Skutki sprawy Samsona. Jak wydobyć prawdę z niejawnego procesu nie krzywdząc ofiar?

Brak informacji to pole do wielopiętrowych spekulacji i dezinformacji. Widać to na przykładzie głośnej sprawy sądowej psychologa Andrzeja Samsona oskarżonego o pedofilię. Obserwowałam ją latami, a teraz opisałam w książce.

Skutki sprawy Samsona. Jak wydobyć prawdę z niejawnego procesu nie krzywdząc ofiar?
fot. Unsplash

W 2004 roku na warszawskim Mokotowie na śmietniku ktoś znalazł i zaniósł na policję zdjęcia z dziecięcą pornografią. Właścicielem zdjęć okazał się – jak pisały wówczas ostrożnie gazety – psycholog Andrzej S. Policja go zatrzymała, a sąd zdecydował o tymczasowym areszcie. 
Sprawa była wyjątkowo delikatna – dotyczyła dzieci, kodeksowo zwanych małoletnimi poniżej lat 15. A dobro dziecka – i słusznie – to nadrzędna zasada prawna w Polsce. Jak się jednak okazało przy okazji sprawy Samsona – owo dobro jednocześnie utrudnia i zamyka wszelkie dyskusje dotyczące nieletnich. 

Ochrona konstytucyjna

 Art. 72 Konstytucji RP gwarantuje ochronę interesu i praw dziecka. Brzmi następująco:

1. Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę praw dziecka. Każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą, okrucieństwem, wyzyskiem i demoralizacją.

2.Dziecko pozbawione opieki rodzicielskiej ma prawo do opieki i pomocy władz publicznych.

3. W toku ustalania praw dziecka organy władzy publicznej oraz osoby odpowiedzialne za dziecko są obowiązane do wysłuchania i, w miarę możliwości, uwzględnienia zdania dziecka.

4. Ustawa określa kompetencje i sposób powoływania Rzecznika Praw Dziecka.

Media na łasce i niełasce informatorów

Nie da się polemizować z ograniczaniem informacji dotyczących np. małoletnich ofiar poddawanych „innym czynnościom seksualnym”. Tego typu procesy odbywają się z wyłączaniem jawności, czyli toczą się bez udziału publiczności. Czyli także mediów, które wykluczone z sądowych rozpraw – mają utrudniony dostęp do informacji z pierwszej ręki. 

W ten sposób często ulegają manipulacji, która wynika właśnie z braku wiarygodnych, wieloźródłowych informacji. W tej sytuacji głównymi i praktycznie jedynymi źródłami są uczestnicy procesu i ich pełnomocnicy. Te źródła są nieoficjalne, bo za ujawnienie tego, co dzieje się na sali sądowej, grożą kary. 

Co to oznacza dla opinii publicznej? Że dziennikarze mają bardzo ograniczony dostęp do rzeczywistego przebiegu procesu i korzystają z niepewnych źródeł, a więc współtworzą swoje wersje wydarzeń. 

Sytuacja jest zatem paradoksalna. Z jednej strony obowiązkiem dziennikarzy jest dostarczanie informacji. Właściciele mediów naciskają, by było ich dużo i coraz więcej, bo tego domagają się odbiorcy. Z drugiej strony mamy w tym przypadku tak naprawdę niekontrolowane tworzenie „informacji” o tym, co dzieje się w sprawie – ponieważ obowiązuje brak jawności. 

„Przecieki” z takich rozpraw są zatem z natury fragmentaryczne, a w dodatku przedstawiają opinii publicznej jedną perspektywę: anonimowego informatora, który w dodatku może nimi manipulować i je dozować. Media „produkują” więc i powielają niesprawdzone informacje, które –  najpewniej – nie są zgodne ze stanem faktycznym.

Wyścigi na newsy

Sąd wprawdzie ogłasza jawnie wyrok w takim niejawnym procesie, ale z jego uzasadnieniem bywa już różnie – decyduje o tym skład orzekający w konkretnej sprawie. 

Pierwsze informacje podawane przez media brzmiały: „Znany psycholog Andrzej S. zatrzymany, na śmietniku obok jego mieszkania znaleziono zdjęcia z pornografią dziecięcą”.  Ten news był punktem wyjścia do dalszych poszukiwań, stawiania hipotez i zauważalnego wyścigu mediów o to, kto pierwszy uzyska informację, co jest na zdjęciach i czego miał się dopuścić psycholog. Dziennikarze szukali odpowiedzi, śledczy gromadzili dowody, a przyjaciele i rodzina szukali obrońcy dla zatrzymanego.

