Czy fani wierzą w wrestling?

Muskularni faceci w kolorowych trykotach walczą na niby. Ale i tak wierzymy, że to nie jest fikcja. Dlaczego? Chodzi o emocje i satysfakcję, że dobro wygrywa ze złem. Ale nie tylko.

Czy fani wierzą w wrestling?
fot. Unsplash, Sprawdzam To

Olbrzymi człowiek w skórzanej masce zbliża się do pięciometrowej klatki ze stalowymi kratami. W ręku trzyma składane krzesło. Uchyla drzwi, uważnie patrzy co jest w środku i energicznie rzuca krzesło, które ląduje na jej szczycie. Wspina się, staje obok krzesła, po czym przyjmuje pozę zwycięzcy. Wszystkie światła gasną.

Po chwili ciszy słychać bicie dzwonów. Do tej samej klatki – wśród fajerwerków, wybuchów, ognia, okrzyków publiki i podniosłej muzyki – zbliża się kolejny olbrzym. Wzrost: 208 cm, waga: 150 kg. Zrzuca z siebie czarny, nabijany ćwiekami płaszcz. Wspina się na szczyt klatki. Dostaje w twarz od tego, który jest już na górze.

Mimo to udaje mu się wdrapać do przeciwnika. Walczą. W ruch idą pięści. Wojownik w skórzanej masce zadaje ciosy krzesłem. Czy siatka wytrzyma ich ciężar? Cała klatka drży. Napięcie sięga zenitu. W końcu jeden wojownik spycha drugiego prosto na stół hiszpańskojęzycznych komentatorów wydarzenia.

Stół rozpada się kompletnie. Widownia szaleje. Zawodnik leży bez ruchu.

Czy jest na sali lekarz?

Komentator Jim Ross wykrzykuje: „Dobry Boże wszechmogący! Dobry Boże wszechmogący! To go zabiło! I Bóg mi świadkiem, że on jest złamany wpół!”.

Poruszenie na widowni. Wbiegają ratownicy z noszami. Wkracza też organizator imprezy, rozmawia z lekarzami. Wygląda na wyraźnie zmartwionego. Zawodnik zostaje wyniesiony z areny. Komentator ogłasza koniec walki.

Klatka na linach unosi się powoli w górę – to znak, że pojedynek się kończy. Raptem wojownik w skórzanej masce zrywa się z noszy i rzuca w kierunku klatki. Po raz kolejny wdrapuje się na szczyt konstrukcji, mimo że – jak się później okazuje – przy upadku miał zwichnąć bark. Walka jest teraz sprawiedliwsza, bo jego przeciwnik od początku miał się bić ze złamaną stopę.

Po kilku wymianach ciosów ten z ciemnymi włosami łapie przeciwnika za gardło, unosi go i rzuca przed siebie. Klatka nie wytrzymuje uderzenia potężnego, ponad 100-kilogramowego ciała. Zawodnik upada po raz drugi. Nie daje znaków życia. Leży na środku ringu. Zachwycona publiczność wiwatuje i klaszcze na stojąco.

Ustawione? Nie szkodzi

Tak w wielkim skrócie wyglądała legendarna już walka, która odbyła się 28 czerwca 1998 r. pomiędzy Markiem Williamem Calawayem, pseudonim „The Undertaker”, a Mickiem Foleyem, pseudonim „Mankind”. Miejsce walki: Civic Arena w Pittsburghu (USA) w ramach gali King of the Ring 1998. Było to niezwykle widowiskowe show. Nie brakowało – patrząc na reakcję publiczności, organizatorów i zawodników – prawdziwie sportowych emocji.

Jednak całe wydarzenie było precyzyjnie od początku do końca inscenizowane. Odbyło się w ramach World Wrestling Federation (obecnie World Wrestling Entertainment), największej na świecie federacji profesjonalnego wrestlingu.

Gdy próbuję rozmawiać o tym ze znajomymi w Polsce, słyszę komentarze „o głupich Amerykanach”, którzy wierzą w „ustawione walki”. A przecież Amerykanie też wiedzą, że walki są „ustawione”.

Od olimpiady do Henryka VIII

To, że ludzie łapią się za bary, by pokazać, kto jest silniejszy, jest stare jak cywilizacja. Najdawniejsze przedstawienia zapasów w sztuce znaleziono na malowidłach odkrytych na skałach w południowej Francji – mają od 15 do 20 tysięcy lat. Rysunki nagich siłujących się mężczyzn, otoczonych tłumem widzów, znaleziono również na ścianach jaskiń w Mongolii. Zapasy uprawiano też w Mezopotamii i starożytnym Egipcie. Taki sport był atrakcją na greckich olimpiadach i na Bliskim oraz Dalekim Wschodzie.

