Nowe przepisy w Korei Południowej, wprowadzone 7 lipca tego roku, są efektem wieloletniej debaty o tym, jak państwo powinno reagować na dezinformację w erze mediów społecznościowych. Nie chodzi wyłącznie o pojedyncze fałszywe wpisy czy błędne informacje publikowane przez użytkowników internetu. Spór dotyczy przede wszystkim zorganizowanych kampanii, gdy nieprawdziwe treści są tworzone i rozpowszechniane celowo, aby wpłynąć na zachowania społeczne lub polityczne.
Władze argumentują, że dotychczasowe przepisy – dotyczące m.in. zniesławienia, prawa prasowego oraz odpowiedzialności za treści publikowane w sieci – nie były wystarczające wobec nowego rodzaju zagrożeń. Tradycyjne postępowanie prawne często rozpoczynało się dopiero po tym, gdy fałszywa informacja osiągnęła już milionowe zasięgi.
Zwolennicy ustawy przekonują, że państwo musi reagować wcześniej, ponieważ w przypadku dezinformacji samo późniejsze sprostowanie często nie wystarcza. Informacja może zostać usunięta z internetu, ale jej wpływ na opinię publiczną pozostaje.
Kryzys polityczny przyspieszył prace nad ustawą
Debata nad regulacją dezinformacji nabrała szczególnego znaczenia po kryzysie politycznym, który rozpoczął się w grudniu 2024 roku. Ówczesny prezydent Yoon Suk yeol ogłosił stan wojenny, co doprowadziło do masowych protestów, konfliktu politycznego oraz późniejszego odsunięcia go od władzy.
W czasie kryzysu internet stał się miejscem intensywnej walki informacyjnej.
Krytycy odpowiadają jednak, że właśnie w okresach politycznego kryzysu szczególnie ważna jest możliwość swobodnego kontrolowania władzy przez media i obywateli. Ich obawa polega na tym, że przepisy stworzone do walki z fałszem mogą zostać wykorzystane również wobec niewygodnych publikacji lub krytycznych opinii.
To właśnie ten konflikt – między ochroną społeczeństwa przed manipulacją a ochroną wolności słowa – znajduje się w centrum sporu wokół koreańskiej ustawy.
Sztuczna inteligencja zwiększyła skalę zagrożenia
Jednym z argumentów za zaostrzeniem prawa jest również rozwój narzędzi sztucznej inteligencji. Technologie generatywnej AI pozwalają dziś tworzyć realistyczne obrazy, nagrania i wypowiedzi, które mogą wyglądać jak autentyczne materiały. W przypadku kampanii politycznych problemem nie jest wyłącznie samo stworzenie fałszywego materiału, ale szybkość, z jaką może on zostać rozpowszechniony.
Korea Południowa obawia się szczególnie wykorzystania takich narzędzi podczas wyborów. Fałszywe nagrania polityków lub zmanipulowane informacje mogą pojawić się w przestrzeni publicznej tuż przed głosowaniem, gdy możliwości ich zweryfikowania są ograniczone. Rząd argumentuje, że obecne tempo zmian technologicznych wymaga nowych narzędzi prawnych. Krytycy odpowiadają, że właśnie rozwój sztucznej inteligencji sprawia, iż definicja „fałszu” może stać się jeszcze trudniejsza do jednoznacznego ustalenia.
Co dokładnie zmienia nowe prawo?
Nowe przepisy nie wprowadzają zakazu publikowania kontrowersyjnych opinii ani nie tworzą państwowego urzędu, który miałby decydować, jakie informacje są prawdziwe.
Ich głównym elementem jest zwiększenie odpowiedzialności za świadome rozpowszechnianie fałszywych informacji, jeżeli powodują one konkretną szkodę. W określonych przypadkach sądy mogą przyznać odszkodowanie sięgające nawet pięciokrotności wyrządzonej szkody. Dotyczy to sytuacji, w których publikujący działał celowo, aby osiągnąć korzyść lub wyrządzić szkodę.
Przepisy zwiększają również obowiązki największych platform internetowych. Serwisy mają posiadać procedury reagowania na zgłoszenia dotyczące potencjalnie fałszywych treści oraz podejmować działania zgodnie z wymogami prawa.
