Sprywatyzowana cenzura – Big Tech przejął kontrolę nad informacją

Algorytmy mediów społecznościowych redagują nam rzeczywistość – decydują o tym, co zobaczymy, a co znika z pola widzenia. O władzy w sieci, ekonomii gniewu i redefinicji pojęcia wolności słowa rozmawiam z dr Janem Oleszczuk-Zygmuntowskim – ekonomistą, badaczem gospodarki cyfrowej i zarządzania danymi, współprzewodniczącym Polskiej Sieci Ekonomii. Autorem książki „Kapitalizm sieci”. 

Sprywatyzowana cenzura – Big Tech przejął kontrolę nad informacją
fot. Unsplash, Sprawdzam To

Nowi właściciele przestrzeni publicznej

Jakub Nowak: Współczesny rynek medialny jest zależny od powiedzmy trzech–czterech gigantycznych firm, które są arbitrami naszego publicznego istnienia. Nawet gdyby powstały teraz w pełni niezależne media, to nie byłyby w stanie dotrzeć do dużej puli odbiorców bez dostosowania się do algorytmów mediów społecznościowych. Czy sprywatyzowaliśmy cenzurę?

Dr Jan Oleszczuk-Zygmuntowski: To bardzo mocna teza, ale niestety muszę się z nią zgodzić. Ludzie uznają, że cenzura to zjawisko występujące wyłącznie w reżimach totalitarnych. Kojarzy się ją z przemocą państwową. Tylko jaka naprawdę jest funkcja cenzury? Jej celem jest ograniczanie widoczności pewnych treści zgodnie z wolą urzędnika albo innego ośrodka wpływu. Dziś takimi cenzorami są algorytmy. Ich decyzje nie są żadnym wyrokiem boskim, tylko efektem rozwiązań zaprojektowanych przez właścicieli platform.

Funkcjonujemy dziś w nieogarnialnym i nieprzerwanym strumieniu informacji. Algorytm decyduje o tym, które treści wypłyną na powierzchnię, a które na zawsze pozostaną na dnie tego potoku. To on rozstrzyga, czyje zasięgi podbije, a kto trafi do cyfrowego limbo shadow bana.

W teorii możesz opublikować niemal wszystko. Tylko co z tego, skoro nikt tego nie zobaczy? Tak rozumiana cenzura jest organizowana tylko i wyłącznie pod dyktando zysku. 

Każdy żyje w innym internecie

JN: Pierwszy raz w historii cenzura została spersonalizowana. Użytkując media społecznościowe, permanentnie pracujemy jako recenzenci treści. Algorytm zbiera dane o naszych opiniach. Dostosowuje się do nas. W gruncie rzeczy jest w stanie stworzyć dla nas cenzurę szytą na miarę.

JOZ: Rzeczywiście i to jest fundamentalny problem dla istnienia demokracji. Każdy z nas ma swoją zindywidualizowaną lożę, w której słyszy to, co mu podrzuci algorytm. Jeśli nie współdzielimy jednej przestrzeni wyrażania poglądów, to jak mamy tworzyć wspólnotę? Jak wspólnie decydować o celach i kierunku swojego rozwoju, jeśli nie możemy być pewni, co jest prawdą?
 

Spersonalizowana cenzura potęguje problem dezinformacji i fake newsów. Algorytmy premiują treści, które nas oburzają. Jesteśmy bardziej skłonni komentować albo udostępniać materiały wywołujące w nas gniew. Treści skandaliczne lepiej się klikają.

Jan. J. Zygmuntowski
Jan. J. Zygmuntowski

Takie naprowadzanie to też forma nowoczesnej cenzury. Indywidualizacja dostępu do treści doprowadza do atomizacji społeczeństwa. Cel platform jest jednak wspólny dla całego społeczeństwa i na każdej z platform. Wiemy, jaki jest cel tej cenzury. Każdy z nas ma troszkę inną drogę czy inny bilet, na którym jedzie, ale stacja końcowa jest ta sama, a jest nią kradzież większej części naszego czasu, naszych danych i naszego zaangażowania.

JN: Jak mogliśmy do tego dopuścić? Wielkie firmy o niewyobrażalnej ilości środków przejęły całą transmisję informacji z użyciem sztucznej inteligencji. 

