manipulacja

Europa protestuje, internet oskarża migrantów. Co wiemy o zamieszkach?

Fala protestów przeciw kosztom życia, kryzysowi w szkołach oraz cięciom publicznym ogarnęła w październiku Francję, Włochy i Albanię, a także Portugalię i Belgię. W części miast pokojowe marsze przerodziły się w zamieszki, grabieże i starcia z policją. Dane służb oraz relacje mediów wskazują, że przemocy nie można przypisać migrantom. 

Europa protestuje, internet oskarża migrantów. Co wiemy o zamieszkach?
Protesty w Turynie (fot. Stefano Guidi/Getty Images)

W ostatnich dniach w mediach społecznościowych krążyły nagrania gwałtownych zamieszek w europejskich miastach. W części miast demonstracje przerodziły się w gwałtowne starcia z policją, podpalenia i grabieże. 

Tymczasem protesty w poszczególnych krajach miały różne przyczyny. We Francji niezadowolenie wywołała sytuacja w szkołach i cięcia budżetowe, we Włoszech – rosnące koszty życia, a w Albanii – problemy studentów. Kto jednak odpowiadał za przemoc? Sprawdzamy, co wiadomo o uczestnikach zamieszek i czy dostępne dane potwierdzają oskarżenia kierowane pod adresem migrantów.

Czy winni są migranci?

Choć najgwałtowniejsze protesty i zamieszki mają miejsce we Francji, do starć doszło również w innych krajach Europy, m.in. w Belgii, Portugalii i Albanii.

Nie wszędzie jednak przyczyny rozruchów wiążą się z debatą dotyczącą migracji. We Francji i Włoszech udział migrantów w zamieszkach stał się jednym z tematów debaty publicznej, podczas gdy w Albanii czy Portugalii takie oskarżenia nie odgrywają istotnej roli. Aby ustalić, czy rzeczywiście odpowiadali za zamieszki, trzeba przyjrzeć się danym o zatrzymanych i ustaleniom służb w poszczególnych krajach.

Francuskie Ministerstwo Sprawiedliwości poinformowało o zatrzymaniu blisko 8000 osób od początku fali protestów szkolnych i związkowych. Podczas najgwałtowniejszego weekendu (17-18 października) ponad 1800 osób w całym kraju (niektóre media podają liczbę 2400). 85 proc. zatrzymanych to osoby nieletnie (uczniowie szkół średnich i młodzież w wieku 13–18 lat). To przede wszystkim Francuzi, choć nad Sekwaną istnieją bardzo restrykcyjne przepisy i zasady, które mocno ograniczają upublicznianie danych w przestrzeni publicznej  

We Włoszech udział imigrantów oraz ich potomków był zauważalny. W Mediolanie, według informacji podanych przez włoską policję i prokuraturę do weryfikacji tożsamości doprowadzono do komendy blisko 200 osób (oficjalne dane mówią o 197 zidentyfikowanych). Służby szacują, że w agresywnym, zamaskowanym trzonie marszu osoby o korzeniach migracyjnych stanowiły ponad połowę agresorów. Jednocześnie statystyki policyjne pokazują niezwykły profil wiekowy: aż 80 proc. osób doprowadzonych do komendy stanowiły osoby nieletnie, z czego najmłodsi sprawcy mieli zaledwie 12 lat. 

Protesty w Mediolanie (fot. Michele Luigi Edoardo Novaga/Anadolu/Getty Images)
Protesty w Mediolanie (fot. Michele Luigi Edoardo Novaga/Anadolu/Getty Images)

Inaczej sytuacja wygląda w Albanii i Portugalii, gdzie oskarżenia pod adresem migrantów praktycznie nie pojawiają się w debacie o zamieszkach.

W Albanii kwestia ta w ogóle nie występuje, ponieważ tamtejsze protesty mają charakter ściśle wewnętrzny i studencki. Według oficjalnego oświadczenia dyrektora albańskiej policji od wtorku do niedzieli zatrzymano i poddano procedurom weryfikacyjnym aż 1067 osób, z których 388 objęto formalnym postępowaniem karnym. W aktach albańskiego MSW nie figuruje dotychczas ani jeden cudzoziemiec czy imigrant oskarżony o udział w zamieszkach. Pod względem narodowościowym zatrzymani to rdzenni Albańczycy.

