Kiedy dezinformacja szkodzi pacjentowi
– Przychodzi do mnie pacjent z zaawansowanym nowotworem, niemal w stanie terminalnym. Zamiast się leczyć, chodził do znachorów, którzy leczyli go ziołami. Kiedy zwrócił się do onkologów, było już za późno – opowiada prof. Wiesław Jędrzejak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Naukowiec był jednym z uczestników konferencji „Diagnoza z algorytmu, terapia z TikToka. Co zrobić z infodemią?” w warszawskim biurze Parlamentu Europejskiego.
W SprawdzamTo.pl wielokrotnie opisywaliśmy medyczną dezinformację: od muchomora czerwonego zamiast leków na cholesterol po płyn Lugola jako „lek na raka” i wodę plazmowaną „na autyzm”, sprzedawaną po 50 zł za litr. Na konferencji przywołano też przykład znachorki, która oferowała darmowe konsultacje, a następnie zalecała preparaty kosztujące nawet 6 tys. zł.
W rozpowszechnianiu takich treści pomagają media społecznościowe. Niedawno opisywaliśmy sieć wygenerowanych przez AI fałszywych „lekarzy”, których materiały osiągały milionowe zasięgi.
To tylko niewielki wycinek medycznej dezinformacji. Jej skalę pokazują dane z raportu przygotowanego przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu:
Dominik Batorski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, zwrócił uwagę na skalę reklam produktów pseudomedycznych w mediach społecznościowych. Według niego na platformach Mety pojawiają się ich dziesiątki tysięcy dziennie. Z przywołanych przez naukowca nieoficjalnych danych wynika, że blokowanych jest zaledwie 5 proc. zgłoszonych reklam, często dopiero po osiągnięciu dużych zasięgów. Jedna z nich zniknęła dopiero po dotarciu do 2 mln osób.
Badacze analizowali też modele AI. Jak mówił Batorski, Grok w niektórych przypadkach prostował fałszywe informacje, ale w innych z dużą pewnością sugerował konkretne leki i ich dawkowanie.
O tym, dlaczego pseudomedyczne przekazy znajdują odbiorców, mówił z kolei Mirosław Wlekły, autor reportażu „Kawka, muchomor i kostka masła”.
Wlekły opowiadał, kto ulega pseudomedycznym obietnicom.
– Ulegamy im wszyscy. Po publikacji dostałem wiele SMS-ów od osób, które też dały się nabrać. Były to osoby wykształcone i racjonalnie myślące – mówił reportażysta.
Jako przykład skali zjawiska wskazał organizowaną od 20 lat konferencję „Czego nie powie nam lekarz”, na którą wstęp kosztuje kilkaset złotych.
– Ze sceny przemawiał tam np. Jerzy Jaśkowski, który opowiadał, że w chińskich farbach do tatuaży są mikroczipy. Na sali 3–4 tys. osób. I nikt nie protestuje. Podobnie było na kolejnym spotkaniu w Katowicach. Andrzej Kawka przekonywał, że Leonardo DiCaprio i Woody Allen żywią się dziećmi, które wcześniej gwałcą. Wyłapują je, gwałcą i zjadają. Na twarzach słuchaczy aprobata. Potem oklaski – relacjonował Wlekły.
Tu moc właśnie działa, bo pokazuje skalę absurdu twierdzeń, które mimo to spotykają się z aprobatą publiczności. Nie ma potrzeby ich łagodzić.
Wlekły zwracał uwagę, że siłą szarlatanów jest przede wszystkim umiejętność wzbudzania zaufania.
– Kawka, Jaśkowski, Zięba – to wszystko osoby charyzmatyczne. Pełnią nie tylko funkcję lekarzy, ale też spowiedników i przyjaciół osób, którym medycyna nie może pomóc – mówił.
Wśród uczestników takich spotkań reportażysta spotykał nie tylko osoby szukające przynależności do grupy, ale także lekarzy i innych pracowników ochrony zdrowia. Jego zdaniem część z nich przyciągają pieniądze.
– Spotkałem lekarkę, która prosiła, żeby na rachunku nie wpisywać, o jaką konferencję chodzi. „Wystarczy słowo: konferencja” – relacjonował Wlekły.