JOZ: Wydaje mi się, że byliśmy nieświadomi konsekwencji tych procesów. Parę dekad temu słyszeliśmy, że internet będzie demokratyczny, każdy będzie miał prawo się wypowiadać, każdy będzie mógł publikować, co zechce. Wydawało nam się, że to świetny, niewinny pomysł. Nie sądziliśmy, że to nowy rodzaj władzy.

Platformy zaczęły zarabiać krocie na naszych danych. Teraz efekty sieciowe sprawiają, że jesteśmy uwięzieni. Konsumujemy treści z platform, bo boimy się być tymi, którzy się wyłamią i stracą kontakt ze swoją siecią społeczną.

O tym, że „nie sądziliśmy”, mówię oczywiście w szerokim ujęciu. Były osoby bardzo krytycznie nastawione do komercjalizacji kontaktu w internecie. Socjaliści czy zwolennicy wolnego oprogramowania od samego początku informowali, co się może stać. No ale mądry Polak – a w tym przypadku w ogóle człowiek – po szkodzie. Moje przekonanie jest takie, że w gruncie rzeczy jesteśmy na początku rewolucji informacyjnej.

To dokładnie ten etap, na którym była rewolucja przemysłowa w późnym XIX wieku. Po paru dekadach rozbudowy fabryk, zatrudniania dzieci do pracy i coraz większych szkód dla środowiska, które sprawiały, że ulice dużych miast typu Londyn dosłownie spływały ściekiem, przyszedł moment reakcji społecznej. Ludzie nie protestowali przeciwko temu, że fabryki produkują. Organizowali się, żeby przy okazji tego rozwoju nie tonąć w łajnie i nie zapracować się na śmierć w wieku 45 lat. My jesteśmy dzisiaj w bardzo podobnym momencie. Korzystamy z fruktów rozwoju technicznego, ale tak jak XIX-wieczni robotnicy czujemy wszystkie negatywne koszty. Dlatego powiedziałbym, że jesteśmy w momencie przedrewolucyjnym. Mam nadzieję, że będzie to jednak ewolucja społeczna prowadząca do sensownych zasad.

Nowa rewolucja przemysłowa

JN: Rewolucja AI jednak trochę  zmienia zasady gry. W okresie rewolucji przemysłowej zmiany mogły nadejść, bo robotnicy się wyspecjalizowali. Teraz wydaje mi się, że pracownik się uwstecznia. Wykonuje coraz mniej skomplikowane zadania. W coraz mniejszym stopniu musi być specjalistą, a coraz częściej obsługuje systemy, które zastępują jego umiejętności specjalistyczne.

JOZ: Sądzę jednak, że w rewolucji przemysłowej ważniejsza była zdolność ludzi do samoorganizacji. Na świecie powstawały spółdzielnie i kooperatywy, które pokazywały, że można inaczej prowadzić biznes, że może on być bardziej sprawiedliwy i uczciwy. Tworzyło to też zdrową konkurencję na rynku. Kooperatywy czy spółdzielnie spożywców, jak to się później nazywało w Polsce, sprawiały, że na monopolistów i pośredników sprzedaży padał blady strach. Orientowali się, że spółdzielnie są w stanie zrobić to samo, tylko lepiej i na uczciwszych zasadach.

Zorganizowane związki zawodowe zaczynały jednak od bardzo elitarnych grup pracowników, nazywanych arystokracją świata pracy. Celowo użyłem słowa „arystokracja”. Pierwszy ogólnokrajowy związek zawodowy w USA nazywał się Knights of Labor, czyli Rycerze Pracy. To miała być taka nobilitacja dla najbardziej wyspecjalizowanych pracowników. Z czasem okazywało się jednak, że związki zawodowe wchodzą na masową skalę i są w stanie siłą naciskać i wymagać. Nawet stawać do fizycznej walki z policją tłumiącą strajki. To skłoniło władze do ustępstw. Dzisiaj, jeśli czegoś brakuje, to właśnie tego poziomu zorganizowania i determinacji.

Czy można uciec Big Techom?

JN: Zastanawiam się, czy ten poziom determinacji jest jeszcze możliwy. Czy cyfrowi giganci już zawczasu nie sprawili, że nie jesteśmy w stanie się zorganizować, bo nie jesteśmy razem?

