W niedzielę Rosja przeprowadziła atak na: stację benzynową w pobliżu przejścia granicznego Dorohusk-Jagodzin (ok. 2 km od polskiej granicy), na skład pociągu towarowego znajdującego się na bocznicy, a także lokomotywę pociągu pasażerskiego relacji Kijów–Warszawa. W reakcji na te wydarzenia, premier Donald Tusk zwołał odprawę w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa.
Najbliższe tygodnie i miesiące będą czasem bardzo wzmożonych działań ze strony rosyjskiej i niestety nie możemy wykluczyć, że ta eskalacja będzie dotyczyła także naszego terytorium – powiedział szef rządu.
Premier wyraził nadzieję, że „najgorszy scenariusz się nie sprawdzi”, natomiast „dotychczasowe zdarzenia potwierdzają informacje (...), że także gorsze warianty są możliwe”. Przyznał, że Rosja może użyć groźniejszego sprzętu niż do tej pory, czyli dronów odrzutowych. Celem takich działań ma być destabilizacja i paraliż przejść granicznych z Ukrainą, aby zapowiadane dostawy sprzętu nie mogły dotrzeć na front.
Rosja eskaluje. Naszą odpowiedzią musi być maksymalne przygotowanie i siła. pic.twitter.com/gJqOvHPtF7
— Donald Tusk (@donaldtusk) September 13, 2026
Tusk wpędzi nas w wojnę?
Wokół tych wypowiedzi budowana jest narracja, że Donald Tusk będzie próbował wpędzić nas w wojnę z Rosją, aby nie dopuścić do przeprowadzenia wyborów parlamentarnych w 2027 r.
„Tusk wie, że przegra wybory. Więc wypowie Rosji wojnę. Wtedy wyborów nie będzie” – czytamy na jednym z profili na portalu X. „Donald Tusk alarmuje o nadchodzącej wojnie” – napisał ktoś inny. „Jedyna szansa Tuska by utrzymać się przy władzy to wciągnąć Polskę w wojnę.” – zaznaczył jeszcze inny użytkownik X’a. „Powiedzmy sobie to głośno. Tusk próbuje wkręcić nas w wojnę abyśmy byli bardziej podlegli i zależni od łaski niemieckiej. Nie odda władzy bo Niemcy tego nie chcą a nadchodzące wybory, oczywiście by przegrał” – to kolejny przykład takiej narracji.
Zdaniem części internautów Donald Tusk próbuje tworzyć aurę strachu.
„Czy Tusk naprawdę nie potrafi rządzić krajem bez wzbudzania emocji? Bez strachu? Ja rozumiem, że tak łatwiej, ale ta dzisiaj odprawa, to jakiś cyrk. Rozumiem, że wojna na Ukrainie itd. ale ten chłop tworzy taki klimat, jakby dosłownie zaraz ruscy mieli wejść do Polski. No ludzie…” – napisał komentator polityczny Jan Molski.
Czyli w skrócie wszystko jest już opanowane, sytuacja zabezpieczona, a Tusk przyjeżdża zrobić spektakl do mediów.
— Jan Molski 🇵🇱 (@JanMolski) September 13, 2026
Gdzie jest w takiej sytuacji Kosiniak - Kamysz? He?
No dajcie spokój, przecież to pomieszanie z poplątanie. Rządzenie przez emocje… pic.twitter.com/4mbYFruRvV
Sikorski dementuje
Szerokim echem odbiła się też wypowiedź szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego.
Polski minister spraw zagranicznych uczestniczył 12 września w konferencji Jałtańskiej Strategii Europejskiej (YES – stowarzyszenia, które wspiera integrację Ukrainy z Zachodem). Tam powiedział, że „jeśli Ukraina wyłączyła połowę rosyjskich rafinerii w ciągu sześciu miesięcy, to my wyłączylibyśmy drugą połowę w sześć tygodni”.
– Mamy gigantyczną przewagę (nad Rosją – red.), jeśli chodzi o lotnictwo, nawet jeśli do tego potencjału nie wliczymy sił amerykańskich – podkreślił, dodając, że Ukraina powinna skupić się na uderzeniach w rafinerie, bo odcięcie Kremla od zasobów będzie początkiem końca tej agresji.
Ta wypowiedź również wzbudziła zastrzeżenia i obawy. W komentarzach przewijała się opinia, że najważniejsze jest bezpieczeństwo Polski, a nie ego i sny o potędze.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski: „Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my zdecydowalibyśmy się na użycie pełnego potencjału militarnego, myślę, że pokonalibyśmy ją dość szybko. Mamy miażdżącą przewagę nad Rosją w powietrzu. Generale, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę,… pic.twitter.com/P6KdPGH1fF
— Monitor Konfliktów (@Monitor807) September 13, 2026
Sikorski nie pozostawił tych komentarzy bez odpowiedzi.
„Żeby było jasne co powiedziałem w Kijowie. Że w wypadku rosyjskiej agresji na NATO, dzięki przewadze w powietrzu, lotnictwo europejskiej części NATO byłoby w stanie, nawet bez udziału USA, zniszczyć połowę rosyjskich rafinerii szybciej niż Ukraina. Nadal tak uważam” – sprostował na X.
Ostrzeganie ≠ wciąganie
Donald Tusk wielokrotnie alarmował przed eskalacją rosyjskich działań.
– Nie chcę nikogo straszyć, ale wojna nie jest już pojęciem z przeszłości. Jest realna, w gruncie rzeczy zaczęła się ponad dwa lata temu – mówił w marcu 2024 r. w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” i pięcioma zagranicznymi redakcjami. Dodał, że już podczas jego pierwszej kadencji (2007–2014) przestrzegał przed zagrożeniem ze strony Rosji, ale wówczas tylko kraje bałtyckie poważnie potraktowały jego słowa.
