„Polski węgiel to polisa na przetrwanie i fundament naszej suwerenności! Doprowadzanie polskich kopalń do upadłości w imię obłędnych, brukselskich dyrektyw to jawny sabotaż gospodarczy. Zamiast korzystać z własnego bogactwa i chronić tysiące miejsc pracy, rządzący chcą uzależnić nas od drogiego importu i zewnętrznych dostawców. Nie ma i nigdy nie będzie zgody na niszczenie polskiej energii i bezpieczeństwa Polaków! Zgadzasz się? Zostaw 👍 i udostępnij!” – napisał na portalu X poseł PiS Dariusz Matecki.
Czy to dobra polisa dla bezpieczeństwa energetycznego?
Ubezpieczenia w pierwotnej formie pojawiły się już w starożytności. Nowoczesne polisy zaczęły rozwijać się na dobre w Europie od późnego średniowiecza, wraz z rozwojem handlu morskiego. Od tego czasu rozwijamy standardy, które mają chronić ubezpieczonych przed finansowymi skutkami nieszczęść. Na ubezpieczeniu jednak trzeba móc polegać. Dlatego polskie górnictwo węgla kamiennego nie powinno być raczej brane pod uwagę jako dobra polisa bezpieczeństwa energetycznego.
Coraz większe: ryzyko, straty i dopłaty do bieżącego wydobycia
Na koniec 2025 r. Polska miała 64,55 mld ton udokumentowanych zasobów bilansowych węgla kamiennego. Z tego ok. 45,8 mld ton to węgiel energetyczny, a niemal 18 mld ton – koksowy. To naprawdę ogromna baza surowcowa. Ponad 51 mld ton znajduje się w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym, a ponad 12 mld ton w Lubelskim. Nie oznacza to, że tyle możemy łatwo wydobyć z ziemi. To zasadniczy problem Śląska. Węgiel jest, ale górnicy muszą schodzić coraz głębiej, a wraz z głębokością rosną koszty wentylacji, transportu, chłodzenia, odmetanowania i zabezpieczeń przed zagrożeniami górniczymi. Rośnie też ryzyko wypadków.
Według zestawienia Fundacji Instrat obejmującego osiem głównych podmiotów sektora, górnictwo węgla kamiennego zakończyło 2025 r. stratą netto około 10,9 mld zł. NIK od lat wskazuje jako problemy polskiego górnictwa m.in. niską wydajność, wysokie koszty stałe i brak trwałej rentowności. Bogdanka jest jedyną dużą kopalnią dostarczającą węgiel do energetyki, która funkcjonuje bez systemowych dopłat do bieżącego wydobycia. Według Instratu przy wydobyciu 42,8 mln ton średnia strata netto sektora wyniosła około 255 zł na tonę.
Stopniowe ograniczanie nie oznacza zastąpienia krajowego wydobycia importem
Owszem, mamy węgiel, ale robienie z niego fundamentu polskiej energetyki jest zwyczajnie ekonomicznie ryzykowne.
Znaczną część polskiego zapotrzebowania na węgiel energetyczny możemy pokrywać z własnego wydobycia. To nie jest propaganda Mateckiego.
Rządowy Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu (KPEiK) zakłada stopniowe ograniczanie wykorzystania węgla, a nie nagłe zastąpienie krajowego wydobycia importem.
Natomiast nie wynika z tego, że sensowne gospodarczo byłoby utrzymywanie dzisiejszego poziomu wydobycia przez następne kilkadziesiąt lat. Zwiększanie wydobycia tam, gdzie koszty produkcji są wyższe od możliwej do uzyskania ceny sprzedaży, może doprowadzić do sytuacji, gdy kopalnie wyprodukują więcej, niż rynek potrzebuje, a to oznacza rosnące zapasy albo eksport po cenach, które nie pokryją kosztów. To już się Polsce zdarzało.
Jesteśmy w procesie transformacji, ale węgiel pozostaje kluczowy
Trwa realizacja programu pierwszej elektrowni jądrowej. Coraz więcej energii uzyskujemy ze źródeł odnawialnych – w 2025 r. było to 31,4 proc. produkcji energii elektrycznej. Rozwijamy farmy wiatrowe na lądzie i na Bałtyku. Produkcja energii w elektrowniach węglowych będzie więc spadać. Przy utrzymywaniu wydobycia na tym samym lub wyższym poziomie zostaniemy z węglem zbyt drogim, by go opłacalnie sprzedać.
Jak na razie węgiel wciąż jest kluczowy dla Krajowego Systemu Elektroenergetycznego: w 2025 r. odpowiadał za ok. 52,7 proc. produkcji energii elektrycznej. Rządowe plany nie zakładają rezygnacji z elektrowni węglowych z dnia na dzień. Nie dałoby się tego zrobić bez zastępowania ich innymi źródłami, w tym dyspozycyjnymi, magazynami energii, rozbudową sieci i połączeń transgranicznych. Sam KPEiK wskazuje zresztą, że spadek wykorzystania węgla musi być powiązany z powstawaniem nowych źródeł energii. Dlatego transformacja górnictwa musi iść równolegle do tej, która dzieje się w energetyce.
W kopalniach musi się odbywać stała praca
Nie da się zawiesić ich działalności na jakiś czas. Likwidacja kopalni obejmuje m.in. zasypywanie szybów, zabezpieczanie wyrobisk oraz – zależnie od warunków hydrogeologicznych – ich kontrolowane zatapianie lub odwadnianie. Nie jest to infrastruktura, którą można po kilku latach po prostu ponownie uruchomić.
