„Konfederacja Korony Polskiej jest jedyną partia niepodległościowa wobec otoczenia które tworzą partię podległościowe. One się różnią tym komu i w jakim stopniu chciały by podlegać ale my jedyni jesteśmy partią niepodległościową” – słyszymy w rolce Grzegorza Brauna na Instagramie.
Totalitaryzm z Temu
Hitler widział zagrożenie w działaniach środowisk żydowskich – zarówno wewnątrz państwa, jak i za granicą. Twierdzę Stalina „oblegali” wrogowie ludu i zachodni dywersanci. Hiszpański dyktator, generał Franco miał przeciw sobie Conspiración judeo-masónico-comunista-internacional, czyli międzynarodowy spisek żydowsko-masońsko-komunistyczny. Budowanie wrażenia osaczenia przez wrogie siły, które nastają na naszą niezależność, z użyciem narracji o spiskach i zakulisowych działaniach, to standardowa strategia wyznawców totalitarnych ideologii.
Przewodniczący Korony stawiając takie tezy, radykalizuje swoich wyborców, pozbawiając ich tak naprawdę wyboru. Nie można sprzyjać innym partiom politycznym – nawet jeśli mówią coś rozsądnego – bo są przedstawiane jako egzystencjalne zagrożenie dla niezależności państwa.
Czy politycy wpuszczają wilki do naszej zagrody?
Czym są w logice Brauna „partie podległościowe” i komu miałyby rzekomo podlegać? Najlepiej zacząć od wskazywanych przez niego zagrożeń.
Grzegorz Braun twierdzi, że partie polityczne różnią się przede wszystkim tym, komu i w jakim stopniu chciałyby podlegać. Problem polega na tym, że zasada „kto komu służy” nie jest tu trwała. Zależnie od aktualnych decyzji politycznych braunizm może przypisać wrogiej partii zależność od dowolnego z tych podmiotów.
Jeśli chcemy zbroić walczącą Ukrainę, to, według tej narracji, nie działamy w interesie własnego bezpieczeństwa, lecz realizujemy interes międzynarodowego lobby. Jeśli kupujemy broń od Stanów Zjednoczonych, to ma to być dowód wspierania amerykańskiego kompleksu zbrojeniowego i izraelskiej machiny wojennej. Jeśli politycy mówią o wartości naszej obecności w Unii Europejskiej, to w pryzmacie braunizmu „oddają niepodległość Brukseli”, czyli w domyśle Berlinowi – co ma wybudzać polskie traumy z okresu II wojny światowej i wskrzeszać mity z okresu gomułkowszczyzny o wiecznej wojnie Polski z Niemcami.
Architektura oblężonej twierdzy
W Polsce trafia to na wyjątkowo podatny grunt. Trauma znikającego państwa jest w pewnym sensie definiująca dla naszych ostatnich 230 lat. Nasza ojczyzna od XVIII w. cierpiała na niewydolność rządów zależnych od sąsiednich krajów.
Upadek państwa po III rozbiorze był największą traumą społeczną Polaków aż do II wojny światowej. Jej esencją jest przekonanie, że partie zależne od ościennych mocarstw doprowadziły państwo do słabości i utraty suwerenności. Okres rozbiorów oraz brutalnej germanizacji i rusyfikacji utrwalił w nas wrogość wobec struktur państwowych. Niesprecyzowane marzenie o niezależnej władzy, przypisywane kolejnym pokoleniom powstańców, stworzyło dobre podglebie dla zasiania poczucia zagrożenia.
Krótki okres niepodległego państwa wywalczonego po I wojnie światowej stał się dla nas krainą wyobrażoną, równie mityczną i czarowną jak mickiewiczowskie Soplicowo. Nasze próby rozwojowe z okresu międzywojennego urastają do miary wielkich rewolucji gospodarczych, jeśli za ich umiarkowaną skuteczność obwiniamy wpływy państw ościennych, które traktujemy jednocześnie z poczuciem wyższości i niższości. Czujemy się od nich lepsi i ambitniejsi, na tyle silnie, że możemy być źródłem ich lęków. Jednocześnie stale czujemy się przez nich zagrożeni.
