17 lat kolonii za kontakt z „ukraińskim wywiadem”
Jedną z takich spraw opisała niezależna dziennikarka Nastia Łukina. Chodziło o 32-letniego Gordieja Nikitina z obwodu riazańskiego w Rosji, skazanego w listopadzie 2025 r. na 17 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze i grzywnę 350 tys. rubli. Jej ustalenia opierają się bezpośrednio na dokumentach z akt sądowych.
Ustalenia Łukiny opierają się na dokumentach z akt sądowych: protokołach, postanowieniach, treści przesłuchań i wyroku, a także relacji samego skazanego.
Z dokumentów wynika, że w styczniu 2025 r. funkcjonariusz riazańskiego UFSB w ramach czynności operacyjnych przeglądał komentarze pod postami w kanałach w serwisie Telegram. Znalazł tam wpisy użytkownika o antywojennych poglądach. Natychmiast ustalono tożsamość autora komentarzy, korzystając najprawdopodobniej z dostępnego rosyjskim służbom oprogramowania do pozyskiwania danych osobowych. Jeszcze w tym samym miesiącu wydano postanowienie o przeprowadzeniu „eksperymentu” operacyjnego: utworzeniu fałszywego konta na Telegramie.
Rafinerię zaatakowały drony. Sąd połączył oba wątki
Kolejność zdarzeń
24 i 26 stycznia rafineria w Riazaniu zostaje zaatakowana dronami. Kilka dni wcześniej funkcjonariusz FSB, podszywający się na Telegramie pod przedstawiciela GUR (ukraińskiego wywiadu wojskowego), nawiązuje kontakt z Nikitinem. W trakcie czterogodzinnej korespondencji udaje mu się przekonać Rosjanina do przekazania informacji o infrastrukturze rafinerii.
Śledczy wykorzystują późniejsze ataki jako dowód „realnego zagrożenia” wynikającego z działań Nikitina, choć nie wykazano bezpośredniego związku przyczynowego.
8 kwietnia Nikitin zostaje zatrzymany, a 28 listopada zapada wyrok: 17 lat kolonii o zaostrzonym rygorze. Sąd odrzuca argument obrony o „prowokacji służb”.
To nie był pojedynczy przypadek
Sprawa Nikitina nie jest odosobniona. Łukina opisuje także inne przypadki stosowania przez FSB „eksperymentów operacyjnych”. Przywołuje m.in. oficjalny komunikat FSB obwodu swierdłowskiego, w którym służby informują o namawianiu mieszkańców do sabotażu za pieniądze. Również prawnik organizacji „Pierwyj otdieł” Jewgienij Smirnow potwierdza, że ten mechanizm powtarza się w wielu sprawach.
Podaje m.in. sprawę Iwana Tołpygina z Orła. Służby wykorzystały w niej oficjalne dokumenty sądowe, w których wprost przyznano się do prowokacji. Tołpygin korespondował w Telegramie z użytkownikiem o pseudonimie „Timur”, podającym się za przedstawiciela ukraińskich służb. „Timur” prowokował i nakłaniał mieszkańca Orła do wysyłania współrzędnych obiektów wojskowych. Tołpygin tego nie zrobił, a jednak i tak został aresztowany i skazany na 4 lata za „tajne kontakty z obcym państwem”. Z treści wyroku, do którego dotarł prawnik wynika, że „Timur” był funkcjonariuszem FSB działającym w ramach opisywanego „eksperymentu operacyjnego”.
Jak działa pułapka FSB
Po co Rosja to robi i co przez to osiąga?
Efekt mrożący
Surowe wyroki (17 lat kolonii karnej za czterogodzinną rozmowę z fałszywym kontem) mają odstraszyć każdego, kto rozważa wyrażenie sprzeciwu wobec wojny. Także w prywatnej, pozornie anonimowej korespondencji internetowej.
Eliminowanie i zastraszanie przeciwników wojny
Osoby wcześniej zidentyfikowane jako mające antywojenne poglądy, są usuwane z życia publicznego na wiele lat, niezależnie od tego, czy faktycznie stanowiły jakiekolwiek zagrożenie. Tym samym udaje zastraszyć się całe środowisko, nie tylko jednostki. Nagłaśnianie wyroków w mediach państwowych komunikuje szerszej grupie potencjalnych krytyków, że nawet komentarz pod postem może skończyć się wieloletnim więzieniem.
Represja przedstawiona jako walka ze zdradą
Konstruowanie takich spraw pozwala służbom przedstawiać represje jako działanie zgodne z prawem, a nie bezpośrednie prześladowania, choć to sami funkcjonariusze tworzą przestępstwo, które następnie ścigają.
Takie sprawy o zdradę stanu są przy tym łatwe do „wyprodukowania” – nie wymagają skomplikowanego dochodzenia, jeśli głównym dowodem jest korespondencja sprowokowana przez samych funkcjonariuszy.
Pozwala to osiągać wysoką wykrywalność przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy. W efekcie granica między „zdrajcą” a osobą, która po prostu skrytykowała władzę, zostaje zatarta.
Przeczytajcie też: Kto stoi za wyciekiem danych? Sześć teorii, w które wierzą Polacy