Tak, to jest na pewno bardzo duża bariera. Trudno sobie dziś wyobrazić rewolucję w stylu Solidarności. Zakłady pracy zdecydowały się strajkować, bo ludzie nie chcieli kontynuacji niesprawiedliwego systemu. Pracownicy się znali, byli solidarni względem siebie, byli swoimi towarzyszami. Dziś byłoby to bardzo trudne.

Żyjemy w zglobalizowanym świecie. Jeśli spojrzymy choćby na Facebooka i Instagrama, największą grupą użytkowników wcale nie są poszczególne narody Europy, ale Hindusi. Powinniśmy prawdopodobnie mieć ich po swojej stronie, żeby móc zorganizować strajk, który zrzuciłby jarzmo techno-oligarchów. 

Trudno mi sobie wyobrazić, że dogadujemy się wbrew platformom z odległymi kulturowo ludźmi, których na tej platformie znajdujemy. Sądzę, że tę solidarność trzeba budować w skali lokalnej. Stąd moja praca nad przebudzeniem i rozwojem ruchu spółdzielczego. Przyszłość widzę w lokalnie zorganizowanych spółdzielniach, np. pracy platformowej kurierów, czy kooperatywach, które razem zarządzają centrami danych lub mediami społecznościowymi. 

Mamy takie media jak Mastodon, które są zdecentralizowane, więc każda z tych spółdzielni może mieć swoją własną wyspę, połączoną razem w jeden globalny archipelag. Solidarność powstaje lokalnie, a na wyższym poziomie następuje uzgodnienie strategii. Oczywiście to nie jest proste, ale nikt nie mówił, że pokonanie big techów będzie łatwe.

Pociesza mnie, że presja na alternatywne rozwiązania jest coraz większa za sprawą samych platform. Następuje proces, który Cory Doctorow nazwał enshittification, czyli po polsku „gównowaceniem” platform. Monopoliści coraz bardziej pompują ceny usług cyfrowych i wyciągają coraz więcej danych. Wchodząc np. na Facebooka, żeby dostać się do postów znajomych lub lokalnych wydarzeń, musimy przedrzeć się przez gąszcz bezwartościowych postów i treści generowanych przez AI.

JN: Widzę potrzebę, ale jak próbujecie to rozwiązać?

JOZ: To musi być takie imadło. Z jednej strony nacisk regulacyjny, z drugiej rozwój rozwiązań alternatywnych. Dlaczego? Jeśli nie ma odgórnych regulacji, to małe inicjatywy nie będą mogły się skalować i uzyskać przewagi. Nie staną się konkurencją na poziomie ogólnospołecznym. Pójście wyłącznie drogą regulacyjną to błąd ostatniej dekady. Wprowadziliśmy 10 lat temu RODO po aferze Snowdena. Wierzyliśmy w nasze regulacje w całej Europie. Tyle że bez alternatywy okazało się, że te regulacje są coraz bardziej patykiem na wodzie pisane. Lata dyskusji i kompromisów doprowadzają do tego, że Big Tech musi wyświetlić kolejną zgodę do oznaczenia przy zakładaniu konta.

Władze muszą być na bieżąco z rozwiązaniami oddolnymi, eksperymentalnymi. Bez tego to regulowanie dla regulowania.

Obwarowujemy się jednym wielkim zamkiem z papieru, który niewiele zmienia. Dalej są ci sami wielcy gracze, którzy teraz lawirują po papierowych katakumbach. Idzie im to sprawnie, bo mają niewyobrażalne środki. 

Zbyt dużo uwagi poświęcaliśmy stricte regulacjom, a za mało budowaniu alternatyw spółdzielczych i open source’owych.

Dam ci przykład. Polskie instytucje publiczne – od ministerstw po domy kultury, ale też wszyscy politycy kiedy się komunikują, są zależni od platform społecznościowych. Korzystają też ze swoich stron internetowych, ale ich nikt nie czyta. Zmusza to zarówno media, jak i społecznie oraz politycznie zaangażowanych obywateli do korzystania z tych platform, co wzmacnia zdolności cenzury Big Techów i przynosi im zysk.