Społeczne lęki tego okresu potwierdzają się za pośrednictwem dwóch kluczowych konfliktów zbrojnych. Pierwszym jest wojna polsko-bolszewicka, w której na świeżo odrodzone państwo nastaje komunistyczny wróg. Odpieramy go z trudem, ale sama agresja wzmacnia w nas uwznioślające poczucie zagrożenia. Jednocześnie zwyciężamy, jednak sukces nie ma pełnego domknięcia w społecznej mentalności, bo przypisuje mu się boską interwencję.
Drugim konfliktem jest kampania polska 1939 r., której porażka stała się definiująca dla naszego pojmowania historii. Nasze marzenia i nadzieje zostały zabite przez sąsiadów, zanim zdążyły zaowocować, co utrwaliło poczucie straty obecne do dziś. Państwa Europy Zachodniej – symbolizowane przez Francję i Wielką Brytanię – które nie weszły realnie do wojny we wrześniu 1939 r., stały się w pamięci narodowej symbolem zdrady.
Dodałbym do tego traumę obozów koncentracyjnych, jednak Grzegorz Braun w ostatnich latach przesunął swoją narrację w tym zakresie z pielęgnowania traumy społecznej w stronę antysemickiego kłamstwa oświęcimskiego. Powstanie warszawskie i nadejście stalinizmu wydają się najbardziej obciążającymi wydarzeniami historii najnowszej, ale są też efektem powtarzającej się w naszej opowieści o dziejach zasady: państwo może zniknąć, a wrogim wpływom sprzyja część Polaków – zdrajców ojczyzny.
Naszą przeszłość można by opowiedzieć inaczej. Jednak to właśnie krajobraz niedomkniętych traum, żali i poczucia zdrady tkwi głęboko w naszej tożsamości obywatelskiej.
Gra na strachu
Braun i jego współpracownicy perfekcyjnie odczytali stan psychiczny polskiego społeczeństwa związany z naszym pojmowaniem przeszłości. Teraz potrafią grać na tych strunach, by realizować swoje cele poprzez lęk i poczucie zagrożenia.
Wypowiedzi Brauna nie są jawną dezinformacją, a raczej niebezpieczną manipulację. Prawdziwym ryzykiem jest przyzwolenie na to by wmawiać nam, że każde trudne doświadczenie z przeszłości definiuje obecną sytuację polityczną. Odrzucając życie w sojuszach z powodu ryzyka zdrady, skazujemy się na bezpieczną samotność, która uczyniłaby nas kompletnie bezbronnymi.
Doskonały dzień na oblężenie
Algorytmy mediów społecznościowych premiują agresywny język i konfliktową komunikację. Jak opisywał „The Wall Street Journal”, po zmianach algorytmu Facebooka w 2018 r. platforma zaczęła mocniej promować treści wywołujące emocje i zwiększające zaangażowanie użytkowników. Oficjalnym celem miało być „zachęcanie ludzi do częstszych interakcji z przyjaciółmi i rodziną”. W praktyce użytkownicy coraz częściej dostawali treści wywołujące gniew i oburzenie.
Gdy widzimy oburzające treści, trudno powstrzymać się przed komentarzem, udostępnieniem lub wejściem w konflikt. Wpadamy w pętlę gniewu i radykalizacji, z której trudno się wyrwać. W ten sposób generujemy ruch, na którym zarabiają platformy.
Potrafiło kończyć się to tragicznie. „The Wall Street Journal” opisywał przypadki, w których algorytmy firmy Meta miały wzmacniać radykalizację religijną w Indiach, co przyczyniało się do napięć i zamieszek. Dziennik opisywał także sytuacje dostosowywania przekazu części europejskich partii politycznych do logiki algorytmów.
Konfederacja Korony nie musiała się do tego dostosowywać. Możemy uznać ich za stworzenia idealnie przystosowane do życia w ekosystemie w którym treści oparte na przemocy, lęku i wrogości mają uprzywilejowaną pozycję.
Wywołują oburzenie, a jednocześnie wzmacniają poczucie wspólnoty jego zwolenników. Im większa społeczna krytyka, tym silniejsza staje się grupowa solidarność oparta na poczuciu oblężenia. Wypowiedzi Brauna przedstawiające jego środowisko jako „jedyną partię niepodległościową” legitymizują ten mechanizm i wyznaczają wyraźną granicę: kto nie jest z nami, ten działa przeciwko nam.