Sąd aresztował Andrzeja Samsona pod następującym zarzutem: „doprowadził nieustalonych małoletnich poniżej 15 lat do poddania się innej czynności seksualnej”, wykorzystując przy tym ich bezradność wynikającą z upośledzenia umysłowego. Psychologowi postawiono też zarzut „udostępniania im treści pornograficznych i przedmiotów mających taki charakter”, a także „utrwalania i przechowywania treści o charakterze pornograficznym”. 

Później prokuratura uzupełniła zarzut o dane małoletnich ofiar chłopca o konkretnym imieniu i nazwisku oraz nieustalonej dziewczynki o imieniu Marta. 

Większość zdobywanych przez dziennikarzy informacji była nieoficjalna śledczy i rodziny ofiar nie mogły nic mówić, a proces odbywał się z wyłączeniem jawności. 

Z oficjalnych źródeł dziennikarze mieli dwie pewne informacje: że są zdjęcia i że aresztowanym jest Andrzej S. Nieoficjalne źródła dopowiadały drastyczne szczegóły, których nikt nie odważył się wypowiedzieć na głos. Od samego początku jednak rysował się przejmujący obraz dziecięcej krzywdy.

Ofensywa obrońców

Do opinii publicznej, która reagowała z oczywistym niedowierzaniem, dochodziło, że człowiek uważany za guru psychologii, autorytet, twórca poradników dla rodziców, w których doradzał, jak radzić sobie z dziećmi mógł dopuścić się potwornych niegodziwości. 

Już 10 dni po zatrzymaniu psychologa środowisko jego bliskich znajomych zorganizowało konferencję prasową w obronie Andrzeja S. „Chcielibyśmy zaapelować do dziennikarzy o zwiększenie odpowiedzialności za przekazywane treści i nieosądzanie przedwcześnie osób, które są jedynie podejrzane” mówił wówczas dziennikarz Andrzej Goszczyński, m.in. współtwórcza Centrum Monitoringu Prasy. 

Z kolei psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński apelował: „Jak mi pani pokaże ofiary, to będę im współczuł i będę o nich rozmawiał. Na razie nie znam ofiar Andrzeja S”.

Na to zwracali też uwagę dziennikarze: żaden z występujących w obronie psychologa nie wykazał troski wobec jego pacjentów, o ich obawy, lęki czy poczucie bezpieczeństwa. A przecież pacjentami były dzieci, których dobro jest nadrzędną zasadą w Polsce. Obrońcy zarzucali mediom, że ich relacje z procesu w świadomości społecznej deformują wizerunek pedofilii. „Ta deformacja polega na tym, że teraz przeciętny rodzic wyobraża sobie, że głównymi źródłami i miejscami zagrożenia dla ich dzieci są chóry, psychoterapeuci, kościół, kolonie letnie i szkoły w ogóle” – podkreślał prof. Czapiński. 

Psycholog się przyznał

Wtedy w czasie trwania konferencji prasowej obrońców Polska Agencja Prasowa podała sensacyjną informację – za Prokuraturą Okręgową w Warszawie – że „znany psycholog Andrzej S. przyznał się do zarzucanych mu czynów”. 

Zarzuty: „wielokrotne doprowadzenie nieustalonych małoletnich poniżej 15 lat do poddania się innej czynności seksualnej” oraz „wielokrotne udostępnianie im treści pornograficznych i przedmiotów mających taki charakter”, a także „wielokrotne utrwalanie przez wykonywanie zdjęć i przechowywanie treści pornograficznych nieustalonych małoletnich poniżej 15 lat”. 

Cios w psychologię

Od tego momentu sytuacja się całkowicie zmieniła. Uczestnicy konferencji nie potrafili przekonująco wyjaśnić, jakie były ich intencje i dlaczego tak naprawdę bronią kolegę-psychologa. 

Często głosy poparcia pomagają. W tym przypadku przyniosły niespodziewany efekt uboczny. Zwykle głośne sprawy sądowe z udziałem osób publicznych uruchamiają silne mechanizmy tożsamościowe: „my” i „oni”. Takich „drużyn” nie przekonują żadne  informacje.

Część środowiska psychologicznego niemal natychmiast odcięła się od głosu obrońców Samsona. „Przed środowiskiem polskich psychologów stoi trudne zadanie odbudowy i odzyskania zaufania publicznego, a branie w obronę oskarżonego i atakowanie mediów temu nie służy” - pisali profesorowie uniwersytetów z całej Polski. 