Według zwolenników ustawy oznacza to większą odpowiedzialność firm technologicznych za środowisko informacyjne, z którego korzystają miliony osób. Krytycy wskazują natomiast, że platformy mogą zacząć usuwać treści „na wszelki wypadek”, aby uniknąć odpowiedzialności.
Rząd: celem są manipulacje, nie krytyka
Władze Korei Południowej podkreślają, że ustawa nie jest narzędziem kontroli opinii.
Według rządu przepisy mają być skierowane przeciwko celowym kampaniom dezinformacyjnym, a nie przeciwko dziennikarzom, ekspertom czy obywatelom wyrażającym swoje poglądy.
Autorzy regulacji wskazują, że demokratyczne państwo ma obowiązek chronić obywateli przed sytuacją, w której decyzje polityczne podejmowane są na podstawie fałszywych informacji rozpowszechnianych przez osoby działające w złej wierze.
Krytycy odpowiadają jednak, że sama intencja ustawy nie wystarczy. Ich zdaniem kluczowe będzie to, jak szeroko sądy i regulatorzy będą interpretować przepisy oraz czy nowe narzędzia nie zaczną być stosowane również wobec materiałów mieszczących się w granicach legalnej debaty publicznej.
Dziennikarze obawiają się efektu mrożącego
Największe kontrowersje wokół nowego prawa nie dotyczą samego celu ustawy. Krytycy nie twierdzą, że państwo powinno ignorować celowe kampanie dezinformacyjne. Ich obawy dotyczą tego, czy narzędzia stworzone do walki z fałszem nie zaczną ograniczać również legalnej krytyki, dziennikarstwa i debaty publicznej.
Najczęściej powtarzanym zarzutem jest ryzyko tzw. efektu mrożącego (chilling effect). Oznacza on sytuację, w której media lub obywatele zaczynają ograniczać swoje działania nie dlatego, że prawo formalnie zakazuje określonych treści, ale dlatego, że obawiają się konsekwencji prawnych.
Koreańskie organizacje dziennikarskie wskazują, że problemem mogą być nie tylko same kary, ale również koszty prowadzenia sporów sądowych. Nowe przepisy pozwalają sądom przyznawać odszkodowania sięgające nawet pięciokrotności wyrządzonej szkody w przypadku rozpowszechniania fałszywych lub zmanipulowanych informacji w celu wyrządzenia szkody albo osiągnięcia korzyści.
Dla dużych koncernów medialnych proces sądowy może być trudnym, ale możliwym do udźwignięcia wyzwaniem. Dla małych redakcji, niezależnych dziennikarzy czy twórców internetowych może stać się powodem rezygnacji z publikacji materiałów dotyczących kontrowersyjnych tematów.
To właśnie dlatego krytycy argumentują, że największym zagrożeniem nie musi być bezpośrednia cenzura, ale autocenzura.
„Nie wiadomo dokładnie, co będzie uznane za fałsz”
Jednym z najtrudniejszych problemów jest definicja informacji fałszywej lub zmanipulowanej. Prawo ma być wymierzone przede wszystkim w osoby i podmioty, które świadomie rozpowszechniają nieprawdziwe informacje. W praktyce jednak pojawia się pytanie, jak odróżnić celowe kłamstwo od błędu, niepełnej informacji albo publikacji, która została później uzupełniona.
Dziennikarze często działają w warunkach niepełnej wiedzy. Podczas kryzysów politycznych, katastrof czy gwałtownych wydarzeń informacje zmieniają się szybko, a pierwsze doniesienia mogą wymagać późniejszych korekt.
Krytycy ustawy wskazują, że przepisy nie powinny tworzyć sytuacji, w której dziennikarze będą bali się publikować informacje ważne społecznie tylko dlatego, że ktoś może zakwestionować ich prawdziwość.
Jak wskazywały organizacje medialne cytowane przez Associated Press, ustawa budzi obawy, ponieważ – zdaniem krytyków – nie definiuje wystarczająco jasno zakresu zakazanych treści i nie zapewnia wystarczających zabezpieczeń dla mediów.