W Portugalii protesty mają podłoże ściśle ekonomiczne i związkowe, a wątek migracyjny pojawia się w nich marginalnie. Do starć z policją doszło w Porto, gdzie rannych zostało około 40 osób. Zatrzymani to obywatele Portugalii, głównie działacze skrajnie lewicowi, anarchiści i członkowie organizacji lokatorskich. 

Przyczyny protestów

Rosnące koszty życia, drożyzna, planowane cięcia budżetowe i problemy w szkolnictwie – to przede wszystkim te kwestie wyprowadziły mieszkańców europejskich miast na ulice. W protestach uczestniczyli uczniowie, studenci, rolnicy, związkowcy i przedstawiciele innych grup zawodowych. Organizatorzy demonstracji apelowali o pokojowe formy nacisku na rządy i odcinali się od aktów przemocy. Mimo to w części miast protesty przerodziły się w gwałtowne zamieszki.

We Francji wszystko zaczęło się pod koniec września 2026 roku od strajków licealistów i studentów, niezadowolonych z warunków w szkołach. Do młodzieży dołączyli rolnicy, związki zawodowe, w tym centrala CGT, oraz aktywiści związani z ruchem „żółtych kamizelek”, znanym z protestów w latach 2018–2019. Domagali się zwiększenia nakładów na edukację, zamrożenia cen podstawowych produktów i sprzeciwiali się cięciom budżetowym. Według podawanych danych w demonstracjach uczestniczyło ponad pół miliona osób, choć związkowcy przekonywali, że było ich nawet 800 tys.

Do gwałtownej eskalacji doszło w weekend 17–18 października. Pokojowe marsze w części miast przerodziły się w starcia z policją, grabieże i podpalenia budynków publicznych. W Limoges podpalono ratusz, w Marsylii ubrani na czarno demonstranci wtargnęli do ratusza i pokryli go anarchistycznymi graffiti, a w Lyonie podpalono miejskie biuro informacji turystycznej i budynki Centrum Retencji dla Cudzoziemców. W poniedziałek, na znak solidarności z licealistami, studenci zablokowali wejście do Luwru.

Francuski minister spraw wewnętrznych Laurent Nuñez przyznał w radiu France Inter, że w sobotę policja w niektórych dużych miastach „straciła kontrolę”. Jak wyjaśniał, siły policyjne okazały się niewystarczające wobec liczby demonstrantów. Nie doszacowano również skali działalności wandali i obecności aktywistów skrajnej lewicy. Nuñez podał się do dymisji, której prezydent Emmanuel Macron nie przyjął.

Do protestujących odniósł się także premier Sébastien Lecornu.  

Demonstranci odpowiadali w mediach społecznościowych, że większość uczestników protestowała pokojowo, a za zniszczenia i starcia z policją odpowiadają prowokatorzy.

Według informacji przypisywanych francuskiemu MSW i prefekturom policji za część przemocy odpowiadały grupy, które wykorzystywały demonstracje do własnych celów. Wśród nich wymieniano zorganizowanych przestępców i pospolitych złodziei, wtapiających się w tłum, by plądrować luksusowe butiki i sklepy z elektroniką. Służby wskazywały również na zamaskowanych radykałów ze środowisk skrajnie lewicowych, często kojarzonych z taktyką Black Bloc, nastawionych na konfrontację z policją i niszczenie symboli państwa oraz kapitalizmu, takich jak banki, komisariaty czy ratusze. Trzecią grupę miała stanowić agresywna, często zamaskowana młodzież, dołączająca do demonstracji w celu wszczynania ulicznych burd. 

Protesty w Paryżu (fot. F.Abdullah/Anadolu via Getty Images)
Protesty w Paryżu (fot. F.Abdullah/Anadolu via Getty Images)

Gwałtowny przebieg miały również protesty we Włoszech. W Mediolanie 17 października rozpoczęły się manifestacje ruchu „Italia in piazza”, którego uczestnicy sprzeciwiali się wysokim kosztom życia oraz rosnącym cenom paliw i żywności. Początkowo pokojowe demonstracje zostały jednak zdominowane przez agresywne grupy młodzieży. Zamieszki trwały trzy dni, a lokalne media opisywały je jako „sceny jak z wojny” i „miejską partyzantkę”. Zatrzymano blisko 200 osób. Premier Giorgia Meloni potępiła przemoc, zapowiedziała natychmiastowe działania administracyjne i oskarżyła opozycję o brak jednoznacznego potępienia agresji.