Zapasy – w różnych formach i według różnych zasad – przetrwały przez całe średniowiecze i nowożytność. Trening zapaśniczy był jednym z elementów uzupełniających trening rycerski, a techniki zapaśnicze znajdziemy w średniowiecznych i nowożytnych traktatach szermierczych.

Mistrz Otto Żyd, neofita, który uczył w XV w. zapasów w niemieckiej szkole fechtunku Johannesa Liechtenauera opisał ponad 30 technik zapaśniczych, takich jak rzuty przez ramię, dźwignie na łokcie czy chwyty za kolana. Podobne techniki stosowano też w walkach rycerskich, które odbywały się w ciężkich zbrojach.

Znanym entuzjastą zapasów był Henryk VIII. W 1520 r. król Anglii, pewny swoich umiejętności, wyzwał na pojedynek zapaśniczy króla Francji, Franciszka I Walezjusza. Do walki doszło na Polu Złotogłowia. Stał się legendarny także ze względu na przepych. Jeśli wierzyć historykowi Glennowi Richardsonowi, Francuz pokonał Anglika „chwytem zwanym tour de Bretayne, czyli rodzajem szybko wykonanego rzutu biodrowego (…). Bretończycy byli uważani za najlepszych zapaśników we Francji, a Henryk najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, jak dobrze Franciszek, jako ich książę, opanował tę umiejętność”.

Zapasy, mimo że jako forma ruchu i współzawodnictwa są z nami od niepamiętnych czasów, mają jedną poważną wadę: są raczej nudne w oglądaniu. Dla tych, którzy nie znają tzw. sportów chwytanych techniki zapaśnicze bywają nieczytelne, a pojedynek wygląda jak turlanie się po macie. W dodatku starcie zawodników, którzy mają podobnie wysoki poziom umiejętności często się przeciąga i nawet entuzjastów bywa nużące.

Zdawali sobie z tego sprawę XIX-wieczni zapaśnicy podróżujący po Europie z trupami cyrkowymi. Dodawali więc coś, co sprawiło, że stały się interesujące dla widzów: fabułę. I takie właśnie częściowo lub całkowicie inscenizowane walki trafiły na szczególnie żyzny grunt do gustu publiczności po drugiej stronie Atlantyku.

Walka dobra ze złem


Lucha Libre (dosłownie: wolna walka), czyli meksykańska odmiana wrestlingu, stała się wkrótce nieodłącznym elementem kultury masowej. Wyróżnia ją to, że zawodnicy często, choć nie jest to zasada bez wyjątków, noszą charakterystyczne maski. Mają one ogromne znaczenie – jej utrata w walce jest bowiem jednym z największych upokorzeń dla zawodnika. Ten meksykański styl wrestlingu łączy widowiskowość, akrobatykę i teatr.
El Santo, legendarny zawodnik Lucha Libre, zadebiutował w 1934 r. W czasie 48 lat kariery stoczył niezliczone walki i stał się uwielbianym ludowym bohaterem. Nakręcono z nim i o nim aż 52 filmy. Zawsze nosił srebrną maskę.  
W latach 50. i 60. XX wieku grał znaczące role. Takie hity jak „El Santo vs Mujeres Vampirios” (El Santo kontra kobiety wampirzyce), czy „Santo vs The Zombies” zrobiły karierę również poza Meksykiem, głównie wśród fanów kina klasy B, których na świecie nie brakuje. 
 

Na potrzeby fabuły walk lucha libre zawodnicy dzielili się na técnicos, czyli bohaterów grających role pozytywne oraz rudos, czyli czarne charaktery. Técnicos uosabiają cnotę i honor, często są moralni aż do przesady.

Legendarny El Santo był właśnie técnico – jego pseudonim znaczy po polsku po prostu „Święty”. Walczą honorowo i zgodnie z regułami. Ich przeciwnikami są rudos, uosabiający przebiegłość, pogardę dla zasad i chęć zwycięstwa „po trupach”, za wszelką cenę.

Najbardziej typowa fabuła walki w Lucha Libre to starcie técnicorudo, w którym rudo brudną zagrywką rzuca na deski przeciwnika, ale powoduje nim zbytnia pewność siebie i pycha, przez co ostatecznie przegrywa.

Taka konwencja wciąż działa i wciąż jest niesłychanie popularna. Walki organizowane w Arena México, która może pomieścić 16,5 tys. widzów często się wyprzedają do ostatniego miejsca. Consejo Mundial de Lucha Libre organizuje co piątek galę w Arena México od 1933 r. Do tego w całym kraju odbywają się setki lokalnych wydarzeń.

Lucha Libre jest rozrywką szczególnie popularną w Meksyku, ale nawet w Polsce widziałem zmagania czeskich luchadorów). Jednak prawdziwym światowym fenomenem jest amerykański profesjonalny wrestling, który łączy elementu sportu, teatru, serialu akcji i dobrej choreografii.

