Kreml już czeka na prowokacje
O zagrożeniu z zagranicy rosyjskie władze mówią od kilku tygodni. 2 września szefowa Centralnej Komisji Wyborczej Ella Pamfiłowa zapowiedziała „niemałą liczbę prowokacji” przygotowywanych poza granicami Rosji. Jako prowokatorów wymieniła emigrantów, ukraińskie diaspory i jak to określiła – „elementy nienawidzące Rosji”.
Dwa tygodnie później przekaz był już mocniejszy. Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ, mówiła w Radiu Sputnik, że Zachód robi wszystko, aby „zniszczyć demokratyczne instytucje u podstaw”. Zapewniała też, że Rosja przygotowała się na działania wymierzone w wybory.
Jesteśmy na to absolutnie gotowi. Jednocześnie doskonale rozumiemy, że po drugiej stronie gotowość do przeprowadzenia nowych, być może znacznie bardziej wyrafinowanych prowokacji jest nie mniejsza – mówiła Zacharowa 16 września.
Dzień wcześniej Pamfiłowa informowała o rosnącej liczbie ataków na infrastrukturę wyborczą. Wymieniała m.in. ataki na systemy informatyczne, groźby wobec członków komisji oraz ostrzały pomieszczeń komisji wyborczych.
Obserwatorów OBWE nie będzie
Jest jednak druga strona tej historii. Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, czyli ODIHR, nie będzie obserwowało wyborów.
6 sierpnia organizacja poinformowała, że Rosja jej nie zaprosiła. ODIHR planowało rozmowy z rosyjskimi władzami w celu uzgodnienia szczegółów dotyczących wysłania misji, która oceniłaby warunki przed wyborami i same wybory. Według organizacji próby te nie doczekały się merytorycznej odpowiedzi ze strony Rosji.
Brak niezależnej i bezstronnej międzynarodowej obserwacji wyborów przez OBWE pozbawia wyborców, uczestników procesu wyborczego i społeczność międzynarodową obiektywnej oceny tego procesu, ograniczając przejrzystość i zaufanie publiczne – oceniła Maria Telalian, dyrektorka ODIHR.
To nie pierwszy taki przypadek. OBWE nie obserwowała wyborów prezydenckich w 2024 roku, ponieważ również wtedy Rosja jej nie zaprosiła. W 2021 roku Moskwa zaproszenie wystosowała, ale ograniczyła liczbę obserwatorów. ODIHR uznało, że w takich warunkach nie będzie mogło przeprowadzić wiarygodnej misji.
Tegoroczne wybory będą więc trzecim z rzędu ogólnokrajowym głosowaniem w Rosji bez obserwatorów OBWE. Rosja planuje je przeprowadzić również na okupowanych terenach Ukrainy. ODIHR już zapowiedziało, że wynik głosowania przeprowadzonego na tych obszarach nie będzie ważny w świetle prawa międzynarodowego.
Krytyka wpisana w scenariusz
Kreml nie czeka zatem na ocenę przebiegu wyborów. Już wcześniej przecież przewidywał krytykę mającą być elementem operacji prowadzonej przeciwko rosyjskiemu państwu przez „zgniły Zachód”.
W tym przypadku zarzut dotyczący sposobu przeprowadzenia wyborów bardzo łatwo odwrócić. Jeśli po głosowaniu pojawią się oskarżenia o nieprawidłowości, Kreml może wskazać na wcześniejsze ostrzeżenia i przedstawić je jako realizację zapowiadanej operacji Zachodu.
Jednocześnie sam konflikt z zagranicznym „przeciwnikiem” podnosi stawkę wyborów. W środę, dwa dni przed rozpoczęciem wyborów, Władimir Putin wezwał Rosjan do udziału w głosowaniu, które ma ukazać jedność kraju, suwerenność oraz poparcie dla żołnierzy walczących w Ukrainie. Wezwał do walki o Rosję.
W takim przekazie wybory nie są już tylko rywalizacją partii i kandydatów. Stają się odpowiedzią na zagrożenie z zewnątrz. To jest właśnie modus operandi Kremla. Pokazać, że to nie Rosja jest agresorem, ale tą która broni się przed zakusami sojuszu zachodnich krajów.
Putin uznał, że jej słowa były sygnałem dla rosyjskiej opozycji.
Putin mówił o „sygnale” już w 2011 roku
Ten mechanizm ma w Rosji znacznie dłuższą historię. Po wyborach do Dumy w grudniu 2011 roku na ulice wyszły dziesiątki tysięcy Rosjan. Protestowali przeciwko nieprawidłowościom podczas głosowania. Wtedy obserwatorzy OBWE byli jeszcze obecni w Rosji – misję zaprosiła rosyjska Centralna Komisja Wyborcza.
Hillary Clinton mówiła wówczas o poważnych zastrzeżeniach dotyczących przebiegu wyborów:
Mamy poważne zastrzeżenia dotyczące przebiegu tych wyborów. Niezależnym partiom politycznym, takim jak PARNAS, odmówiono prawa do rejestracji – mówiła Clinton 6 grudnia 2011 roku.
Nadała ton niektórym naszym działaczom w kraju, dała im sygnał. Usłyszeli ten sygnał i przy wsparciu Departamentu Stanu USA rozpoczęli aktywne działania – mówił Putin 8 grudnia 2011 roku.
Minęło prawie 15 lat. Tym razem oskarżenie o zagraniczną ingerencję pojawiło się, zanim rozpoczęło się właściwe głosowanie.
To daje Kremlowi wygodną konstrukcję. Jeżeli wybory zostaną skrytykowane przez „czynniki zewnętrzne” czyli Zachód, to tę krytykę będzie można przedstawić jako potwierdzenie wcześniejszych ostrzeżeń. Jeżeli natomiast Zachód spróbuje „ingerować” w głosowanie, wybory staną się wartością, którą Rosja musi obronić. Paradoks polega na tym, że opowieść o próbie podważenia wyborów ma służyć ich uwiarygodnieniu.