Według Wyższego Urzędu Górniczego na koniec 2025 r. w 18 kopalniach węgla kamiennego zatrudnionych było 65 017 pracowników własnych, a kolejnych 23 963 pracowało w innych firmach wykonujących usługi na rzecz tych kopalń.
Górnictwo węglowe ma gigantyczne znaczenie kulturowe i tradycyjne. Przy tej liczbie pracowników transformacja społeczna i zamykanie kopalń to duże wyzwanie.
Jednak zgodnie z umową społeczną, którą w 2021 r. podpisał rząd PiS z przedstawicielami związków zawodowych, wydobycie węgla energetycznego w objętych nią kopalniach ma zakończyć się najpóźniej w 2049 r. System pomocy publicznej związany z realizacją umowy podlega natomiast unijnym regułom pomocy państwa i wymagał odrębnych ustaleń z Komisją Europejską.
Regulacje Unii Europejskiej nie ułatwiają życia polskiemu górnictwu
Bez unijnej polityki klimatycznej zapotrzebowanie na węgiel prawdopodobnie spadałoby wolniej i możliwe byłoby utrzymywanie wydobycia na większą skalę przez dłuższy czas.
Nie oznacza to jednak, że takie wydobycie byłoby rentowne.
Szczególne znaczenie ma Europejski System Handlu Emisjami (EU ETS). Za wydobycie węgla opłaty tej nie ponosi kopalnia, ale spalająca go elektrownia musi rozliczać emisje CO₂. To zwiększa koszt produkcji prądu z węgla, przez co elektrownie węglowe pracują krócej i w konsekwencji potrzebują mniej paliwa. Bez EU ETS elektrownie węglowe byłyby znacznie bardziej konkurencyjne, więc zapotrzebowanie na polski węgiel prawdopodobnie byłoby wyższe.
Od 1 stycznia 2027 r. zacznie obowiązywać także kluczowe ograniczenie wynikające z rozporządzenia metanowego, do którego najpewniej odnosi się w swoim poście poseł Matecki. To rozporządzenie wpływa już bezpośrednio na kopalnie. W przypadku kopalń węgla innego niż koksowy przewiduje zakaz uwalniania metanu z szybów wentylacyjnych, jeżeli emisja przekracza 5 ton metanu na kilotonę wydobytego węgla. NIK wskazuje, że emisyjność polskich kopalń wynosi średnio od 8 do 14 ton metanu na kilotonę węgla.
Nasze kopalnie są mocno zagazowane. Bez niezbędnych inwestycji spółkom węglowym mogą grozić wysokie kary.
Jednak czy dopłacanie do spółek węglowych w nieskończoność to inwestycja w bezpieczeństwo?
Gdyby Polska nie podlegała unijnym regułom dotyczącym pomocy państwa, miałaby znacznie większą swobodę w dopłacaniu do nierentownych kopalń. Obecne prawo unijne ogranicza możliwość finansowania przedsiębiorstw z budżetu państwa i wymaga zgodności takiego wsparcia z zasadami pomocy publicznej. Tylko czy uwolnienie możliwości reanimacji trupa to kierunek, na którym można polegać? Bo mimo że unijne regulacje utrudniają działanie polskiego górnictwa węglowego, nie oznacza to, że jego trudności wynikają wyłącznie z polityki klimatycznej Unii Europejskiej.
Dochodzą również problemy naturalne, takie jak głębokość złóż, ich zagazowanie metanem oraz rosnące wraz z trudniejszymi warunkami wydobycia koszty wentylacji i zabezpieczeń.
Bez regulacji klimatycznych Unii Polska prawdopodobnie mogłaby utrzymywać górnictwo węgla kamiennego na większą skalę znacznie dłużej. Nie ma jednak podstaw do twierdzenia, że mogłaby utrzymać obecną skalę wydobycia jako rentowny sektor bez dużego wsparcia państwa.
Plan zamykania kopalń nie został wymyślony przez obecny rząd. Za rządów PiS wicepremier Jacek Sasin podpisał wraz z przedstawicielami strony społecznej umowę, w której zapisano terminy zakończenia eksploatacji poszczególnych kopalń aż do 2049 r. Ówczesny rząd przedstawiał porozumienie jako sposób na uporządkowane odchodzenie od węgla przy zachowaniu bezpieczeństwa energetycznego i ochrony dla górników.
Drogi import?
Przez zdecydowaną większość 2025 r. węgiel importowany był w przeliczeniu na jednostkę energii droższy od węgla krajowego. W grudniu zeszłego roku było to odpowiednio 17,42 zł za giga jul energii z węgla importowanego i 15,45 zł/GJ z polskiego czarnego złota.
Należy jednak podkreślić, że cena sprzedaży części polskiego węgla nie odzwierciedla pełnego kosztu funkcjonowania dotowanej części sektora. Według Instratu średni koszt produkcji jednej tony węgla kamiennego w Polsce wyniósł w 2025 r. około 927 zł, podczas gdy średnioroczny indeks ceny węgla sprzedawanego energetyce wynosił 333,79 zł/t.
Różnica pokazuje jednak strukturalny problem ekonomiczny dużej części górnictwa. Komisja Europejska w raporcie z 2026 r. określa polski sektor wydobycia węgla jako „heavily subsidised”, czyli silnie dotowany, a w polskim budżecie na 2026 r. na zadania wynikające z ustawy o funkcjonowaniu górnictwa przewidziano ok. 5,5 mld zł.
Nie można więc po prostu powiedzieć, że polski węgiel jest tańszy.
Po prostu cena jest rozbita na dwie części – część kosztu ponosi kupująca go elektrownia, a część budżet państwa, który dotuje górnictwo. Tylko Bogdanka nie korzysta z systemowych dopłat do bieżącej działalności wydobywczej.