Mechanizm kayfabe

Od czasu legendarnej walki na dachu klatki wrestling zyskał na popularności i nadal jest na fali wznoszącej. Duże znaczenie ma współpraca z wielką filmową platformą streamingową Netflix. Wrestling, a szczególnie WWE, czyli World Wrestling Entertainment, ma na świecie 500 mln fanów, z silną bazą w USA (90 mln), Indiach, Wielkiej Brytanii, Japonii, Meksyku i Australii. To nie jest więc niszowa rozrywka, to fenomen. 

Dlaczego? Bo wrestling to po prostu atrakcyjna forma spektaklu. Napędza go tzw. zasada kayfabe – mechanizm podobny do tego, co brytyjski poeta Samuel Taylor Coleridge w 1817 r. nazwał „zawieszeniem niewiary”

Chodzi o utrzymywanie fikcji jako rzeczywistości. Tak jakby wydarzenia działy się autentycznie, a nie według z góry ustalonego scenariusza.
 

Loki i maska

Zawodnicy, podobnie jak w Lucha Libre, podzielili się na heels, czyli złoczyńców oraz faces – bohaterów. Ikoną wczesnego wrestlingu, uosabiającą charakter heela, była legenda lat 50. Gorgeous George, który wprowadził tę dyscyplinę na nowy poziom. Jego Gimmick był doprowadzony do perfekcji.

Na ring wychodził po czerwonym dywanie, ubrany w królewskie szaty, pielęgnował i pieścił złote loki. Nie pozwalał się dotykać. Jako pierwszy zaczął wykorzystywać podniosłą muzykę (np. marszową, pompatyczną kompozycję „Pomp and Circumstance”), w czasie której majestatycznie wkraczał na ring. Obok dreptali asystenci i kolejne żony; często spryskiwały perfumami publiczność. On w tym czasie  obrażał widzów, prowokował, wyzywając ich od wieśniaków. Swoją wyższościową pozą wywoływał skrajną niechęć. Tłumy przychodziły zobaczyć, jak ten skrajny narcyz przegrywa.

W szczytowym momencie zarabiał na tej wrogości 100 tys. dolarów miesięcznie (teraz byłoby to ponad milion dolarów. Pozostawanie w kayfabe dochodziło czasem do przesady. W 1962 r. George postawił na szali włosy swoje i swoich współpracowników przeciw masce tajemniczego The Destroyera (Niszczyciela). Walkę przegrał. Twarz Niszczyciela pozostała tajemnicą. Złote loki Georga zostały obcięte. Jego żona, tancerka z Las Vegas, Cherie Dupré, próbowała uciec, ale drogę zagrodziło jej siedmiu mężczyzn uzbrojonych w maszynki do golenia.

Gimmick ma niesamowite znaczenie. El Santo przez 42 lata nigdy nie pojawił się publicznie bez swojej srebrnej maski. Zdjął ją raz – w programie telewizyjnym „Contrapunto”. Tydzień później umarł i nie sądzę, że z tego powodu.

Banda Mansona i horrory

Show wymaga poświęceń. Taki np. Nikita Koloff przez kilka lat, od 1984 do 1992 r., choć tak naprawdę był Amerykaninem, został na potrzeby przedstawienia Rosjaninem. Zmienił imię, nauczył się rosyjskiego języka i akcentu.

Od lat 40. wrestling pojawia się w telewizji. Mniej więcej w tym okresie powstają ciągnące się w nieskończoność programy z wrestlerami – odgrywali konflikty, romanse, życiowe tragedie i wspaniałe sukcesy. Gimmicki niektórych wrestlerów miały „relacje rodzinne” z innymi zawodnikami.  Bray Wyatt, Luke Harper oraz Erick Rowan, tworzyli w latach 2012-2017 Wyatt Family, w której Bray był ojcem i wodzem. Gimmick opierał się w tym wypadku na postaci Charlsa Mansona, lidera sekty, symbolu brutalnych zbrodni, destrukcyjnego kultu, skazanego na karę śmierci, a ostatecznie na dożywocie.  

Grupa korzystała też z popularności horrorów m.in. takich jak „Przylądek strachu”. A wszystko w stylistyce tzw. Southern Gothic. Taki był modny styl m.in. w literaturze (np., William Faulkner czy Tennessee Williams) i filmach: mroczna historia południowych stanów, rozpadające się domy i całe miasteczka, dziwaczne postacie, przemoc, poczucie winy i grzechu, czy religijny fanatyzm i traumy związane z rasizmem. 

To nie jest sport

Przełomem była sytuacja z 1989 r. Vince McMahon, wrestler i właściciel największej federacji wrestlingowej na świecie, wystąpił przed komisją stanu New Jersey i oświadczył, że wrestling nie jest sportem. 