Platformy internetowe mogą stać się „strażnikami prawdy”
Kontrowersje dotyczą również firm technologicznych. Nowe przepisy nakładają dodatkowe obowiązki na duże platformy internetowe. Mają one tworzyć systemy reagowania na zgłoszenia dotyczące fałszywych lub zmanipulowanych treści. Zwolennicy ustawy twierdzą, że to konieczne, ponieważ firmy technologiczne nie mogą pozostawać bierne wobec treści, które mogą szkodzić społeczeństwu.
Krytycy obawiają się jednak, że platformy mogą zacząć usuwać materiały zbyt ostrożnie.
Kim Hong-yeol, profesor Duksung Women’s University, ostrzegał, że przepisy mogą zachęcać firmy internetowe do nadmiernej moderacji. Jego zdaniem przedsiębiorstwa mogą zacząć działać jak „internetowi cenzorzy”, usuwając także legalne treści, aby uniknąć ryzyka prawnego.
To jeden z najważniejszych punktów sporu. Jeżeli prywatne firmy zaczną podejmować decyzje dotyczące usuwania treści przede wszystkim ze względu na własne bezpieczeństwo prawne, granice wolności wypowiedzi mogą być wyznaczane nie przez sądy, ale przez politykę ryzyka platform.
Rząd: bez regulacji demokracja też jest zagrożona
Władze Korei Południowej odrzucają zarzuty, że ustawa jest narzędziem cenzury.
Ich argument jest prosty: wolność słowa nie obejmuje prawa do prowadzenia celowych kampanii opartych na fałszywych informacjach, szczególnie jeśli ich celem jest wpływanie na wybory, destabilizowanie instytucji państwa albo osiąganie korzyści finansowych.
Koreańska Komisja ds. Komunikacji i Mediów podkreślała, że ustawa nie daje państwu prawa do samodzielnego decydowania, które treści są fałszywe. Według regulatora decyzje mają być podejmowane przez operatorów platform zgodnie z procedurami, a publikacje prowadzone w interesie publicznym mają być wyłączone spod systemu zwiększonych odszkodowań.
Rząd wskazuje również, że problem dezinformacji stał się szczególnie poważny wraz z rozwojem sztucznej inteligencji. Fałszywe nagrania, zmanipulowane obrazy i automatycznie generowane treści mogą dziś powstawać znacznie szybciej niż wcześniej.
Koreański model a rozwiązania europejskie
Spór wokół koreańskiej ustawy wpisuje się w szerszą światową debatę. Demokratyczne państwa próbują znaleźć sposób na ograniczenie wpływu dezinformacji, szczególnie podczas wyborów i kryzysów politycznych.
Unia Europejska przyjęła inne podejście poprzez Digital Services Act. Europejskie przepisy koncentrują się przede wszystkim na obowiązkach największych platform: przejrzystości działania, analizie ryzyka i procedurach moderacji.
Koreański model mocniej skupia się na odpowiedzialności podmiotów rozpowszechniających fałszywe informacje. Nie oznacza to automatycznie, że jeden system jest właściwy, a drugi błędny. Pokazuje jednak różnicę w podejściu: Europa większy nacisk kładzie na odpowiedzialność platform, Korea – na odpowiedzialność za samą publikację szkodliwych treści.
Prawdziwy test dopiero się zaczyna
Ostateczna ocena koreańskiej ustawy będzie możliwa dopiero po tym, jak zacznie być stosowana w praktyce.
Najważniejsze pytania brzmią:
Korea Południowa stoi przed problemem, którego nie da się rozwiązać jednym aktem prawnym. Państwo musi reagować na coraz bardziej zaawansowane manipulacje informacyjne, ale jednocześnie musi uważać, aby walka z fałszem nie stała się narzędziem ograniczania legalnej krytyki.
Ostatecznym sprawdzianem nie będzie więc sama treść ustawy, ale sposób jej stosowania.
To właśnie praktyka pokaże, czy Korea Południowa stworzyła skuteczny model obrony demokracji przed dezinformacją, czy też rozwiązanie, które może osłabić jedną z jej podstawowych zasad – prawo obywateli do swobodnej wymiany poglądów.