Dlaczego pseudomedycyna brzmi wiarygodnie
Prof. Wiesław Jędrzejak zwrócił uwagę, że szarlatani wykorzystują fakt, iż wiedza medyczna się zmienia.
– Powołują się na to, że kiedyś medycyna twierdziła jedno, a dziś coś innego. Jest tak, bo medycyna się rozwija – mówił. Jako przykład podał rad, który po odkryciu przez Marię Skłodowską-Curie przez pewien czas dodawano m.in. do kosmetyków. Dopiero później poznano jego szkodliwe działanie.
Znaczenie ma też język, który nadaje pseudonaukowym twierdzeniom pozory wiarygodności.
– Suplement diety to inaczej „dodatek do jedzenia”, a radiesteta to „wyczuwacz promieni”. Tylko kto by wówczas w to wierzył? Albo woda „zmodyfikowana genetycznie”. Nie istnieje coś takiego. Woda, H₂O, nie posiada genomu. To bzdura brzmiąca pozornie mądrzej, a co brzmi mądrzej, można sprzedać – mówił Jędrzejak.
Zdaniem profesora przewagę szarlatanom daje również to, że mogą obiecywać coś, czego lekarz obiecać nie może.
– Medycyna nie mami, nie udaje, że będzie lepiej. A ludzie często chcą i wolą usłyszeć nieprawdę. Zapłacą, żeby ktoś ich oszukał – podkreślił.
Uczestnicy debaty zwracali też uwagę na tzw. zombie papers.
Kłamstwo jest szybsze
Jakub Śliż, prezes Stowarzyszenia Pravda, zwrócił uwagę na przewagę, jaką dezinformacji daje szybkość. Przygotowanie fact-checku wymaga znacznie więcej czasu niż opublikowanie fałszywej informacji.
W ramach projektu stowarzyszenie analizowało też motywacje stojące za dezinformacją za pomocą modelu 4P: pożytku, propagandy, pasji i powołania.
– W dezinformacji medycznej mamy całe spektrum tych motywacji – mówił Śliż.
Na podobny problem zwróciła uwagę Monika Waćkowska-Kabaczyńska z Głównego Inspektoratu Sanitarnego.
– Media społecznościowe działają 24 godziny na dobę i uderzają w emocje. Influencer wrzuca materiał i po chwili ma 10 tys. udostępnień, a my musimy go sprawdzić i skonsultować z ekspertem, bo ponosimy odpowiedzialność prawną – mówiła.
Jak dodała, oficjalne komunikaty, choć oparte na faktach, często są mniej atrakcyjne od treści dezinformacyjnych. Fałszywe narracje są też stale „recyklingowane”, a próby ich prostowania mogą spotykać się z zarzutami cenzury i ograniczania wolności wypowiedzi.
Co dalej z „lex szarlatan”?
Debata odbyła się miesiąc po tym, jak prezydent Karol Nawrocki skierował do Trybunału Konstytucyjnego nowelizację ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, nazywaną „lex szarlatan”. Ustawa miała dać Rzecznikowi Praw Pacjenta dodatkowe narzędzia do reagowania na niebezpieczne praktyki, m.in. możliwość wydawania publicznych ostrzeżeń i nakazywania natychmiastowego wstrzymania szkodliwej działalności.
Ministerstwo Zdrowia krytykowało decyzję prezydenta, argumentując, że bez nowych przepisów państwo ma ograniczone możliwości szybkiego reagowania na pseudomedyczne praktyki. Prezydent z kolei zakwestionował część przyjętych rozwiązań i skierował do Sejmu własny projekt zmian w prawie.
Konferencja „Diagnoza z algorytmu, terapia z TikToka. Co zrobić z infodemią?” była podsumowaniem projektu „Snake Oil Nation”, poświęconego pseudonaukowym praktykom zdrowotnym w Polsce. Wspólne śledztwo dziennikarzy, fact-checkerów i naukowców analizowało m.in. działalność prywatnych klinik i influencerów, modele biznesowe oraz rozpowszechnianie pseudonaukowych treści w mediach społecznościowych.
Projekt realizowały Stowarzyszenie Pravda i Stowarzyszenie Praktyków Transformacji Cyfrowej przy współpracy z firmą Sotrender i naukowcami z Uniwersytetu Warszawskiego. „Snake Oil Nation” otrzymał finansowanie w ramach Journalism Science Alliance.