nawiązywał do wydarzeń w Bielsku-Białej, ale był jedynie komentarzem i odwołaniem do własnych doświadczeń. Użytkownicy socjali, tacy jak „coolfonpl” na X czy „NuclearPunk” na Facebooku, albo nie przeczytali treści i skupili się wyłącznie na nagłówku, albo celowo postanowili wprowadzić opinię publiczną w błąd.
„Kojarzycie sytuację z autobusu, gdzie straszliwy Polak napadł i obraził młode ukraińskie dziewczynki? No pewnie, że kojarzycie, bo media żyją taką gnojowicą na Polakach. Okazuje się, że ta strasznie przestraszona dziewczynka ze zdjęcia to córka ukraińskiego aktywisty Michała Strelnikova. No cóż za przypadek! Aż w oczach widać flashbacki po ostatnich wakacjach w Odessie. Straszne” – napisał „NuclearPunk”, który regularnie publikuje treści antyukraińskie.
„Córka ukraińskiego aktywisty mówicie” – ironizował „coolfonpl”.
Strelnikov później wyjaśniał, że nie chodzi o te dziewczynki z Bielska-Białej, lecz o jego córkę.
„Bo się uśmiechała”
Do wpisu „NuclearPunka” dołączone było jeszcze zdjęcie dziewczynki z Ukrainy – uśmiechniętej, zadowolonej. Podobną fotografię opublikował na X redaktor „Najwyższego CZAS-u” Tomasz Sommer.
„Zamiast «ksenofobicznego aktu nienawiści» mamy pięćdziesięciolatka, który zwrócił uwagę dwóm nastolatkom za trzymanie nogi na fotelach. Gdy mu odszczeknęły odpalił się jak przeciętny działacz KO czy Lewicy na demonstracjach proaborcyjnych. Usłyszał, że nastolatki zaciągają z ukraińska, więc pojechał w tym kierunku. A jedna z nich, jak klasyczna polska femina, zaczęła go nagrywać i podkręcać, gdy zorientowała się, że może być z tego niezła imba. Kandydaci na męża in spe – radziłbym obchodzić tę pannę szerokim łukiem. A antypolski gnój, który się wylał przy okazji z rozmaitych Wiechów, Mazurków, Śmiszków et consortes, będzie długo śmierdział” – pisał.
I chociaż internauci zarzucili mu kłamstwo i na dowód pokazali oświadczenie MZK w Bielsku-Białej, wpis nadal nie zniknął i nie został sprostowany. Samo zdjęcie zostało wygenerowane przez AI. Na dostępnym w sieci filmiku dziewczynka się nie uśmiecha, wygląda raczej na przestraszoną i zaskoczoną.
„Melodia” przy obu sytuacjach jest taka sama – domagają się opublikowania pełnego zapisu nagrania z kamery umieszczonej w autobusie. Miałoby to – w ich ocenie – udowodnić prowokację i usprawiedliwić impulsywną reakcję mężczyzny.
Niezrozumiały zarzut?
54-latek przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśnienia – mówiła rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej Małgorzata Moś-Brachowska w rozmowie z PAP. Dodała, że ze względu na wstępny charakter sprawy nie może udzielić więcej informacji, ale oświadczyła, że „wykluczone jest tutaj działanie prowokujące czy wulgarne” ze strony dziewczynek. Podejrzany usłyszał zarzut z art. 257 Kodeksu karnego:
„Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech”.
„Namierzamy”
Niektórzy poszli jeszcze dalej, próbując ustalić personalia dziewczynki. „Namierzamy, gdzie mieszka” – napisano w jednym z komentarzy. Później zainteresowano się matką dziewczynki, która rzekomo miała chełpić się w mediach społecznościowych zachowaniem swojej córki, publikując zdjęcia, jak ta trzyma nogi na głowie koleżanki. Udostępniono nawet dane personalne kobiety. Na wskazanym profilu takiego wpisu nie ma, a fotografia – zdaniem internautów – została usunięta. Komentarze są zablokowane.
Matka jednej z dziewczynek skontaktowała się później z Ulianą Worobec, ukraińską działaczką z Bielska-Białej. Kobieta zgłosiła się po poradę.
– Była w szoku. Nie spodziewała się takiego rozgłosu i że zrobi się z tego burza, a sprawą zajmie się policja. W tej chwili jest mocno atakowana z każdej strony. Rodziny drugiej dziewczynki nie znam, ale wiem, że filmik został wstawiony po to, by pokazać, że każde dziecko może być dziś narażone na takie zachowanie i że sytuacja jest niepokojąca – mówi Worobec w rozmowie z naTemat.pl. I dodaje, że to „zwykła, fajna rodzina”.
Nie brakowało też teorii spiskowych i opinii, że to „ustawka” i ta 11-latka jest ukraińską agentką, która jest na usługach służb. Według badania przeprowadzonego przez Rex Futura, taką narrację „kupuje” aż 6 proc. internautów. Tego z kolei nie potwierdzają żadne (polskie) służby.
Nagonka dopadła też prezesa MZK Huberta Maślankę. Niepublikowanie przez niego nagrań z monitoringu ma wynikać z faktu, że w przeszłości startował w wyborach do Senatu z list Koalicji Obywatelskiej. W oświadczeniu przedsiębiorstwo wyjaśniło, że nie może tego zrobić ze względu na „regulacje o ochronie danych osobowych”. Pełne nagranie jest w posiadaniu policji i stanowi dowód w sprawie.
Quo vadis?
Tego samego dnia – 11 lipca – w innej części Polski doszło do kolejnego ataku na tle narodowościowym. Do mężczyzny rozmawiającego przez telefon przed jedną z kamienic w Łodzi podszedł agresor i powiedział, że „jego miejsce nie jest w Polsce”. Poszkodowany trafił do szpitala z urazem twarzoczaszki. Na komisariacie zeznał, że sprawca zdarzenia „wziął go za Ukraińca”, choć ten jest Polakiem.
„Braunderowiec pobił Polaka, bo myślał, że to Ukrainiec. Tu jesteśmy” – skomentował profil „Zespół Brauna” na portalu X.
Od dnia ataku na dziewczynki z Ukrainy również część polityków, m.in. Dariusz Matecki czy Janusz Kowalski, nasili swoje działania na rzecz zohydzania Polakom Ukraińców. Opublikowali dziesiątki materiałów z przestępstw popełnianych przez obywateli kraju zza naszej wschodniej granicy, próbując udowodnić, że władze i policja interweniują tylko wtedy, gdy krzywda dzieje się Ukraińcom. To również kłamstwa.