Inne podłoże miały protesty w stolicy Albanii. W Tiranie 13 października na ulice wyszli studenci. Demonstracje trwały przez kolejne dni i przerodziły się w gwałtowne starcia z policją, które tamtejsze media opisywały jako „frontowe”. Premier Edi Rama odrzucił żądania opozycji dotyczące dymisji rządu. Paraliż stolicy nazwał sterowanym z zagranicy zagrożeniem dla integracji Albanii z Unią Europejską. W orędziu do narodu przekonywał, że za podpalenia ministerstw i brutalne ataki na policję nie odpowiadają zwykli studenci, lecz kilkuset zorganizowanych, opłaconych prowokatorów oraz lokalna opozycja. 

Protesty w Tiranie (fot. PAP/EPA)
Protesty w Tiranie (fot. PAP/EPA)

Źródła zamieszek

W mediach pojawiły się hipotezy wskazujące, że do brutalnych zamieszek namawiano w różnych miastach Europy z tych samych kont internetowych. Jak pisaliśmy już w Sprawdzamto.pl, konta rozpowszechniające na co dzień propagandę państwową mogą uaktywniać się podczas protestów i zamieszek w poszczególnych krajach Unii Europejskiej. Sztucznie zwiększają zasięgi drastycznych nagrań i wzmacniają przekazy mające prowadzić do eskalacji napięć.

Mechanizm ten opisywali między innymi holenderscy analitycy z Trollrensics. Ich badanie, przedstawione dwa lata temu przez „The Guardian”, dotyczyło skoordynowanych sieci kont na platformie X, które masowo rozpowszechniały i wzmacniały polaryzujące narracje we Francji, Niemczech i Włoszech. Raport przygotowano dla Parlamentu Europejskiego.

Na podobne zjawisko zwracało uwagę European Digital Media Observatory (EDMO) w publikacji poświęconej ekstremizmowi i dezinformacji. Według analityków zagraniczne sieci botów wykorzystują lokalne tragedie i napięcia ekonomiczne do pogłębiania podziałów społecznych. Konta rozpowszechniające na co dzień propagandę państwową, np. antyukraińską w Europie Wschodniej, mogą następnie wzmacniać treści podsycające nienawiść rasową, ksenofobię i agresję wobec policji podczas rozruchów w Europie Zachodniej.

Skalę podobnych działań pokazuje również analiza European Broadcasting Union (EBU) i Swissinfo. Badacze przeanalizowali 17,5 mln komentarzy zamieszczonych pod materiałami europejskich nadawców publicznych. W artykule zostało opisane zjawisko „produkowanej debaty” (manufactured debate). Jej mechanizm polega na zautomatyzowanym masowym przejmowaniu sekcji komentarzy przez państwowe sieci powiązane m.in. z Iranem oraz Rosją. W ten sposób nastroje Europejczyków dotyczących tematów kryzysowych są sztucznie radykalizowane.

W kontekście obecnych zamieszek w europejskich mediach pojawiły się hipotezy, że do przemocy w różnych miastach zachęcały te same konta internetowe. Według takich doniesień tuż po rozpoczęciu protestów profile wiązane z farmami trolli zaczęły przekonywać demonstrantów we Włoszech i Niemczech, że ich lokalne protesty studenckie są częścią jednej wielkiej, transgranicznej „rewolucji”. Tego rodzaju przekazy miały podnosić poziom agresji wśród protestujących nastolatków. 

(źródło: Instagram)
(źródło: Instagram)

Przeczytajcie też: Szwajcarzy i Niemcy mniejszością do 2045? Sprawdzamy mapę IFR

Źródła

  1. European Digital Media Observator

  2. Trollrensics

  3. Wpis Konfederacji

  4. Guardian

  5. PAP

  6. La Repubblica

Nasi autorzy