Sprawa Samsona wywołała dyskusję o kondycji polskiej psychologii i braku regulacji. Media próbowały natomiast opisywać i interpretować sprawę zza zamkniętych sądowych drzwi.

Po co taki wywiad na wyłączność?

We wrześniu 2004 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała pierwszy wywiad z aresztowanym, wtedy już było wiadomo, że z Andrzejem Samsonem.

Psychologia poznawcza od lat dokumentuje tzw. efekt pierwszeństwa – informacja, która dociera do odbiorcy jako pierwsza, utwierdza, zakotwicza jego interpretację. Czyli: kto mówi pierwszy – wygrywa. 

W opisanym przypadku stało się podobnie. Obrona dostała potężne wsparcie narracyjne, a opinia publiczna poznała sprawę w wersji korzystnej dla psychologa. Część odbiorców została przy tej właśnie wersji i to mimo iż później sąd skazał Samsona. 

Z perspektywy czasu warto się zastanowić: czy głos oskarżonego w niejawnym procesie, w którym deklaratywnie chroni się dobro dzieci, powinien być słyszany przez opinię publiczną? W dodatku jako pierwszy? Przecież tymczasowo aresztowany psycholog, podobnie, jak inni uczestnicy procesu był zobligowany do tajemnicy rozprawy. 

Psycholog przedstawił w gazecie swoją linię obrony

Rodziny poszkodowanych nie rozumiały, dlaczego w ogóle sąd zgodził się na wywiad z Samsonem. Argumentowali, że fałszywa narracja działa jako kotwica poznawcza. Odbiorcy nieświadomie filtrują napływające później informacje przez jej pryzmat: fakty zgodne z ich poglądami przyjmują bez oporu, natomiast sprzeczne – odrzucają jako „stronnicze” lub „zmanipulowane”.  W warunkach procesu niejawnego mechanizm ten jest szczególnie szkodliwy: brak dostępu do sali sądowej uniemożliwia skuteczne zderzenie z faktami procesowymi. 

„Nic z tego, co robiłem, nie miało na celu uzyskania seksualnych gratyfikacji. I było sporządzone w zupełnie innym celu. To moja linia obrony” – powiedział Samson „Wyborczej”. Opisał, co wydarzyło się 27 czerwca 2004 roku. Przyznał, że zrobił kilkadziesiąt zdjęć, a nie kilkaset. Co na nich było? „Zdjęcia moich pacjentów w trakcie zajęć terapeutycznych. Chciałem to udokumentować, bo miałem poczucie, że robię nowe rzeczy”. Zaprzeczył, że molestował dzieci. Opowiedział m.in. o metodzie regresji, którą stosował, by „uzdrowić autystyczne dzieci”. Przedstawiał siebie jako doskonałego psychologa, który leczy, a efekt jest taki, że stał się ofiarą policji i mediów.

Kiedy cisza sprzyja dezinformacji

Ciszę działań procesowych stale wypełniały domysły i plotki. Brak informacji stawał się nieneutralnym stanem wiedzy, czyli skuteczną dezinformacją. Instytucje często milczą ze zrozumiałych powodów, np. bo wciąż trwa dochodzenie, informacje są niepewne i prawnicy zalecają ostrożność. Problem w tym, że odbiorcy nie znają tych przesłanek, więc w praktyce wierzą i powielają kłamstwa. A gdy już pojawi się oficjalne stanowisko, ludzie odbierają je już inaczej, traktują jako kunktatorstwo i raczej mataczenie sądu, a nie podejrzanego. W tym przypadku wierzą w wersję, którą wcześniej przekazał Samson.

Zadawałam sobie pytanie: czy skoro ofiarom przestępstwa zamknięto usta, bo proces toczył się z wyłączeniem jawności, to czy zgodne z prawem jest danie głosu aresztowanemu sprawcy? Z perspektywy 30 lat pracy dziennikarskiej wiem, że sądy zwykle oddalają wnioski dotyczące spotkań z tymczasowo aresztowanymi do czasu wydania wyroku. Nie jest to oczywiście regułą, ale w tym przypadku zgoda na wywiad ze sprawcą od początku budziła wątpliwości. Oczywiście dla każdego dziennikarza to sukces, że można mieć na wyłączność, wyprzedzając konkurencję, wywiad z człowiekiem, o którym dyskutuje cała Polska. W sprawie Samsona niemal wszystkie media prosiły o możliwość widzenia z psychologiem. 