W tym samym wywiadzie mówił o „konieczności pogodzenia się z życiem w epoce przedwojennej”. Powtórzył to w grudniu 2024 r. Latem 2025 r. w czasie spotkania z mieszkańcami Pabianic premier przewidywał, że w ciągu dwóch lat (do 2027 r. – red.) Rosja będzie gotowa do „globalnego ataku”.
Wykorzystywanie narracji wojennej stało się jednym z głównych punktów kampanii z 2024 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tusk apelował wówczas, by nie lekceważyć tego głosowania, bo „tylko silna i zjednoczona Europa będzie w stanie skutecznie przeciwstawić się Rosji”.
Wojna a wybory
Konstytucja RP w rozdziale XI wyróżnia trzy stany nadzwyczajne: stan wojenny, stan wyjątkowy lub stan klęski żywiołowej. Można je wprowadzić tylko na podstawie ustawy wydanej w drodze rozporządzenia. Premier Donald Tusk, rząd ani Sejm nie są w stanie samodzielnie wprowadzić stanu wojennego lub wyjątkowego – niezbędna jest jeszcze zgoda Prezydenta RP. Tylko te trzy przesłanki mogą uniemożliwić przeprowadzenie wyborów w zaplanowanym terminie i doprowadzić do automatycznego przedłużenia kadencji urzędów.
Wprowadzenie jednego z trzech stanów nadzwyczajnych musi być uzasadnione i odpowiadać faktycznemu stanowi zagrożenia. Nie jest to więc narzędzie polityczne.
W przypadku „zagrożenia państwa, zbrojnej napaści na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej lub gdy z umowy międzynarodowej wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji”, najbardziej zasadne byłoby wprowadzenie stanu wojennego. Szczegółowe zasady postępowania i podział kompetencji określone są w ustawie z dnia 29 sierpnia 2002 r. o stanie wojennym oraz o kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych i zasadach jego podległości konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej.
Jeśli zatem Donald Tusk rzeczywiście dążyłby do opóźnienia wyborów, musiałyby zajść konkretne czynniki, np. zaangażowanie zbrojne w konflikt poprzez wysłanie wojsk na front. Tego nie może zrobić, bo o użyciu Sił Zbrojnych poza granicami kraju decyduje Prezydent RP na wniosek Rady Ministrów. Stanowi o tym ustawa z dnia 17 grudnia 1998 r. o zasadach użycia lub pobytu Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej poza granicami państwa.
W praktyce, w kontekście wojny, tylko realne zagrożenie ze strony Rosji może skłonić Karola Nawrockiego do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego w Polsce. Można domniemywać, że militarne zaangażowanie Polski w zbrojne działania sprowokowałoby Kreml do odpowiedzi, ale to już daleko idące wnioski, które na tym etapie nie mają żadnego uzasadnienia ani potwierdzenia.
Tusk już raz chciał przekładać wybory, ale...
Donald Tusk już raz domagał się przełożenia wyborów. Na 2020 r. zaplanowane były wybory prezydenckie, ale w lutym w Polsce wybuchła pandemia COVID-19. Tłumaczył to kwestiami zdrowotnymi i zapowiadał, że jeśli wybory się odbędą, on nie weźmie udziału w głosowaniu. Wtedy Tusk nie był jednak premierem i mógł tylko apelować.
„Dzisiaj wirus jest jedynym wrogiem Polaków, nie szukajcie innego. Konkurencję polityczną musi zastąpić solidarność, a propagandę prawda. Dotyczy to władzy, ale także opozycji. Bądźcie krytyczni, ale odpowiedzialni. Odłóżcie wybory. Nawet Putin to zrozumiał” – napisał lider będącej wówczas w opozycji Koalicji Obywatelskiej 27 marca 2020 r.
Ostatecznie wybory z zastosowaniem określonych obostrzeń odbyły się zgodnie z planem. Kandydat KO, Rafał Trzaskowski, przegrał je z walczącym o drugą kadencję Andrzejem Dudą.
Sondaże przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi są niejednoznaczne.
Wprawdzie Koalicja Obywatelska radzi sobie dobrze, ale koalicjanci już nie są tak silni jak w 2023 r. Z sondażu Opinia24 przeprowadzonego w dniach 7–9 września wynika, że na KO chce głosować 31,4 proc., a na Lewicę 7,2 proc. Poza progiem jest PSL. To daje 38,6 proc. PiS, przy założeniu, że wejdzie w koalicję z Konfederacją i Konfederacją Korony Polski, może liczyć w sumie na 37 proc. Jest też ponad 10 proc. niezdecydowanych i to ich głosy mogłyby zaważyć na sukcesie lub porażce.
Sondaż CBOS jest jeszcze gorszy dla rządzących. Gdyby wybory odbyły się we wrześniu, KO otrzymałaby 26,1 proc. głosów zdeklarowanych uczestników wyborów, PiS – 15 proc.; Konfederacja – 14,8 proc., Konfederacja Korony Polskiej – 7,8 proc., Razem - 6,1 proc, Nowa Lewica 5,9 proc. – Do Sejmu nie weszłyby m.in. PSL i Rozwój Plus. Zatem obecna koalicja miałaby 32 proc., ewentualna przyszła 37,6 proc.
To wciąż nie jest dowód na to, że Tusk dąży do intencjonalnego wciągnięcia Polski w konflikt zbrojny. Tego typu posty i opinie oceniamy jako manipulację. Stan nadzwyczajny rzeczywiście może opóźnić wybory, natomiast Konstytucja przewiduje wielostopniową procedurę i udział prezydenta, a także określone przesłanki do wprowadzenia jednego z nich. To nie jest kompetencja premiera.