Na początku kwietnia katolicy obchodzili najważniejsze święto w kalendarzu – Wielkanoc, będącą upamiętnieniem zmartwychwstania Jezusa. Ten sam Jezus – według Biblii – cztery dni po stwierdzeniu zgonu wskrzesił Łazarza. Przed kostuchą zdarzało się uciekać także innym ludziom i to znacznie później niż Łazarzowi, ale wtedy mówiliśmy o śmierci klinicznej. Ostatnio do życia powrócił Andrzej Lepper, tylko w jego pomogła sztuczna inteligencja. W poniedziałek miał pojawić się jeszcze jeden „zmartwychwstały”, tym razem w Stanach Zjednoczonych.
„Mieliśmy osobę, której udzielono ostatniego namaszczenia – nie żyła, dzieci płakały – i zaczęliśmy im podawać ten lek. I osoba poczuła się lepiej. To działa” – miał powiedzieć Donald Trump podczas tradycyjnego spotkania z dziennikarzami w Białym Domu. Takie tłumaczenia znajdziemy na portalu X. Przedmiotem dyskusji była wprowadzona jeszcze w pierwszej kadencji ustawa Right to Try Act, umożliwiająca pacjentom w stanie terminalnym korzystanie z eksperymentalnych terapii.
Nadinterpretacja słów Trumpa
Przywrócenie do życia zmarłego brzmi sensacyjnie, pisał o tym m.in. portal spidersweb.pl, ale w istocie słowa Donalda Trumpa zostały źle przetłumaczone albo uległy nadinterpretacji. Co naprawdę powiedział?
– Mieliśmy pacjentów, którzy byli już uznani za umierających. Była nawet osoba, której udzielono ostatniego namaszczenia – sytuacja była beznadziejna, rodzina płakała – i podano jej ten lek. A potem stan tej osoby się poprawił. To działa – tłumaczył Tramp, stosując typową dla siebie hiperbolę.
Prezydent USA nie przedstawił jednak żadnych dowodów potwierdzających tę tezę. Nie podał nazwy leku, szpitala, w którym zastosowano tę metodę leczenia i żadnych innych szczegółów, które mogłyby rzucić nowe światło na dokonania amerykańskiej medycyny.
Donald Trump wielokrotnie prezentował kontrowersyjne poglądy w kwestiach medycznych. Sugerował m.in. związek między szczepieniami a autyzmem, zalecał, by kobiety w ciąży nie stosowały paracetamolu, bo to ogranicza możliwość wystąpienia tego rodzaju neurorozwojowego zaburzenia i przyznawał, że obowiązkowe szczepienia nie są potrzebne. Antyszczepionkowe stanowisko nie ma jednak nic wspólnego z poniedziałkową wypowiedzią amerykańskiego prezydenta.