Sąd wydawał te zgody, ale to sam podejrzany decydował, z kim będzie rozmawiał, a z kim nie. 

Kłamstwo o metodzie leczenia

Informacje o nowatorskiej metodzie leczenia z autyzmu, o której w wywiadzie opowiedział psycholog Samson szybko stały się sensacją. Teraz powiedzielibyśmy, że fake news poszedł w świat. A przecież jedynie kilka osób miało wgląd w materiał dowodowy. Nie znała go opinia publiczna i nie znali dziennikarze. To sprawiło, że pojawiły się domniemania, fantazje i spekulacje. 

Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że ten fake news był skuteczny, bo przez te wszystkie lata spotykałam ludzi głoszących rewelacje o „niekonwencjonalnym leczeniu chorych na autyzm dzieci”. Taka wersja się utrwalała, a Samson nawet zza krat budował swoją terapeutyczną wielkość. Do tego uwiarygadniali go znajomi z psychologicznym i medialnym dorobkiem.

Z drugiej strony trudno objąć rozumem krzywdę wyrządzoną przez specjalistę, który przecież miał pomagać dzieciom z zaburzeniami. Prawdą jest też, że mechanizm wyparcia był silny nawet u osób, które przewinęły się przez gabinet psychologa i doznały krzywdy. 

Niewątpliwie prawdą jest przede wszystkim to, że materiał, który widziałam po 20 latach od sprawy, nie pozostawia żadnych złudzeń co do winy psychologa, podobnie jak ustalenia biegłych i sądu. 

Jak Samson wodził za nos wymiar sprawiedliwości

Za zamkniętymi drzwiami sąd i biegli rozkładali na czynniki pierwsze metodologię psychoterapii Samsona. Po analizie akt dziwi mnie, że sprawdzano wnikliwie linię obrony, a pominięto przesłuchanie podstawowych świadków. Nigdy nie przesłuchano np. byłej żony psychologa ani jej córki, nigdy nie sprawdzano wersji aktywnych w mediach najbliższych przyjaciół w kwestii nowatorskiej metody leczenia bodźcem seksualnym. Biegli i sąd nigdy nie przyjrzeli się jego publikacjom, bo nawet w powieści napisanej przez Samsona były wątki, które śledczy powinni wziąć pod uwagę. 

Dlaczego śledczy i biegli poświęcili tyle czasu na wątek związany z rzekomo planowaną publikacją, nad którą pracował Samson i do której miał potrzebować setek pornograficznych zdjęć? Dlaczego nie poświęcili tego czasu na przesłuchanie biegłego z zakresu informatyki, który pokazałby prawdziwe oblicze i zasoby pornografii rozprowadzanej w sieci po całym świecie?

Granice obrony

Po przeczytaniu wszystkich tomów akt sprawy i analizie dołączonego materiału fotograficznego trudno mi pojąć jak w tym przypadku działał wymiar sprawiedliwości i jakie są tak naprawdę zasady prawa do obrony. 

W polskim prawie karnym oskarżony nie ma obowiązku mówienia prawdy i co do zasady nie ponosi się odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych wyjaśnień. W tym przypadku widać było, jak Samson wodził za nos i manipulował wymiarem sprawiedliwości i to przez lata. Przy tym jest wyjątkowo irytujące, że tyle mówi się o dobru dzieci. 

Spore koszty poniósł też skarb państwa, ale największe – pokrzywdzeni i ich bliscy. Przy tak potężnej ilości materiałów dowodowych sąd pozwolił na kilkuletni proces, co w praktyce znaczyło niekończące się upokarzanie ofiar. W sprawie nie popisał się też prokurator występujący w roli interesu pokrzywdzonych dzieci, bo np. nie zabezpieczył majątku na poczet ewentualnych przyszłych roszczeń ofiar. W tym konkretnym przypadku prawa oskarżonego – do ochrony majątku, zdrowia i obrony –  wydają się przykładem niesprawiedliwości. 

Mechanizmy dezinformacji

Sprawa Samsona pokazuje też, że instytucje – by były szanowane i cieszyły się zaufaniem społecznym – muszą prowadzić sensowną politykę informacyjną, właśnie po to, by w mediach i wśród ludzi nie hulała dezinformacja. 