Świetnym rozwiązaniem byłoby, gdyby choćby TVP uruchomiła własną instancję Mastodona, czyli interoperacyjnego, otwartego protokołu podobnego do Twittera, ale otwartego. Każdy może zobaczyć, co tam jest – albo dołączając do Mastodona, albo nawet za pośrednictwem innych mediów społecznościowych. Mamy wtedy pewność, że ten komunikat rozchodzi się tak jak e-mail. Nie muszę mieć skrzynki w tej samej domenie co szanowny pan redaktor, żeby przeczytać maile. Tak działał internet. Za to go kochaliśmy i dalej kochamy, bo ta otwartość jest gdzieś w jego DNA. To wymaga tylko podstawowych regulacji, a uniezależnia nas od cenzury Big Techów i tworzy alternatywę bardziej odporną na fejki i dezinformację.

Kod naszym prawem

JN: Czy ścieżka regulacyjna nie może być niewydolna także dlatego, że nie jest w stanie nadążyć za rozwojem technicznym?

JOZ: Tak, zgadzam się. Moja teza jest nawet ostrzejsza. Kod i prawo to to samo. Kod jest po prostu zapisany w innym języku, ale jest takim samym sposobem ograniczania i tworzenia możliwości. Różnica jest taka, że kod automatycznie realizują maszyny. Nie potrzebujemy tabunu policjantów, żebym nie mógł na przykład wysłać jakiegoś posta. Wystarczy, że platforma nie wyświetli mi odpowiedniego guzika, żebym mógł go opublikować, lub ustali, że nikt go nie zobaczy.

Prawo realizowane przez ludzi będzie zawsze wolniejsze niż kod realizowany przez maszyny. Szczególnie że prawo musi przejść przez proces demokratyczny, który można kontestować w sądach. My jako współczesne demokracje nigdy nie będziemy w stanie dogonić kodu tylko przy pomocy prawa.

W obecnym systemie Big Techy zawsze będą wyprzedzać rządy. Z każdą chwilą ten odstęp rośnie.

To jest mój apel o wdrażanie sprawniejszych rozwiązań cyfrowych. Jeśli kod jest szybszy, to w niektórych kwestiach powinniśmy stosować kod, a nie prawo wdrażane w starym stylu. Powinniśmy w większym stopniu budować rozwiązania, które by design mają w siebie wbudowane idee demokratyzacji i budowania egalitarnej społeczności – nie czekając na to, aż legislatorzy dokładnie to opiszą.

JN: Czy to nie zadziała odwrotnie i nie zabija procesu demokratycznego? Firma może sobie pisać kod, jaki chce, bo jest właścicielem tego całego przedsięwzięcia, więc może je modyfikować. 

JOZ: Oczywiście, że to może być zagrożenie. Wracam jednak do tego, co powiedziałeś na początku. Pozwoliliśmy na sprywatyzowanie tej internetowej przestrzeni publicznej. Władają nią prywatne podmioty – to one rządzą, bo to one piszą kod. Moim zdaniem jedynym rozwiązaniem jest stworzenie kontry dla tego monopolu. Patrzyłbym na demokrację jako formę kontroli nad tymi, którzy piszą kod i selekcji tych, o których wiemy, że będą pisać taki kod, który urzeczywistnia wartości potrzebne większości społeczeństwa. 

W innym przypadku jesteśmy zawsze zdani na to, że CEO wielkich firm technologicznych będą ustawiać nasze życie według własnego widzimisię. 

Nie będziemy mieć żadnej możliwości zatrzymania takiego procesu.

JN: Ok, czyli stawiasz sprawę tak, że to jedyne rozwiązanie. Brzmi to dość strasznie. Jakby kapitalizm, który powstał w XVI w. i na którym oparliśmy nasz dobrobyt, przestał działać.

JOZ: Przekonywałem do tego w książce Kapitalizm Sieci sprzed 6 lat. Stworzyliśmy masę systemów, certyfikacji, narzędzi do ochrony rynku przemysłowego, stworzyliśmy narzędzia demokratyczne do tego, żeby na przykład dbać o system emerytalny i żeby on odpowiednio się rozwijał. Dzisiaj nie jesteśmy w kapitalizmie przemysłowym. Opuściliśmy już ten świat.

Najwięksi gracze nie stosują się w żadnym sensie do jego zasad. Władza, którą mają, ma charakter osobisty. Mark Zuckerberg, publicznie oferując akcje Facebooka o ograniczonym prawie głosu, osłabia podstawową zasadę kapitalizmu: „jeden dolar – jeden głos”. Ona przestaje działać.