Chodziło o to, by nie podlegać ograniczeniom i kosztom obowiązującym zawody sportowe. Stwierdził, że wrestling powinno się definiować jako „działalność, w której uczestnicy zmagają się, współpracując ze sobą, przede wszystkim w celu zapewnienia rozrywki widzom, a nie zmierzenia się w uczciwych zawodach atletycznych”.

W efekcie wrestling oficjalnie przestał być uznawany za sport. Nie zmieniło to nic w nastawieniu fanów. Liczy się opowieść, a emocje są prawdziwe. Tak samo jak pot przelany na treningach i krew na ringu.

Spojrzenie z wewnątrz

O tym, jak od wewnątrz wygląda wrestling rozmawiam z Jacob’em Crane’m, jednym z niewielu polskich wrestlerów, którzy robią to w pełni profesjonalnie. Crane walczy głównie w Japonii, ale występuje również w PPW Ewenement Wrestling. Ta federacja specjalizuje się w konwencji hardcore wrestlingu, czyli takiej, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Na ich galach w ruch idą stoły, krzesła, drabiny, świetlówki i druty kolczaste.

Zapytałem jak regeneruje się po takich walkach. – Nauczyłem się żyć z bólem. Na co dzień boli mnie wszystko, ale to jest coś, do czego można nawyknąć, szczególnie jak się często walczy. Z wrestlingiem jest o tyle ciekawie, że zazwyczaj ciało boli najbardziej, gdy wraca się do walk po przerwie. Gdy ciało nie jest „w gazie”, to ból jest o wiele większy i głębszy. Walczę z tym – rozciągam się, trenuje na siłowni, pływam – tłumaczy. Dlaczego wobec tego zdecydował się na karierę, której stałym elementem jest ból.

 – Bycie wrestlerem było moim marzeniem. Od  dzieciństwa mnie to po prostu fascynowało. Myślę, że takie niecodzienne połączenie rozrywki i sportu hipnotyzuje widzów. Fani mogą oglądać atletów robiących widowiskowe, niestworzone chwyty, rzuty i akrobacje. Całe show jest oparte na prostych historiach. Z bohaterami łatwo jest się utożsamić – opowiada.

I dodaje: – Przyjemność sprawia nam oglądanie prostych konfliktów, walki dobra ze złem. Szczególnie gdy są widzimy prawdziwy pot i często krew.

Zastanawiam się, czy Jacob czuje się bardziej wrestlerem, czy wysportowanym aktorem.
– Nie jestem ani jednym, ani drugim. Lubię czuć się po prostu wrestlerem. Żyję w tej bańce od wielu lat. Jestem z tego dumny. Czerpię zarówno z aktorstwa, jak i sportu, ale nie jestem ani aktorem, ani sportowcem. Jestem kreatywnym wrestlerem.

Życie jak wresting

Wrestling nie ukrywa, że jest tylko spektaklem. A widz – w zamian za utrzymywanie iluzji prawdziwości – dostaje rzeczywiste emocje. Czytelna transakcja. 

Wszystko jest ustawione, ale to nie ma znaczenia. Chcemy pewnych wartości. Pragniemy, by dobro wygrywało, a nikczemność była ukarana. Działa też podziw dla wrestlerów – mimo, że walki są zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, wymagają bawolej siły i małpiej zręczności.

Paradoksalnie więc, to uczciwszy układ niż realny świat poza ringiem. Kierujemy się emocjami, a ich paliwem są opowieści. Często weryfikacja jest mniej ważna niż nasze szczere i dogłębne pragnienie, by wyznawane przez nas wartości wygrywały.

Nierzadko to nie stan realny definiuje naszą prawdę, lecz właśnie to pragnienie – oparte na mechanizmie wspomnianego już zawieszania niewiary – jest wpisane w nasz sposób patrzenia i oceniania świata. Wrestling jest więc trafną metaforą.

Jest jednocześnie bardziej autentyczny, bo jesteśmy pewni i świadomi tego, czego nie przyjmujemy do wiadomości, by show mogło trwać. Obserwując zaś np. spory polityczne nie wiemy co jest prawdą, a co udawanym teatrem politycznym.

Z badań NASK wynika, że ponad 60 proc. internautów zdaje sobie sprawę, że jest coś takiego jak zjawisko dezinformacji. Ale i tak ponad 70 proc. Polaków nie weryfikuje lub niemal nie weryfikuje informacji zaczerpniętych z internetu. 

W świecie, w którym jesteśmy bombardowani informacjami z każdej strony, zmuszeni przez media społecznościowe do stałego bycia w roli recenzenta, zazwyczaj znajdujemy dla siebie jakichś faces i jakichś heels. Informacje, które sprzyjają narracji „dobrych”, przyjmujemy często bezkrytycznie, „złych” nie znosimy i życzymy im jak najgorzej. Czyż to nie wrestling?

Nasi autorzy