W tym przypadku zwracam uwagę na dwa mechanizmy dezinformacji. Pierwszy – pasywny, czyli brak wyraźnej postawy instytucji, która milczy w sytuacjach, gdy powinna zabrać głos. Drugi – aktywny: luka wypełniła się manipulacją, czyli m.in. narracją o rzekomo cudownych metodach leczenia i badaczu, który naukowo zajmuje się zjawiskami pornograficznymi. 

Były też elementy dezinformacji zewnętrznej, które niczym królik z kapelusza pojawiały się w mediach, bo organy sprawiedliwości i policja nieskutecznie zabezpieczyły materiał dowodowy. Przykład: zaledwie trzy dni po zatrzymaniu psychologa tabloid „Fakt” opublikował zdjęcie z kolekcji psychologa – widać na nim chłopca z zabawką, który leży na kanapie ubrany w pampersa. 

Dla niektórych nie było nic gorszącego w tym zdjęciu, media pytań nie zadawały. Tymczasem niektórzy obrońcy psychologa próbowali wykorzystać to zdjęcie, m.in. prof. Czapiński. Przekonywał, że chłopiec ze zdjęcia jest dzieckiem uzdrowionym z autyzmu, a dokonał tego Samson. To miało świadczyć o skuteczności jego nowatorskich metod. „To ten chłopiec jest na tym zdjęciu” – mówił m.in. w TVN 24. 

Linia obrony oparta na kłamstwie

Przeprowadziłam dziennikarskie śledztwo. Ustaliłam, że Samson był tylko „medialnym ekspertem”, który w dodatku występował publicznie pod wpływem alkoholu. Nie znalazłam żadnej jego publikacji o autyzmie. Zachowała się jedna kompromitująca wypowiedź w programie TVP „Trzecia Strona Medalu”. Głosił tam teorie uderzające w dobro autystycznych dzieci i nie dostrzegał niczego złego w przemocy wobec nich

Mimo wszystko przyjaciele uważali, że Samson był najlepszym specjalistą w leczeniu autyzmu. Pod tym względem nie był znany, nie zabierał głosu na specjalistycznych forach, ani na zjazdach naukowych. Wiedza, którą się posługiwał, była daleka od ówcześnie obowiązującej. 

Kluczowe wyznanie Samsona

Andrzej Samson sam pogrzebał misternie budowaną linię obrony. Przeprowadziłam z nim rozmowę, gdy przebywał w areszcie. Powiedział mi, że chłopiec z opublikowanego w „Fakcie” zdjęcia nigdy nie miał autyzmu, a więc nie mógł zostać z niego uleczony. To było kluczowe wyznanie, które obaliło całą strategię obrony. 

Podkreślam, że gdyby nie determinacja rodziców, zmęczonych niekończącym się procesem, nie upadłby mit Samsona jako „psychologicznego guru”. Z rodzicami rozmawiałam wielokrotnie.

Bardzo ważna była dla mnie rozmowa z matką chłopca ze zdjęcia. To ona pokazała prawdziwą diagnozę postawioną przez Samsona na piśmie. Właśnie dzięki temu mogłam zadać mu pytanie, a jego odpowiedź obnażyła publicznie utrwalane kłamstwo. Z dokumentu wynikało jednoznacznie, że Samson już od pierwszych dni, kiedy dziecko było u niego z wizytą, stanowczo wykluczał autyzm. 

Początek końca teorii o cudownie uzdrowionym dziecku i nadzwyczajnych metodach leczenia autyzmu

Rozmowa w areszcie okazała się początkiem końca teorii o cudownie uzdrowionym dziecku i nadzwyczajnych metodach leczenia Andrzeja Samsona. 

Samson potwierdził mi wtedy osobiście, że chłopiec nigdy nie miał autyzmu i w ten sposób sam obalił linię obrony głoszoną przez jego przyjaciół w mediach. Matka chłopca zaś nie wiedziała o robionych zdjęciach, o przebieraniu syna w dziewczęce ubrania, o zakładaniu pampersów, ani o innych praktykach stosowanych wobec jej dziecka. Samson nigdy nie informował o „nowatorskiej metodzie”, którą miał stosować w przypadku jej syna. Po pewnym czasie dowiedziała się, dlaczego jej dziecko leży na wersalce w pampersie.

Co działo się za zamkniętymi drzwiami gabinetu psychologicznego, opisuję w książce „Psycholog. Sprawa Andrzeja Samsona” (Wydawnictwo Otwarte). 