Teraz władza w firmach technologicznych opiera się na autorytecie jednego człowieka, na legendzie guru, szalonego geniusza, a jego imię jest związane z firmą. Ma swoją grupę wasali, którzy są od niego zależni. To tworzy wrażenie systemu feudalnego.

Nasze instytucje są zaprojektowane do regulowania kapitalizmu, który powstał w kontrze do systemu feudalnego, przez co nie są w stanie kontrolować tej swoistej refeudalizacji.

Musimy dokonać dużej transformacji reguł społecznych. Nasze urządzenia nie pasują do wyzwania, które mamy. Ten problem pogłębia to, że nasza klasa polityczna to często starsi ludzie, którzy zarządzają światem, którego nie rozumieją, według zasad, które przestały obowiązywać. Co najmniej jeszcze przez dekadę będziemy żyli w rzeczywistości, w której odpowiadamy na wyzwania narzędziami, które już nie działają. Moim zdaniem to powód do dużego niepokoju.

Najmniej szanowany zawód marzeń

JN: Jak zmienić te reguły?

JOZ: Media społecznościowe, przy pomocy algorytmów — tego, co nazwaliśmy cenzurą na początku tej rozmowy – sprawiają, że konkretne treści, konkretne osoby i ich sposób myślenia są bardziej widoczne, a inne mniej. Dziś naszym kryterium jest to, na ile potrafimy trafić w oczekiwania algorytmu.

Tak długo, jak zarabiasz dla swojego super-star CEO z Big Techu, czyli wykonujesz jego zalecenia zapisane w algorytmie, tak długo on cię wynagradza uwagą, za którą często idą duże pieniądze. Mówię tu o influencerach.

Widziałem ostatnio wyniki sondażu, w którym pytano ludzi o najmniej szanowane profesje. Influencer był na pierwszym miejscu, a potem pytamy młodych ludzi, co chcieliby w życiu robić – i numerem jeden również jest influencer. Firmy technologiczne sprawiły, że praca, która wydaje nam się bez wartości, zostaje przedstawiona jako wspaniały sposób na życie. Kto nie chciałby obijać się w wielkim domu z basenem i kręcić rolek z kolegami, prawda?

Osoby, które żyją z bycia dużymi postaciami na platformach, mogą tworzyć pozornie niegroźne materiały, ale mogą też wykorzystywać mechanizm gniewu, o którym mówiliśmy na początku rozmowy. Czyli wrzucać niebezpieczne i radykalne treści, a algorytm będzie je za to premiował, bo potrzebuje takich przekazów, żeby utrzymywać naszą uwagę.

Jeśli wiemy, że ten mechanizm działa, to równie dobrze możemy jako społeczeństwo zdecydować, że chcemy algorytmicznie nagradzać inny rodzaj postaw przy pomocy środków finansowych – na przykład czegoś w rodzaju dywidendy społecznej albo dochodu podstawowego. Ktoś może nazwać to inżynierią społeczną. Czy jednak nie żyjemy już w świecie, w którym taka inżynieria musi w jakiś sposób przeciwstawić się influencerstwu, czyli de facto prywatnej inżynierii społecznej?

Tu potrzebna jest interwencja. Nie mówię o jakiejś totalnej władzy państwowej. Wystarczy wspierać alternatywne rozwiązania i wynagradzać coś innego. Wystarczy dać możliwość premiowania i popularyzowania ludzi, którzy robią rzeczy pożyteczne, organizują się w strukturach lokalnych. Dać platformę i środki osobom, które mają coś wartościowego do powiedzenia.

JN: Czyli to, co sugerujesz, to jest tresura do zachowań prospołecznych z użyciem marchewki.

JOZ: Możesz to tak nazwać. Ja uważam, że właśnie określenie „inżynieria społeczna” świetnie to oddaje. Przedstawiano ją nam jako coś złego, przypisanego totalitarnym rządom. Dlaczego jednak inżynieria kojarzy nam się z czymś dobrym, kiedy budujemy mosty i drogi, a inżynieria społeczna – czyli tworzenie systemu pozwalającego ludziom odkryć swój potencjał, być szczęśliwymi, zakładać rodziny i spełniać się – miałaby być czymś złym? Albo to albo technofeudalizm.  

 

Nasi autorzy