Wyścig mediów, ale nie po prawdę

O tym, że Samson jest wprawdzie kontrowersyjny, ale jednocześnie skuteczny pisały opiniotwórcze tygodniki. W dodatku jedna z gazet – i to nie tabloid – próbowała zdyskredytować matkę oskarżyciela posiłkowego. Napisała, że jej głównym celem są pieniądze, które kobieta próbuje zdobyć jako zadośćuczynienie za wyrządzone jej dziecku krzywdy. Prawda jest taka, że sąd dotąd nie wypłacił żadnych pieniędzy ofiarom i ich rodzinom w tej sprawie. Niektóre media z atencją traktowały sprawcę, nie zważając na krzywdę dzieci.

Dopiero po latach widać, kto i czym wypełniał próżnię informacyjną między salą sądową a opinią publiczną. Wtedy w mediach trwała zrozumiała nawet gonitwa, kto pierwszy opublikuje coś nowego, bo czytelnicy chcą dużo wiedzieć o głośnej sprawie psychologa podejrzanego o czyny pedofilskie. A ponieważ sprawa była niejawna, to dominowały domysły, dezinformacja i kłamstwa. Paradoks – jak wcześniej pisałam – polegał na tym, że sąd, czyli instytucja powołana do ustalania prawdy, sam stał się, dzięki nieprzejrzystości, powodem szerzenia w przestrzeni publicznej nieprawdy. Krzywda dzieci traktowana była natomiast instrumentalnie. Dlaczego i w imię czego? Nie wiem, zostawiam to pytanie otwarte. 

Rodziny pokrzywdzonych, po ponad dwóch dekadach pamiętają wszystko z detalami, do dziś twierdzą, że wyłączenie jawności bardziej służyło oskarżonemu niż ich dzieciom. Wieloletni proces traktują zaś jako formę krzywdy ofiar i to one poniosły największą szkodę. 

Umarł niewinny?

Część opinii publicznej żyje w przeświadczeniu, że Samson umarł właściwie niewinny, bo nie zapadł prawomocny wyrok. A to był drugi proces, który zaczął się po tym, jak pierwszy, z powodu błędu formalnego, trafił do ponownego rozpatrzenia.

Nikt – oprócz garstki osób – nie usłyszał, czego dopuścił się psycholog w swoim gabinecie, bo ze względu na dobro dzieci uzasadnienie wyroku odczytano za zamkniętymi drzwiami. 

A przecież sąd mógł ujawnić całość wyroku z uwzględnieniem oczywiście ochrony danych osobowych skrzywdzonych pacjentów i zburzyć asymetrię budowaną w procesie przez lata. 

„Prawda procesowa” kontra „prawda medialna”: jak wygląda dziś przestrzeń informacyjna po niejawnym procesie karnym Samsona? Nadal można przeczytać w sieci, że to pionier psychologii, nadal można kupić jego książki i usłyszeć po ludzku zrozumiałe wątpliwości: „jak to możliwe, żeby był pedofilem?”.

Matka chłopca, którego latami krzywdził psycholog, wykrzykuje mi zapłakana: „Czy Hitler też był niewinny, bo prawomocny wyrok nie zapadł? Taka jest prawda? Jego książek, chociaż nie sprzedają w księgarniach, a może powinni, bo  Samsona nadal można kupić, wytłumacz, proszę to mojemu dorosłemu synowi”.

Umorzenie to nie orzeczenie o niewinności

Ta historia wyraźnie pokazuje, że cisza może – i to mocniej – krzywdzić. Nie postuluję zniesienia niejawności procesów. Postuluję, by wypracować takie metody pracy sądów, które spowodują, że niezbędne dla sprawy informacje będą docierały do wszystkich; żeby nie było sytuacji, że tylko jedna ze stron ma dostęp do mediów i w ten sposób na lata zakłamuje i manipuluje opinią publiczną. 

Cisza sądu czasem jest konieczna, ale nigdy nie jest neutralna i system, który to ignoruje, mimowolnie współtworzy dezinformację. Dlatego niezwykle ważne jest przemyślane i konsekwentne zarządzanie przestrzenią informacyjną, a nie tylko bezrefleksyjne i uznaniowe zamykanie drzwi sali sądowej. 

Wyrok ogłoszony jawnie – bez uzasadnienia – jest z założenia podatny na różne interpretacje. Każda strona może bowiem twierdzić, że sąd „tak naprawdę” ma na myśli coś innego. 

Nasi autorzy